Pokazaliśmy się w Europie! Najpierw GKS Katowice i Wisła Płock wywalczyły niezwykle cenne remisy na wyjeździe, Dospel z 0:0 z Cementarnicą 55 Skopje, a Nafciarze 1:1 z łotewskim Ventspilsem. Już wtedy można było wyczuć, że wszystko jest w normie: nasi nie zlękli się utytułowanych rywali z zaawansowanych piłkarsko krajów, a nogi nie odmówiły im posłuszeństwa na wypełnionych po brzegi fanatycznymi kibicami stadionach (oglądając transmisję z Łotwy, nie udało mi się w ogóle dopatrzyć trybun wokół boiska, ale fakt faktem – jakiś niezidentyfikowany doping, dopindżeg raczej, dało się wytężonym uchem wyłowić). Z takim kapitałem można było śmiało przystępować do meczów rewanżowych, w których obie ekipy zaprezentowały futbol na tak. Na tak sobie, konkretnie rzecz ujmując.
Pierwsza do odstrzału poszła Wisła, która prowadząc 2:0, wspięła się na szczyty swoich możliwości, żeby pozwolić ekipie przyjezdnej wyrównać na 2:2. Sztuka niebywała, ale jak się okazało – nie tylko w Płocku potrafią tak czarować. W Katowicach GKS zaprezentował piłkę hurra-optymistyczną w wydaniu mocno plażowym z akcentami katastroficznymi. Aż dziwiłem się, że bądź co bądź publiczna telewizja, transmituje ten mecz bez czerwonego kwadracika w dolnym rogu ekranu. Akcje raz na jakiś czas w bólach zapuszczały się na połowę rywali, gdzie futbolówka najczęściej wędrowała do Yahai, który już po dziesięciu minutach gry wyglądał tak, jakby miał za chwilę zejść. I to nie tylko z boiska, ale ze świata w ogóle. Biedak, nie może się przemęczać. W związku z powyższym, z czystej przyzwoitości podskakiwał sobie lub wykonywał inne układy akrobatyczne, kiedy tylko piłka zbliżała się w jego najbliższe okolice, a koledzy w żółtych koszulkach w pewnym momencie już zupełnie nie wiedzieli, czy Moussa wciąż jest piłkarzem Dospelu, czy może przed spotkaniem przepisał się do sekcji baletowej. W jednej i drugiej przyszłość rysuje się przed nim raczej niewyraźnie. Tak jak przed Dospelem, który ostatecznie zremisował 1:1 i tym samym załatwił sobie zwolnienie od przymusu gry w dalszych rundach Pucharu UEFA. Trener Lorens pewnie pęcznieje z dumy, widząc jak wciela się w życie jego chytry plan rozwalenia pozostałości po poprzednim szkoleniowcu „Gieksy”, Żurku.
Przypomnę, że nieco wcześniej w Pucharze Intertoto błysnęły ekipy Polonii i Odry Wodzisław, odpadając z tuzami futbolu z Irlandii i Walii. Tym samym na dzień dzisiejszy zostały w rozgrywkach UEFA tylko dwie polskie drużyny: cień Wisły Kraków sprzed roku i nieobliczalna Dyskobolia. Śmiem wątpić w to, że zapracują na kolejne miejsca w pucharach dla Polski. Może to i lepiej, ponieważ niemal co roku musimy wstydzić się za nasze ekipy, tak jak miało to miejsce wczoraj. Dospel i Dyskobolia zagrały eurosceptycznie, bez polotu, na stojąco - taki przeciętny futbol z połowy lat dwudziestych ubiegłego stulecia, nie mający wiele wspólnego ze współczesną grą pod tą samą nazwą. Istnieje jednak poważne niebezpieczeństwo, że fantaści z Katowic i Płocka na dniach zaczną snuć plany o tym, jak to odkują się w rozgrywkach międzynarodowych za rok. Ba, nawet spróbują wcielać swoje złowieszcze pomysły w życie. Pewnie bez powodzenia, ale na wszelki wypadek PZPN powinien podjąć antykryzysowe środki zaradcze i od następnego sezonu wprowadzić zasadę, zgodnie z którą każda drużyna przystępująca do gry w rundzie wstępnej, ale nie kwalifikująca się do pierwszej rundy Pucharu UEFA, karana będzie sześcioma minusowymi punktami w lidze. Niby jedno do drugiego ma się jak piernik do wiatraka, ale niestety, chyba tylko w ten iście terrorystyczny sposób można wymusić na naszych pucharowiczach zaangażowanie i grę na pełnych obrotach w spotkaniach z ekipami przynajmniej teoretycznie w naszym zasięgu. Inaczej za rok dobrze znany scenariusz powtórzy się i pewnie tak będzie już do końca świata i jeden dzień dłużej.
Należałoby też zastanowić się nad sensem zgłaszania naszych drużyn do Pucharu Intertoto. Co roku trenerzy i piłkarze ekip występujących w tych rozgrywkach wylewają łzy nad swoimi nędznym losem i złym przeznaczeniem, nie pozwalającym im na spokojne bimbanie sobie do góry brzuchami w jakiejś górskiej pipidówce, zwane gdzie indziej również „przygotowaniami do sezonu”. W tym roku działacze Polonii na kolanach błagali, żeby zwolnić ich klub z tego przykrego obowiązku, ale zła UEFA nie zna litości. Śmieszna drużyna z Konwiktorskiej w rewanżu obraziła się na europejską federację i w ramach protestu odpadła z ekipą z Kazachstanu. Ciąg dalszy pewnie nastąpi. Dlatego lepiej byłoby raz na zawsze wycofać Polskę z udziału w tych rozgrywkach, albo stworzyć występującym w nim drużynom preferencyjne warunki (w końcu reprezentują cały nasz futbol, o zgrozo!), jak choćby: automatycznie przenieść dwa pierwsze mecze ligowe na późniejszy termin, żeby zrekompensować im tym samym czas poświęcony występom w Pucharach. Jednak w takim przypadku należałoby wymagać od tych ekip gry ze stu procentowym zaangażowaniem, dlatego raczej nie ma co się łudzić. Zostanie tak jak było i tylko Kukiz będzie mógł zdobyć się na piekielnie inteligentne wytłumaczenie dziadowskiej gry naszych pucharowiczów: „bo tutaj jest jak jest”. Nic dodać, nic ująć.
Felieton
Euro-obciach
poniedziałek, 1 września 2003 13:19
Kuba Myszkorowski