A może jednak nie było sensu opuszczać rodzinnego Krakowa? Wówczas nie ominęłyby pana tytuły Mistrzostwa Polski.
Łukasz Surma: Ależ to był świetny krok! Za pieniądze Tele-Foniki sprowadzono do Wisły największe krajowe gwiazdy i nie miałem najmniejszych szans na grę w podstawowym składzie. W takiej sytuacji, to znaczy w roli rezerwowego, nawet trzy tytuły mistrzowskie nic by dla mnie nie znaczyły. Chciałem grać, a nie cieszyć się z sukcesów starszych zawodników.
I naprawdę nie żałuje pan przeprowadzki do coraz biedniejszej Legii?
- Przenosiny do Warszawy były najlepszym posunięciem, bo zawsze marzyłem o grze na Łazienkowskiej!
Krakus chciał grać w Warszawie? To brzmi niezbyt przekonująco.
- A co – miałem śnić o Wiśle? Grałem w tym klubie zaledwie półtora roku. Nie miałem nawet czasu, żeby zapałać wielkim sentymentem do Białej Gwiazdy i zapuścić korzeni. A Legia kusiła kilkakrotnie. I dziś mogę żałować jedynie tego, że do stolicy nie przeprowadziłem się dwa lata wcześniej.
Gdyby jednak tak się stało, to nie zostałby pan równie szybko kapitanem Legii
- Rzeczywiście ten zaszczyt spotkał mnie szybko. Tyle że opaskę dostałem tylko dlatego, że funkcji nie chciał pełnić Jacek Zieliński, który pozostaje niekwestionowanym liderem drużyny. Z tego powodu przed pierwszym spotkaniem obecnego sezonu trener Dariusz Kubicki wybrał mnie kapitanem. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że nadeszła już pora na pokoleniową zmianę w Legii.
A nie czuje się pan kapitanem malowanym, który nie ma zbyt wielkiego autorytetu w drużynie?
- Czuję się trochę nieswojo, ale jeśli regularnie będę grał na takim poziomie jak w meczu z Lechem, to mój autorytet w zespole będzie systematycznie wzrastał. Zielek też zaczynał od zera, a dzięki świetnej postawie na boisku dorobił się w Legii statusu faceta-instytucji.
Dlaczego mało efektownie rozpoczęliście rozgrywki – od dwóch remisów ze średniakami?
- Po prostu powoli się rozkręcamy. Fatalnie zaprezentowaliśmy się tylko w spotkaniu z Łęczną na własnym boisku. Nie waham się powiedzieć, iż był to najgorszy mecz Legii, odkąd gram w Warszawie. Przełom nastąpił jednak bardzo szybko – w spotkaniu pucharowym w Gorzycach. Wygraliśmy z Tłokami, a później udało się w szczęśliwych okolicznościach ograć Polonię. Nawet dyrektor Jerzy Engel żartował po derby stolicy, iż chodzimy do dobrego kościoła, bo umieliśmy wymodlić przychylność niebios. Coś w tym jest, ale najważniejsze, że odblokowaliśmy się i będziemy grać coraz lepiej.
A może po prostu remisując dwa pierwsze mecze chcieliście wywrzeć presję na działaczy, którzy wciąż opóźniają się z wypłatami?
- Słucham?! Tak to mogliby zachować się gówniarze, a nie profesjonaliści.
To może powie pan, iż wszystko jest teraz w Legii świetnie poukładane?
- Nie, nie powiem, bo zaległości w wypłatach są rzeczywiście spore. Właściciele dotąd nie wypłacili kolegom całej premii za mistrzostwo Polski wywalczone przed ponad rokiem, a i bieżące płace wpływają na nasze konta z opóźnieniem. Nie otrzymaliśmy jeszcze wszystkich premii meczowych z ubiegłego sezonu. W klubie, który zamierza walczyć o mistrzostwo takie sytuacje na pewno nie pomagają.
To Legia walczy o tytuł? Finanse są w opłakanym stanie, a wy chcecie wygrać ligę? Po co mamić kibiców, którzy zapowiedzi bez pokrycia rozliczają surowo?
- Jeśli nie będziemy stawiać sobie wysokich celów, to po co w ogóle startować w lidze? Legia zawsze gra o mistrzostwo i ze zrealizowania takiego planu jest rozliczana przez kibiców. I dobrze, że tak się dzieje, choć przez fachowców nie jesteśmy uważani za głównego faworyta.
I dlatego sędziowie zawiązali spisek przeciw Legii? W czterech meczach zostaliście ukarani aż trzema czerwonymi kartkami.
- Przesada, nie ma sensu doszukiwać się spiskowych teorii. Marek Jóźwiak i Marek Saganowski ponieśli słuszne kary, tylko Dickson Choto wyleciał z boiska za niewinność. Większe pretensje mam do arbitrów o to, iż pozwalają przeciwnikom symulować. Bo przerwy w grze najbardziej wybijają Legię z rytmu.
Łukasz Surma był największym nieobecnym w reprezentacji w meczu z Łotwą?
- Nie. Z prozaicznego powodu – gdy selekcjoner Paweł Janas przyjeżdża na mecze Legii, to po prostu gram źle. Tak się spinam, tak chcę pokazać jaki jestem dobry, że zupełnie nic mi nie wychodzi. Na pewno mam predyspozycje do gry w pierwszej reprezentacji, ale najpierw muszę poradzić sobie ze stresem, który dosięga mnie na widok Janosika.
A nie myślał pan o tym, żeby zająć się... myślistwem?
- Po to, żeby znaleźć nić porozumienia z selekcjonerem? Nie. Nie zamierzam nikomu na siłę się przypodobać. Wiem, że czas leci, ale do kadry wiedzie przez ligowe boiska, a nie wspólne z Janasem polowania.
To jak spędza pan wolne chwile?
- Z rodziną. Synek, Mateusz, ma już półtora roku i jest tak absorbujący, iż oboje z żoną – Iwoną - mamy co robić. Często można nas spotkać w zoo, bo mały lubi oglądać słonie.
Dlaczego legioniści nie stanowią już tak zgranej paczki, jak wówczas, gdy grali w Lidze Mistrzów? Wtedy razem pili i razem się bawili...
- ...i wcale się z tym nie kryli. A może po prostu teraz mniej rzeczy wychodzi na jaw? Nie upijamy się, ale też nie jesteśmy smutni. Gdy jest praca, to zasuwamy. Kiedy jednak można się rozluźnić – to się bawimy. Po dobrym spotkaniu chodzimy wspólnie na piwo. Kto chce wypić dwa, wypija dwa, a kto sześć – ten zamawia właśnie sześć i nikt mu nie robi żadnych wymówek.
To nie ma kar za przyjście na kacu na trening?
- Pewnie są, ale nikomu z obecnej kadry podobna wpadka jeszcze się nie przytrafiła.
Na początku pobytu w Legii kolegował się pan głównie z Saganem. To się nie zmieniło?
- Mieszkamy drzwi w drzwi, więc trudno, żebyśmy się z Markiem omijali. Nadal trzymamy się razem, ale utrzymujemy kontakty również z innymi legionistami.
Zdarzyło się wam ścigać samochodami w drodze na stadion?
- Marek wkoło nawija o motocyklach, to jego konik, a nie samochody. Ja rzeczywiście lubię mocniej wcisnąć gaz, ale nie wiem czy robię to lepiej od Sagana, bo na treningi jeździmy razem (ze śmiechem). Mam auto na ropę, więc wychodzi... taniej.
A jakiej marki jest pański ekonomiczny samochód?
- Jeżdżę Volvo V 40, bo to bardzo bezpieczny model.
Ile to cacko może wyciągnąć?
- Rozpędzałem się już do 180 kilometrów na godzinę.
No to pewnie dużo płaci pan mandatów?
- Powinienem, ale zawsze mam przy sobie kilka... kalendarzy Legii. I jakoś wychodzę z opresji.
Co robi pan z kasą zarobioną na boisku?
- Nie mam bólu głowy, w co powinienem zainwestować zarobione pieniądze. Bo oszczędności wystarczyło narazie, i to po połączeniu sił z rodzicami, na zakup kamienicy w Krakowie. Trzy przystanki od Rynku, a więc nie tak w dogodnym punkcie jak Marek Koźmiński. Tyle że też nie najgorszym.
Rozmawiał Adam Godlewski
Wywiad
Nie zostanę myśliwym
wtorek, 9 września 2003 15:14
Łukasz Surmaźródło: Piłka Nożna