Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Sześćdziesiątka Pana Jacka

niedziela, 9 listopada 2003 23:42
Gazeta Wyborcza

W środę na Łazienkowskiej będzie cała moja rodzina. Żona, córka, rodzice, teściowie, brat z żoną, szwagier... Chyba, nie chyba, ale na pewno, się wzruszę - mówi "Gazecie" Jacek Zieliński, dla którego środowy mecz z Włochami będzie sześćdziesiątym występem w reprezentacji Polski. W niedzielę w Płocku zagra prawdopodobnie po raz 61. i ostatni.


Tak sobie myślę, że może i mógłbym jeszcze grać w kadrze - opowiada 36-letni obrońca Legii. - Ale jak tylko zdarzy mi się słabszy występ w lidze, to od razu czytam w prasie, że jestem za stary, że powinienem się zastanowić, czy nie skończyć kariery. Od razu wypomina mi się wiek... Prawdę mówiąc, to chyba wszystko kończy się naturalnie, ostatnio Paweł Janas nie powoływał mnie, przegrywałem walkę o miejsce w składzie. Poza tym najbliższa, wielka impreza, mistrzostwa świata odbędą się za trzy lata, a eliminacje zaczną za rok. To odległa perspektywa, trener musi budować zespół w oparciu o młodszych zawodników. Mam 36 lat i trzeba szukać innych.


Cieszę się, że trener i PZPN zrobił ukłon wobec mnie i daje mi szansę oficjalnie zakończyć występy w reprezentacji i to jeszcze na Łazienkowskiej. Na moim stadionie...


Mecz numer 1: 5:0 ze Słowacją, czyli powołanie na bankiecie

Debiutowałem z "łapanki". To był czerwiec 1995 roku. Pamiętam dobrze, bo trener Apostel wziął mnie na ten mecz awaryjnie. Nie byłem powołany w grupie podstawowej. Mieliśmy w klubie dwa dni wolnego, pojechałem do Dębicy na mecz byli piłkarze Igloopolu - reprezentacja woj. małopolskiego. Na pomeczowym bankiecie ktoś do mnie podszedł i powiedział, że zostałem powołany na mecz ze Słowacją. Pomyślałem, że wcześnie zaczął imprezować i żartuje. Ale okazało się to prawdą, rano pojechałem na zgrupowanie do Buku.


Miałem wtedy prawie 28 lat i powoli zaczynałem wątpić, czy którykolwiek trener kadry w ogóle mnie zauważy. Wcześniej byłem w dobrej formie, zdobywaliśmy z Legią tytuły mistrza Polski. Koledzy jeździli na kadrę i się dziwili, że mnie tam nie ma. Traciłem nadzieję. Dlatego to powołanie było dla mnie zaskoczeniem.


Jadąc na Śląsk, nie liczyłem na grę. Byłem zadowolony z powołania, cieszyłem się, że będę miał - na pamiątkę - koszulkę z orzełkiem (śmiech). W to, że zagram wątpiłem. Choć, skoro dostałem szansę, postanowiłem spróbować ją wykorzystać. Trener Apostel zobaczył, że ambitnie i solidnie trenuję i dzień przed meczem przyszedł do mnie do pokoju i powiedział, że gram. Rozmowa była standardowa. Zapytał, czy czuję się na siłach, czy sobie poradzę. Odpowiedziałem, że tak. Wątpliwości nie miałem. Byłem decyzją selekcjonera zarówno zdziwiony, jak i zadowolony.


Emocji było tyle, że nie myślałem o przyszłości. Żyłem teraźniejszością. Chwilą. Przeżywałem występ, nie myślałem, czy zagram w kadrze raz, czy dziesięć czy pięćdziesiąt.


Czy tamta reprezentacja rzeczywiście tyle bankietowała, czy trener Apostel naprawdę w Buku pozwalał na wiele? Oj, tego akurat nie pamiętam (śmiech).


Sam debiut był spokojny i udany. Choć na początku, do pierwszych interwencji, miałem tremę. Nogi były miękkie, potem napięcie ze mnie zeszło. Mecz się świetnie ułożył. Sporo roboty nie miałem. Szybko pokazaliśmy, kto będzie dyktował warunki w tym meczu. Słowacy nie byli tacy słabi, bo w Bratysławie zlali nas 4:1.


Koszulki z debiutu już w domu nie mam. Jakiś czas miałem, ale gdzieś "wyszła". Miała być tylko jedna, a jest ich więcej. Dużo więcej (śmiech). Ja zresztą niespecjalnie przywiązuję wagę do takich pamiątek - do tego, co było. Bardziej interesuje mnie to, co jest teraz. Nie żyję wspomnieniami, bo uważam, że jak piłkarz zaczyna nimi żyć, to jest to pierwszy krok do zakończenia kariery. Działa instynkt samozachowawczy (śmiech).


Mecz numer 10: 0:2 z Niemcami, czyli "Gucio" kontra Kohler


Dostaliśmy od Niemców lekcję. To był wyrównany mecz, Niemcy nie mieli zbyt wielu okazji. Ale zagrali skutecznie. Pierwszego gola strzelił Bierhoff, głową, z kilkunastu metrów. Oni nas wypunktowali jak doświadczony bokser amatora. Mecz był we wrześniu, a oni kilka miesięcy wcześniej zostali mistrzami Europy. W pamięci utkwiły mi pojedynki niskiego "Gucia" Warzychy z potężnym Juergenem Kohlerem. Wyglądało na to, że Krzysiek nie ma szans, ale radził z nim sobie całkiem nieźle. Ale nie stwarzaliśmy sobie okazji. Oni byli skuteczniejsi, bardziej wyrachowani. Czy lubiłem grać w Zabrzu? Hmmm. Najbardziej to ja lubię grać na Legii (śmiech). Wszystkie inne stadiony traktuję jednakowo.


Wracając do meczu z Niemcami, to po nim - jako kapitanowie - wymieniliśmy się koszulkami z Juergenem Klinssmanem. Z tego, co pamiętam, to gdzieś ta koszulka w domu jest. Ale stuprocentowej pewności nie mam (śmiech).


To już była drużyna Antoniego Piechniczka. Bardzo ceniłem tego trenera. Nie zawsze na jego zgrupowania przyjeżdżałem w najwyższej dyspozycji. Wiadomo, różnie z tym bywa. Piechniczek potrafił jednak czasem ze "ścierki" zrobić piłkarza. Po jego mikrocyklu treningowym forma mi wracała. Był taki mecz, w eliminacjach MŚ z Włochami, przyjechałem w katastrofalnej dyspozycji. Po dziesięciu dniach zagrałem bodaj jeden z najlepszych meczów w karierze. Na początku trenowaliśmy ostro, skakaliśmy przez płotki, startowaliśmy do piłki z błota, doskoki... Było bardzo ciężko, narzekało wielu. Mnie to odpowiadało. Przed meczem trener "luzował" i ja dochodziłem do wysokiej formy.


Mecz numer 13: 1:2 z Czechami czy strzał w długi róg


Czy jestem przesądny? Raczej nie. Każdy piłkarz tak mówi, ale czasem po udanym meczu człowiek pamięta, jakie założył skarpetki albo jak zaparkował samochód (śmiech) i przed kolejnym próbuje powtarzać te czynności. Nie zawsze tak jest, ale czasem się na tym łapię, że powtarzam to, co robiłem. Przed grą w Ostrawie nawet chyba nie wiedziałem, że to będzie mój 13. występ. Obaw nie miałem. Nie mam zupełnie głowy do cyfr, nie pamiętam, ile i gdzie rozegrałem meczów. Ale jednej liczby nigdy nie zapomnę. Liczby goli w kadrze (śmiech) - jeden! Muszę to wiedzieć. Paru jest takich, co ma kilkadziesiąt spotkań w kadrze i tyle goli co ja. Nie jestem odosobniony.


Byliśmy słabsi od Czechów, oni dominowali. Przegrywaliśmy 0:2. Był rzut rożny, rozegranie przy linii bocznej, akcja na boku i powtórna wrzutka. Nagle znalazłem się sam przed bramkarzem, bez żadnej "opieki". Głową strąciłem piłkę, wpadła w długi róg. Dla mnie gol, nie tylko w kadrze, to coś wyjątkowego, niecodziennego (śmiech). A już w kadrze - to wydarzenie szczególne.


Mecz numer 20: 0:2 z Izraelem w Ramat Gan, czyli jak ja nie lubię zimy


To już była drużyna Janusza Wójcika. Słabo to spotkanie pamiętam. Tylko jedną z bramek, którą straciliśmy po strzale któregoś z rywali wewnętrznym podbiciem. Nieprzyjemne to było uderzenie, w krótki róg. Nigdy nie miałem obaw, wyjeżdżając na Bliski czy Daleki Wschód. Może to i dobrze? Jakoś nie myślę, że może coś złego się wydarzyć. Daje mi to wewnętrzny spokój.


To spotkanie graliśmy pod koniec lutego. Dla mnie - najgorszy okres. Nienawidzę spotkań w okresie zimowym. Teraz jest może trochę inaczej, może forma jest wyższa, wyjeżdżamy za granicę, kiedyś tego nie było. Ale granie wtedy nie jest przyjemnością. Czuję się źle fizycznie, mam kłopoty z szybkością, to ma związek z wytrzymałością. U nas są takie metody trenowania, że zimą zupełnie zapomina się o szybkości. A kiedy jej brakuje, to jest problem. Mnie się gra wtedy fatalnie, to nie jest dobry okres.


Mecz numer 30: 1:3 z Anglią na Wembley, czyli Janusz Wójcik podekscytowany


Nie popisaliśmy się znowu... To był mój drugi występ na Wembley, po raz pierwszy grałem za kadencji Antoniego Piechniczka, gdy przegraliśmy 1:2. Zespół trenera Wójcika spisał się o wiele gorzej. Widzę, że te moje jubileuszowe mecze nie były zbyt udane (śmiech).


Anglicy byli rzeczywiście słabi, grali źle. Ale my jeszcze gorzej. Pamiętam, że dzień przed meczem dostaliśmy nieźle w d... I nie chodzi mi o mecz młodzieżówki przegrany w Southampton 0:5. Na przedmeczowym rozruchu trenerowi Wójcikowi udzielił się chyba entuzjazm. Pamiętam te wślizgi, starty do piłki, podekscytowanego selekcjonera, który chodził nabuzowany po murawie Wembley i krzyczał, żebyśmy zap... Był bardzo podekscytowany, też chyba miał tremę (śmiech). To było irracjonalne zachowanie. Rano mieliśmy lekkie zakwasy, ale i tak mogliśmy w Londynie pograć lepiej.


Faktem jest, że grało za dużo obrońców. Bodaj siedmiu. Z tym nie można przesadzać, tak samo jak z liczbą napastników w meczu ze słabeuszami. Musi być równowaga zawodników zorientowanych na ofensywę i defensywę. Wymyślanie gry siedmioma obrońcami musi prowadzić do zguby. Nie wiem, czy trener Wójcik wystraszył się Anglików, ale sądząc po liczbie obrońców, podszedł do meczu z nimi z dużym respektem (śmiech).


Wembley i atmosfera robi wrażenie. Jednak większy "kocioł" był w Stambule na 40-tys. obiekcie Besiktasu. Było jeszcze głośniej.


Z meczu najbardziej w pamięć zapadł mi Scholes, parę goli nam strzelił. Pamiętam, kto go pilnował. Ale nie powiem (śmiech). Po meczu byłem wściekły, denerwowało mnie, że w eliminacjach ciągle jesteśmy blisko awansu, ale w ostatniej chwili brakuje kropki nad i. Gramy do końca, szanse mamy, a w decydujących meczach z dobrymi drużynami, nawet grając dobrze, dostawaliśmy w łeb. Frustrujące to było to, że ciągle mi uciekała wielka impreza, o udziale w której marzyłem. Czas uciekał, lata leciały...


Mecz numer 40: 3:1 z Ukrainą, czyli odczepcie się od Olisadebe


To był przełomowy mecz tej reprezentacji i mój. Jerzy Engel na mnie nie stawiał, grali inni. Wystąpiłem tylko dlatego, że kontuzji doznał Jacek Bąk. Stworzyła się szansa i ją wykorzystałem. Przekonałem Engela do siebie, od tej pory byłem podstawowym zawodnikiem jego drużyny. Zagraliśmy bardzo dobrze, wszyscy. Pokazaliśmy dojrzałą piłkę. Przekonaliśmy się, że to, co robimy w kadrze Engela, ma sens, do czegoś nas zaprowadzi. Długo nie wygrywaliśmy, nie strzelaliśmy goli. To przyszło w decydującym momencie. Engel był konsekwentny, mimo że nie się nie udawało. On nie panikował, nie zmieniał. Po wygranej w Kijowie nabraliśmy wiary w siebie, że to, czego żąda od nas trener, jest słuszne.


Lubię grać przeciwko napastnikom tej klasy co Shearer, Klinssmann czy Szewczenko. Ja takich piłkarzy traktuję jak normalnych rywali, przy nich można pokazać, że potrafi się grać nie tylko przeciwko gwiazdom polskiej ligi. Nigdy nie miałem wobec nich kompleksów. Ukrainiec ma niesamowite "depnięcie" z miejsca, strzela z obu nóg, nie potrzebuje dużo czasu, by złożyć się do uderzenia. Nam też strzelił gola, z ostrego kąta, poza tym okazji nie miał. Stadion w Kijowie to już przeżytek, zupełnie jest tam inna atmosfera. Nie czuć jej. Jednak to większa niedogodność nie dla nas, ale dla kibiców. My gramy, a oni z odległości 200-300 m muszą patrzeć na poruszające się postaci wielkości małych żołnierzyków.


Po tym meczu pomyślałem, że może tym razem się uda awansować. Rozbłysła także wielka gwiazda Olisadebe. Wiem, że paru kolegów narzeka na niego. Mówią, że jest leń, wymyśla kontuzje, chce grać tylko na świeżości. Uważam, że nie mieli prawa go krytykować. On robił, co do niego należało, i nie można mu czynić zarzutów. Dla mnie niech chodzi przed meczem nawet do baru, byle tylko robił swoje i strzelał gole. On nam bardzo pomógł w tamtych eliminacjach. Nie wiem, czy bez niego nasz awans byłby realny, na pewno o wiele trudniejszy. Lubię Emsiego, jest zrównoważony, spokojny, nie ma gwiazdorskich zachować.


Mecz numer 50: 0:2 z Japonią, czyli kilka minut w Łodzi


Przez moment nawet zastanawiałem się, czy ja w tym spotkaniu grałem. Pamiętam, że długo rozgrzewałem się wzdłuż linii. To nie był jubileusz, tylko "zaliczenie" 50. występu.


Japończycy strasznie mnie zaskoczyli. Nie wiem do dziś, czy to oni zagrali tak dobrze, czy my tak słabo. My powinniśmy grać na pewno lepiej. Oni zaskoczyli mnie swoją ruchliwością, wyszkoleniem technicznym i ciekawą grą w obronie, w linii. Rozumieli się, ustawiali, przesuwali, jakby byli związani sznurkiem. Przed każdym naszym podaniem wychodzili dwa metry przed napastników, by - już po zagraniu, nim piłka doleciała - cofnąć się, gdyby sędzia nie zauważył spalonego. Udawało im się idealnie. Ale na mundialu jakoś nie zaobserwowałem tego manewru. Mecz z nami potraktowali jako ćwiczenie tego elementu. Wychodziło im dobrze, ale widocznie ktoś inny skutecznie wybił im to z głowy. My nie umieliśmy tego wykorzystać (śmiech).


Nie żal mi, że 50. mecz był, jaki był. Ja w ogóle nie liczyłem swoich występów. Dopiero, jak ktoś napisał w prasie, to zdawałem sobie sprawę, który to mój mecz w kadrze. A, że jeszcze czasem się mylono, to już kompletnie byłem skołowany. Dobrze, że teraz nie ma wątpliwości (śmiech).


Mecz numer 60: z Włochami, czyli Wybitny Reprezentant Jacek Zieliński


Są plusy i minusy mojej gry w kadrze. Większość meczów była udana, ale zdarzały się słabe. Np. pierwszy występ po kontuzji - z Rumunią w Bydgoszczy. Albo niedawno - w Estonii. Wszedłem chciałem się pokazać z dobrej strony. Chciałem być, wszędzie. Grałem bardziej ambicją niż rozsądkiem, choć to ta druga cecha jest moim atutem (śmiech).


Cieszę się, że zostanę Wybitnym Reprezentantem Polski, ale mimo tego będą chciał ukończyć Szkołę Trenerów. To dobrze, że od razu będę mógł prowadzić zespół I ligi. Inaczej musiałbym mieć dwa lata praktyki, rok czasu "robić papiery" na pierwszą klasę trenerską. Uciekłyby mi trzy lata.


Perspektywy kadry Janasa? Nie powiem, bo nie będę obiektywny. Sercem jestem z drużyną, chcę, by jej się powiodło.


Nie dociera do mnie, że jestem jakimkolwiek symbolem w polskim futbolu. Nie zdaję sobie z tego sprawy. Bo może za mało osiągnąłem. Reprezentacje, w których grałem przez te siedem lat, nie osiągały zbyt wiele, choć pojechaliśmy na mistrzostwa świata. Szkoda, że w Azji nam się nie powiodło. Byłbym bardziej zadowolony. Ciągle wydaje mi się, że nie zasłużyłem na to miano, ale skoro tyle osób to powtarza, to może zacznę w końcu się przyzwyczajać (śmiech)....


Czy mi smutno, że coś się kończy? To nie jest moja rezygnacja, tylko zacząłem przegrywać rywalizację i widać, że nie ma na co czekać, dalej tego ciągnąć. Choć może ja to bym jeszcze zaczekał na kolejną szansę, znowu spróbować udowodnić, że mogę pomóc tej reprezentacji. Ale teraz to mogę czekać, aż osiwieję (śmiech). Za stary jestem, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i ze smutkiem powiedzieć: "koniec".


Mecz numer 61: z Serbią i Czarnogórą, czyli ja nic nie wiem...


Mam zagrać także przeciwko Serbii i Czarnogórze w przyszłą niedzielę w Płocku? O rany, nie wiedziałem... (śmiech)

Podaj ten news dalej: