- Zdobył pan chyba najładniejszego gola w rundzie jesiennej. W meczu z Wisłą Kraków. Tyle tylko, że piłka zeszła panu wówczas z nogi.
Jacek Magiera: To nie prawda. Gdy wbiegałem w pole karne od razu chciałem strzelić. I to w krótki róg, jak to się ostatecznie stało. Piłka tylko trochę zeszła mi na zewnętrzną część stopy, ładnie się podkręciła i w przepiękny sposób wpadła do siatki.
- Ile razy skopiował pan ten wyczyn na treningach?
- Nie zwykłem się chwalić, ale kilka razy się zdarzyło. Wszystkich chętnych do obejrzenia strzeleckich fajerwerków zapraszam na treningi przy Łazienkowskiej. Fantastyczne strzały wychodzą bowiem wielu legionistom. Ja do najskuteczniejszych zawodników się nie zaliczam, ale też nie mam powodu się wstydzić. W 190 spotkaniach zdobyłem 20 goli, więc średnia - jak na piłkarza defensywnego - jest całkiem przyzwoita.
- Meczów mogło i powinno być więcej, ale stracił pan poprzednią rundę siedząc na ławie.
- Powiem więcej - obecny sezon też rozpocząłem jako rezerwowy, dopiero po czerwonej kartce, którą został ukarany Marek Jóźwiak w meczu z Polonią, wszedłem na boisko w trudnym momencie. Sprawdziłem się, więc tak już zostało. Przyczyniłem się do pokonania Wisły, zaliczyłem kilka innych co najmniej dobrych występów, a świetną passę przerwał dopiero uraz. Mogę o sobie powiedzieć: pechowiec. Gdy wszystko idzie jak po maśle, zawsze dopada mnie jakieś, najczęściej zdrowotne, fatum.
- A wydaje się, że jest pan szczęściarzem. Bo gdyby Dariusz Kubicki nie zmienił liczby obrońców, z czterech na trzech, to nadal grzałby pan ławę.
- Walczyłbym i na pewno dopchałbym się o wyjściowej jedenastki również przy wcześniejszej taktyce. A zadanie miałem utrudnione, bo nawet tak wielki piłkarz jak Andy Muller atakowany przez dziennikarzy powiedział, że bez stałego rytmu meczowego nie jest w stanie utrzymać wysokiej formy. Cóż więc ma powiedzieć zawodnik mojego pokroju, powszechnie uważany za przeciętnego?
- A może po prostu niepotrzebnie angażuje się pan w prace rady drużyny, za dużo pyskuje działaczom oraz trenerom i stąd biorą się kłopoty z wywalczeniem miejsca w wyjściowej jedenastce?
- Nie sądzę. Dyskutuję zawsze merytorycznie, a z trenerami nigdy nie zadzieram. Dragomir Okuka obraził się na mnie po jednym z pańskich wywiadów, ale niesłusznie, bo ja wcale nie powiedziałem, że skubie mnie z kasy. Stwierdziłem jedynie, iż nie zarabiam, bo nie gram. Szkoleniowiec mocno się wkurzył tytułem, ale później wszystko sobie wyjaśniliśmy. To znaczy ja mu wytłumaczyłem, bo już nigdy później u Dragona nie wystąpiłem. A i tak podczas meczów, gdy ktoś skiksował, wydzierał się: Magiera, co ty robisz! W tym czasie spokojnie siedziałem na ławce, tuż obok trenera.
- A dlaczego znalazł się pan w grupce chwastów, które z Legii chciał wyrwać Franciszek Smuda?
- Nie wiem, ale najwyraźniej Franz pomylił się w ocenie moich możliwości. Bo jako jedyny skazany na banicję wróciłem nie tylko do szerokiej kadry, ale zostałem nawet podstawowym zawodnikiem pod koniec kadencji Smudy w Legii. Spotkałem kiedyś tego trenera w hotelu na Agrykoli i pogadaliśmy sobie od serca. Posłuchał, pokiwał głową i powiedział, że da mi jeszcze jedną szansę. I dotrzymał słowa! Podobno do dziś jestem jedynym skreślonym przez tego szkoleniowca zawodnikiem, który wrócił do łask.
- A Kubicki dalej woła do pana po nazwisku?
- Zdarza się, ale nie robię problemu. Po pierwsze dlatego, że nie wstydzę się swojego nazwiska, a po drugie - zdarza się incydentalnie. W porównaniu z pierwszą kadencją Kuba bardzo się zmienił. Gdy zaczynał pracę w Legii był naładowany po pobycie w Anglii. Szybko jednak przekonał się, że mamy inną mentalność od Brytyjczyków. Nauczył się naszych imion oraz pseudonimów i stał się o wiele bardziej przystępny. Znaleźliśmy wspólny język, więc i wyniki są satysfakcjonujące.
- Legia jest klubem biednym?
- A skąd! Mamy najwięcej kibiców w Polsce i to jest nasz największy kapitał. Co prawda na mecze Lecha przychodzi więcej ludzi, ale tylko dlatego, że w Poznaniu jest większy stadion Legia ma również świetny skład i potencjał godny mistrza Polski.
- I co z tego, skoro terminowo nie otrzymujecie wypłat?
- Nie doczekaliśmy się jeszcze premii za mistrzostwo, a i w regulacji bieżących rat kontraktowych zdarzają się dwumiesięczne opóźnienia. Tego nie da się ukryć. Prowadzimy negocjacje z zarządem klubu i mamy zapewnienie prezesa, że wszystkie należności zostaną szybciej niż później wypłacone.
- Piłkarze Legii nie lubią się? Mało czasu po treningach i meczach spędzacie razem. Kiedyś było inaczej.
- Inne były również czasy. Teraz obowiązuje bardziej profesjonalne podejście do zawodu, a na dodatek średnia wieku jest niższa. Wielu aktualnych legionistów to młodzi żonkosie, ojcowie małych dzieci, nie dziwne więc, że większość czasu chcą spędzać w domach. Święci jednak nie jesteśmy, zdarza się i spotkać i łuknąć piwko. Tyle że zawsze po meczu, a nie przed.
- Podobno hucznie bawiliście się po wspomnianym na wstępie zwycięstwie z Wisłą?
- Nie wszyscy. Ale jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że kilku kolegów podczas świętowania sukcesu miało okazję poznać Jana Borysewicza, lidera "Lady Pank", który był na trybunach. I teraz często nucą "Bo tutaj jest jak jest", utwór wykonywany przez wspomnianego muzyka w duecie z Pawłem Kukizem. Piosenki "Mniej niż zero" nie przypomina za to nikt.
- Czy nadal dochodzi do takich spięć podczas treningów legionistów jak podczas kadencji Stefana Białasa, gdy Piotr Mosór brutalnie sfaulował czy wręcz pobił Macieja Murawskiego?
- Doskonale pamiętam ten incydent i wcale nie wygladał tak tragicznie. Maciek nieco wyolbrzymił całe zajście, Mosór po prostu ostro go zaatakował. Teraz zresztą też nie głaszczemy się podczas treningów. Walczymy na serio, ale nie kopiemy się w kolana i Achillesy. K.... też czasem lecą, ale klniemy po cichu, żeby nie słyszała cała Warszawa.
- Nie zazdrości pan kolegom z młodzieżówki, której pan był kapitanem, że grają w pierwszej reprezentacji u szkoleniowca najbardziej faworyzującego zawsze.... Jacka Magierę czyli Pawła Janasa?
- Nikomu niczego nie zazdroszczę. Kibicuję kadrze narodowej, a zwłaszcza selekcjonerowi, który rzeczywiście traktował mnie w reprezentacji olimpijskiej jak pupilka. Rozmawialiśmy zresztą z Janasem już po jego nominacji, nadal mamy dobre kontakty. To jednak nie oznacza, że Pawka powoła mnie na jakiś mecz trzeciej kategorii, tylko po to, żebym zaliczył debiut w kadrze A. To mnie nie interesuje. Nie muszę mieć kompleksów, bo w reprezentacji grało wielu lepszych piłkarzy ode mnie, ale powołania otrzymywali również słabsi.
- A dlaczego wraz z Janasem nie pojechaliście na olimpiadę do Sydney?
- Wielokrotnie analizowałem przyczyny porażki i jestem pewien, że Turcja, która nas wyeliminowała, wcale nie była mocniejsza. Niestety, niepoważnie zachowaliśmy się po pierwszym meczu wygranym we Wronkach. Część zespołu oddała się balandze i być może przez to zabrakło w rewanżu sił oraz precyzji. Jako kapitan wstawiłem się za imprezowiczami i Janas, który chciał kilku usunąć z drużyny, wysłuchał mnie. Może niepotrzebnie?
- Został pan już magistrem?
- Nie, ale jestem bliski. Studiuję historię w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie i właśnie kończę pisać pracę o heraldyce sportowej. Temat jest trudny, ale ciekawy. Raczej nie pomoże mi w pracy zawodowej, bo chciałbym zostać trenerem. Uprawnienia instruktora już mam, a po magisterce zapiszę się do Kuleszówki. Już postanowiłem. Na razie pomagam prowadzić treningi juniorów - w stołecznej Agrykoli i Rakowie też.
- Nadal jest pan prezesem Olimpijczyka Częstochowa?
- Nie, bo nie działam już w tym klubie. Zresztą nigdy nie pełniłem oficjalnej funkcji, jedynie doradzałem. A ostatnio wraz z całym zarządem przenieśliśmy się do Rakowa.
- Zamierza pan kiedyś wrócić do rodzinnej Częstochowy?
- Nie wiem. Kiedyś nie wyobrażałem sobie życia poza moim rodzinnym miastem, teraz - nie wiem, jak się życie potoczy. Chciałbym wrócić pod Jasną Górę, bo tam czuję się najlepiej. Tam kupiłem swe pierwsze mieszkanie, a nie w Warszawie. Jestem na tyle znany, że wszędzie wchodzę... na twarz, a na imprezy sportowe wybieram się często. Moimi dobrymi kumplami są siatkarz AZS, Michał Bąkiewicz i żużlowiec Włókniarza Sebastian Ułamek. Regularnie występują w turnieju gwiazdkowym, który corocznie organizuję 20 grudnia. Przed dwoma laty dojechali do mnie nawet piłkarze Wisły Kraków i być może w tym roku Marcin Baszczyński znów zmierzy się z Markiem Saganowskim.
- Czy piłkarz urodzony w Częstochowie jest wierzący?
- Owszem i nadal praktykujący. Zawsze było mi po drodze do słynnego klasztoru jasnogórskiego i nic się nie zmieniło - jako człowiek religijny nie wstydzę się chodzić do kościoła.
Rozmawiał Adam Godlewski
Wywiad
Nie wstydzę się chodzić do kościoła
wtorek, 18 listopada 2003 21:47
Jacek Magieraźródło: Piłka Nożna