W imieniu ITI publicznie wyraził Pan chęć kupienia Legii Warszawa. Czy to jest biznes, przypadek, a może tylko niezła kampania reklamowa TVN?
Mariusz Walter, współwłaściciel koncernu ITI, właściciela m.in. stacji TVN: W moim życiu było strasznie mało przypadków, a mnóstwo działań zaplanowanych i konsekwentnie realizowanych. Miałem i mam szczęście do spotykania ludzi mądrych, od których coś kupuję albo coś sprzedaję, ale stale się uczę. Tego szczęścia do ludzi mam tyle, że wyczerpałem już na pewno swój limit i za kogoś innego teraz wykorzystuję.
Zapytałem o przypadek, bo ludzie raczej nie kojarzą ITI i TVN ze sportem. Pan miał już z nim cokolwiek wspólnego?
- Wraz z moimi partnerami Janem Wejchertem, prezesem ITI, i Bruno Valsangiacomo podejmujemy od blisko 20 lat wiele biznesowych wyzwań. Zawsze z elementem ryzyka. To, przyzna pan, bardzo bliskie sportowemu zachowaniu, ale serio odpowiadając na pytanie, muszę powiedzieć, że całe życie, proszę pana, całe życie miałem szczęście do partnerów i nauczycieli. Pamiętam jak w pierwszej klasie technikum budowlanego mój nauczyciel wf. pan Kowalski, człowiek chyba czterdziestoletni, więc mnie zdawał się bardzo stary, chciał zrobić ze mnie hokeistę Cracovii. To znaczy bramkarza i wszystko pewnie by się udało, bo kilku kolegów zostało zawodnikami, gdyby nie to, że jednak za bardzo bałem się krążka lecącego w stronę mojej twarzy. Więc niby się nie udało, ale tenże Kowalski zapalił mnie do myślenia o sporcie. Nauczył paru zasad, które są może wyświechtane, bo nie zawsze właściwe usta je głosiły, ale najprawdziwsze. Że sport jest wspaniałą szkołą życia. Uczy odwagi działania i wiary w sens treningu, co potem w życiu łatwo przemienić na wiarę w sens pracy. No i coś piekielnie ważnego - wiarę w zwycięstwo do ostatniej chwili! Kiedy coś mi się nie układało, to jeden z przyjaciół, Edek Mikołajczyk, mawiał: "A pamiętasz jak Wisła przegrywała z Ruchem dwoma golami w końcówce i wygrała?". A czy pan pamięta, jak przegrywał w Warszawie Widzew, a zdobył w kilka minut mistrzostwo Polski? Ja zdobywałem krok po kroku wykształcenie techniczne, gdzie nauczyłem się, że "dwa razy dwa" musi być cztery i nie da się inaczej. Robiłem biznes w mediach, bardzo różnych, ale sport we mnie tkwił bardzo mocno.
Chce Pan kupić Legię, a tam na razie same długi...
- W naszej firmie nie mówimy "ja", tylko "my". Więc to "my" chcemy kupić Legię. A kłopoty? Legia zyskała mój wielki szacunek, gdy zostawiło ją wojsko, główny opiekun, a ona nie padła. Stworzyła drużynę z takimi postaciami jak Jacek Zieliński, symbol przywiązania do klubowych barw. To powód dla działaczy do wielkiej satysfakcji. Bo klub ma swoją markę, tradycje, no i kręgosłup.
I o czym Pan marzy, angażując się w Legię?
- Marzę o tym, że po pięciu latach ciężkiej pracy managementu, ciężkiej pracy zawodników i trenerów zrodzi się wielka drużyna. Grająca na nowoczesnym stadionie, tak fajnie, że każdy chce jej kibicować...
A ile Pan ma lat?
- 66. A dlaczego pan pyta?
Bo zawsze się zastanawiam, dlaczego ludzie zamożni i doświadczeni szukają nowych, potężnych wyzwań, zamiast odpocząć, cieszyć się rodziną, podróżować... Będzie się Pan teraz złościł na piłkarzy, użerał z sędziami...
- Ależ ja chcę tak odpoczywać, jak pan mówi, bo przecież nie będzie klubu organizował człowiek, który ma bóle reumatyczne! Wiem, że to musi być ktoś młody, z dobrym piłkarskim backgroundem i menedżerskim doświadczeniem. A my się będziemy z bardzo bliska przyglądać, nie odpuścimy. Sukcesem Legii byłoby też wejście na giełdę. Ma przecież fanów dosłownie wszędzie, w Krakowie też.
Inwestowanie telewizji w futbol nie zawsze się udaje. Francuski Canal+ włożył 50 mln dol. w Paris Saint Germain, po czym się wycofał.
- Chce pan mi powiedzieć, że nie ma takiej kasy, której piłkarze nie potrafiliby przeżreć? Ja to wiem! I Legia też nie będzie tania. Niech pan policzy - teraz około 20 mln zł długu, na nowy sezon trzeba dać tyle co Wisła, czyli następne 20, a to już razem 40, czyli 10 mln dol.!
Wiadomo, że kupno Legii zależy od wielu czynników, choćby tak istotnych jak zgoda miasta na wybudowanie i zagospodarowanie stadionu i jego okolic przez ITI. Na ile ocenia Pan szanse wejścia w ten biznes?
- To zasadniczy problem. Dziś jest to 60 proc. na nie i 40 proc. na tak. Ale to i tak nie tak marnie, bo na początku było 10 na tak, a 90 na nie...
Czy jako właściciele klubu będziecie panowie mieli coś z Romana Abramowicza?
- Oj, raczej bardzo mało będzie Abramowicza, więcej Wejcherta, Valsangiacomo i Waltera. Czyli według stawu grobla! Od razu powiem, że na Żurawskiego nie będzie nas stać.
Oglądając czasem TVN, podejrzewam raczej, że ściągniecie jakiegoś sławnego i przystojnego Brazylijczyka, żeby miały się w kim kochać kobiety... To znaczy telewidzki...
- A może kupimy Włocha, bo nasz wspólnik Bruno, choć Szwajcar, ma włoskie korzenie? Kto wie. Na pewno interes z Legią to także okazja do pokazywania świetnych programów sportowych w naszej telewizji. Ale to wszystko jest dopiero w planach, proszę mnie nie ciągnąć za język.
A nie obawia się Pan, że jeżeli ITI, mimo szumnych zapowiedzi, ostatecznie nie wejdzie w Legię, jej kibice mogą poczuć się oszukani?
- Kibice to naprawdę nie są głupki i wiedzą, że nasz biznes to naczynia połączone - klub i stadion, w który chcemy współinwestować. Nie zamierzamy ponosić finansowej klęski na własne życzenie.
Po co Wam ten stadion?
- Bo musi być dom dla tej wielkiej drużyny. Powiem panu zresztą coś, co ludzie sobie rzadko uświadamiają, a o czym niedawno przypomniał mi pewien mądry człowiek. Otóż o każdym wielkim mieście najlepiej świadczą trzy rzeczy. Wie pan jakie?
?
- Muzea, teatry i właśnie stadiony.
Ale na zdjęciu, na ścianie za Panem, widzę Pana nie z piłką, tylko z golfowym kijem...
- Och, wie pan, w pewnym wieku golf jest najlepszy, gdy się chce jeszcze budować emocje... Ale nijak się ma do futbolówki, do wielu innych sportów, które uprawiałem. W młodości wygrałem w deblu wicemistrzostwo Polski zrzeszenia Start w tenisie, to było na Agrykoli. Znowu miałem szczęście do partnerów. Ten nazywał się Hnyda. No, ale najważniejsza była, rzecz jasna, piłka nożna. Moi koledzy grali w Wiśle Kraków i ja też chciałem, podziwiałem wtedy chłopaka, który nazywał się Wiesiek Kościelniak. I dotąd chodziłem na treningi do Wisły, aż się do tej drużyny juniorów dopchałem, z wielkim trudem.
No i co dalej?
- Ano trafiłem na mądrego trenera. Widział, jak się staram, jak zdzieram kolana, jak tchu nie mogę złapać... I którymś razem powiedział: "Wiesz co? Ty daj sobie chłopie spokój. Nie masz za grosz talentu!". No i w porę mi to odradził.
Popłakał się Pan?
- Chyba tak, oj, na pewno!
A kiedy poznał Pan Legię?
- Gdy była najlepsza w kraju, bo to były lata 50. i CWKS - z Brychczym, Polem, z Szymkowiakiem w bramce. Budzili respekt swoją siłą, możliwościami, umiejętnościami, i to z nią każdy chciał grać i wygrać. Było tak nawet, że wiślacy zapominali o świętej wojnie z Cracovią, bo coraz bardziej liczyła się wygrana z Legią.
Pamięta Pan taki wielki krakowski dramat - Legia gromi Wisłę w Warszawie 12:0?
- Jakżeby nie! Szczęście, że mnie na tym meczu nie było, bo bym na pewno nie przeżył... Jednak Legię się ceniło, mimo że był to taki ogromny smok, który co chwila kradł komuś w Polsce najlepszego zawodnika. Pamiętam, jak do Warszawy trafił od nas z Krakowa Mordarski i aż się przejechałem zobaczyć, jak mu idzie. I byłem po prostu zrozpaczony, że się przyjął! Mój szacunek do Legii budował się latami, choć cały czas lubiłem i inne kluby, bo pan wie dobrze, że w pewnym czasie chcieliśmy ze wspólnikami wejść w Polonię, w Widzew, zawsze poważałem kluby z tradycjami kiedyś krakowskie Garbarnię i Wawel, obecną Cracovię. Ale Legia to była Legia, zawsze w czubie, gdy na przykład na Wisłę jeździło się kibicować jak walczy o ósme, bezpieczne miejsce w tabeli... A w ogóle to ja nie bardzo rozumiem jak można było nie fascynować się polską piłka, jak się przeżyło Wembley, medale w Monachium, śledziło takie kariery jak Lubańskiego czy Deyny. To dziś niewyobrażalne, ale kręciłem kiedyś na Stadionie Śląskim film "Gra o wszystko" - Górnik grał z Romą [w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów - red.]. No i wtedy Capello, pamięta go pan?
Oczywiście. Capello, Capelli, Capellini...
- No więc ten Fabio Capello siedział na ławce, a ręce mu się trzęsły! Operatora poprosiłem, żeby filmował, bo to było coś niezwykłego, jak można było bać się Polaków! Godzinami mógłbym opowiadać o tamtych bohaterach, ale i ich poprzednikach. O takich defensorach jak Parpan, Szczurek czy potem Gorgoń - gdyby mi przyszło porównywać do nich zachowania i grę Kałużnego na przykład, no to niebo a ziemia. Takie lekceważące ruchy, powolność...
O Deynie też mówiono, że wolny...
- A gdzie tam! On był gdy trzeba piekielnie szybki! No i wspaniały Gadocha, piłkarz Legii, a z Krakowa przecież.
Podobnie jak Pan zaczynał od hokeja. Ale pędźmy do czasów współczesnych. Podrążmy temat Legii...
- Tak, tak. Więc jestem w Warszawie, chodzę czasem na mecze i... zobaczyłem na boisku Wdowczyka. Zachwyciłem się tym facetem. Ostro grał, ale nigdy nie widziałem, żeby faulował już po pojedynku. Jak Hajto - specjalność kopanie leżących. To świetny zawodnik, ma znakomity przegląd sytuacji, ale to zbliżenie z meczu z Portugalią, jak wygrał pojedynek, a jeszcze dokopał! Brrr... Ja rozumiem, że są emocje, ale to sport.
Twardzi gracze też są w nim potrzebni. Kupiłby Pan Hajtę do Legii?
- Wie pan, ja lubię jak kości trzeszczą, ale w środku musi być piłka. Nie może być tak, że cel uświęca środki. Ale Hajto w Legii to pyszny pomysł. Tylko za ile?
Rozmawiał Paweł Zarzeczny
Wywiad
40 procent na tak, 60 na nie
sobota, 27 grudnia 2003 09:02
Mariusz Walterźródło: Gazeta Wyborcza