- Ile godzin przesypia pan w okresie przygotowawczym?
Tomasz Sokołowski II: Z wiekiem, niestety, coraz mniej. Gdy grałem jeszcze w Amice tuż po pierwszym treningu potrafiłem szybko zjeść obiad, a chwilę później zasnąć nawet na trzy godziny. W Warszawie odległości są o wiele większe, więc znacznie dłużej jadę z domu na stadion i w odwrotnym kierunku. Poobiednia drzemka nie może więc trwać dłużej niż pięćdziesiąt minut. Szkoda, bo jestem śpiochem. Aby normalnie funkcjonować, w nocy muszę spać co najmniej dziesięć godzin. Również latem, nie tylko w okresie przygotowawczym.
- Co na to żona?
- No cóż, Edyta czasami się wkurza, ale chyba generalnie przyzwyczaiła się, że pożytek z męża może mieć do godziny 23. Potem jakoś organizuje sobie czas, zwykle spokojnie ogląda telewizję, bo na szczęście nie chrapię.
- A zdarzyło się panu zaspać na trening?
- Niestety... Kilka razy podczas zagranicznych zgrupowań razem z Tomkiem Dawidowskim nie usłyszeliśmy nawey dwóch głośno dzwoniących budzików. Rolety na oknach w zachodnich hotelach są bardzo szczelne, więc nie mieliśmy prawa zauważyć, że jest dzień. Koledzy musieli więc telefonować z informacją, że cała ekipa wsiadła już do autokaru. W pierwszym momencie po przebudzeniu myślałem, że sobie robią jaja, bo byłem pewien, iż śpię we własnym domu. Dopiero, gdy docierało do mnie, gdzie rzeczywiście się znajduję - ciarki mnie przechodziły. Spóźnienia były na szczęście kilkuminutowe, więc obyło się bez kar finansowych. Koledzy mieli jednak powód do drwin, polewali ze mnie równo.
- W stolicy łatwiej o przebudzenie?
- Musiałem się nauczyć wcześniej wstawać, bo wszystko w Warszawie jest szalone. We Wronkach zimą czas stał w miejscu, a tu - galopuje. Tam się umierało z nudów, jeśli nie można było pojechać do Poznania, to nieustannie katowałem filmy na wideo. Natomiast w stolicy wrażeń jest aż nadto. Kino jest pod bokiem, codziennie można wpaść na obiad czy kolację do innej fajnej knajpy. Ba, małą przygodą jest już przejazd na trening z Ursynowa, gdzie mieszkam do hali na Bemowie. W ubiegłym tygodniu tę trasę liczącą z piętnaście kilometrów przemierzałem codziennie, więc miałem okazję przyjrzeć się Warszawie z bliska. Dopóki nie przeniosłem się do Legii, znałem głównie Dworzec Centralny, spod którego wszędzie jeździłem taksówkami.
- A jakie jest pana ulubione miejsce w Warszawie?
- Pub Kaiser przy ulicy Chmielnej, gdzie odbywają się wszystkie imprezy legionistów. Zwłaszcza te po wygranych meczach są przyjemne. Niestety, w przeciwieństwie do kolegów nie miałem okazji poznać Jana Borysewicza, bo zespół bawił się z liderem Lady Pank... poszedłem oczywiście spać. Nazajutrz grałem mecz w rezerwach.
- Nie tak miała się zacząć pańska kariera w Legii. Podobno tylko dlatego odrzucił pan ofertę przedłużenia kontraktu w Amice, że trener Dariusz Kubicki obiecał miejsce w wyjściowej jedenastce stołecznego klubu?
- Oczekiwania były rzeczywiście inne, ale Kuba nie dawał żadnych gwarancji. Powiedział, że widzie mnie w zespole. Miałem szansę taką, jak wszyscy, ale przegrałem rywalizację z drugim Sokołem, to znaczy z pierwszym, bo ja jestem drugi. Uczciwą, bo od początku konkurujemy w bardzo zdrowy sposób. Zapłaciłem za przeprowadzkę. Znałem wcześniej kilku legionistów z młodzieżówki Pawła Janasa, ale trafiłem do nowego, zupełnie nieznanego środowiska. Aklimatyzacja nie przebiegała więc najłatwiej. Zauważyłem, że na początku koledzy nie mieli do mnie zaufania.
- A jaki jest ten starszy Tomasz Sokołowski? Macie wspólnych kuzynów?
- Rodziną, nawet daleką nie jesteśmy, ale nie zmienia to faktu, że ten inny Sokół jest fajnym facetem. Lubię z nim pogadać i dobrze rozumiemy się na boisku. Żałuję więc, że to właśnie z nim przyszło mi rywalizować o miejsce na prawej pomocy Legii.
- Zbieżność nazwisk nie doprowadza do zabawnych sytuacji?
- Trener Kubicki mówi do nas: Pierwszy i Drugi, ale gdy koledzy w autokarze wołają: Sokół to rzeczywiście bywa śmiesznie, bo z reguły odpowiadamy obaj.
- Nie żałuje pan, że silniejszy klub zamienił latem na gorszy zarówno pod względem finansowym jak i sportowym?
- Legia, choć aktualnie jest w tabeli za Amiką, to klub z krajowego topu, więc nie odrzuca się ofert z Łazienkowskiej. Gdybym miał pewne miejsce w wyjściowej jedenastce - nawet nie zastanawiałbym się nad podjętą decyzją. Nawet w sytuacji, gdy zaległości finansowe są bardzo duże, co we Wronkach było podczas mojego siedmioletniego pobytu nie do pomyślenia. Pocieszam się jednak, że w przyrodzie nic nie ginie i należności w końcu trafią na konto. Poza tym akcje Legii ma przeją bogaty koncern ITI, więc mam nadzieję, że przeprowadzka do Warszawy okaże się krokiem wstecz. Gdybym podpisał nowy, trzyletni, kontrakt w Amice, to już nigdy z Wronek bym się nie wyrwał i dreptałbym w miejscu.
- A ile Legia jest panu teraz winna?
- Trochę zaległości się uzbierało. Tuż przed wylotem na Cypr na konto wpłynęła połowa wrześniowej raty kontraktowej. Do odebrania mam więc pięniądze za cztery i pół miesiąca, no i premie za jesienne mecze, z których tylko jedna została wypłacona. Mam z czego żyć, bo parę groszy przez lata gry w Amice odłożyłem, ale nie wyobrażam sobie, żeby długi klubu wobec drużyny nadal rosły.
- Trenujecie mocno, czy Kubicki mając na względzie opłakaną sytuację finansową nie daje piłkarzom za ostro w... kość?
- Myślę, że natężenia są umiarkowane. Na przykład podczas zgrupowania w Szczyrku ćwiczyliśmy aż cztery razy dziennie, ale nie byłem tak zmęczony jak choćby po treningach Mieczysława Broniszewskiego, u którego harowałem kiedyś jak wół. A była to głupiego robota, bo zupełnie nie przełożyła się później na korzystne wyniki. Koledzy mówią, że Legia nie trenuje tak mocno jak niedawno pod kierunkiem Dragomira Okuki, a i tak po cięższych zajęciach Kuba potrafić nam dać nawet dwa dni wolnego.
- Atmosfera w Legii jest lepsza od panującej w Amice?
- Klimatu w obu klubach absolutnie nie można porównać. We Wronkach było fajnie, zaprzyjaźniłem się z Dawidem, Grześkiem Królem, Jarkiem Bieniukiem, Markiem Zieńczukiem, ale momentami czułem się jak na nieustannym zgrupowaniu. Na klatce spotykałem kolegów z drużyny, w sklepie również, więc nawet nie było czasu, żeby sobie odpocząć. W Warszawie złapałem świeży oddech. I nie tylko dlatego, że w pobliżu mieszka jedynie Andrzej Krzyształowicz. W siedzibie Legii stałymi gośćmi są gwiazdy show biznesu, znani politycy i sportowcy, a działacze zawsze stawiają konkretny cel. W Amice zazwyczaj o nic nie walczyliśmy.
- Jaki plan ma zrealizować wiosną klub z Łazienkowskiej?
- To żadna tajemnica - mierzym w dublet.
- Nawet w sytuacji, gdy ITI nie przejmie akcji?
- Nawet, choć zdaję sobie sprawę, że bez prężnego inwestora ciężko będzie dać radę Wiśle Kraków i Amice. Mistrzostwo Polski kosztuje, a nie widząc perspektyw w pewnym momencie możemy popaść w zwątpienie. To jednak nie moje zmartwienie, od spraw organizacyjnych mamy Jerzego Engela, który już wykonał kawał dobrej roboty i na pewno nie powiedział ostatniego słowa. Oczywiście mam obawy, że ITI nie kupi Legii, ale wcześniej czy później ktoś postawi stołeczny klub na nogi. W Warszawie nie brakuje przecież bogatych firm.
- Nie brakuje też kasyn, do których pan lubi zaglądać.
- Przesada. Była w Amice grupa zawodników, która lubiła się rozerwać w ten sposób, ale informacje o gigantycznych przegranych są wyolbrzymione. Wiem, bo też należałem do grona hazardzistów. Stawki były symboliczne, sportowe. Z reguły wybierałem pokera, często grywaliśmy zresztą wraz z żoną. I Edytka może potwierdzić, że przegrywaliśmy nie więcej niż dwieście, trzysta złotych. A częściej zdarzało się wygrywać identyczne kwoty. Śmialiśmy się więc, że albo straciliśmy, albo zyskaliśmy wystawną kolajcę w dobrej knajpie w Poznaniu.
- To znaczy, że nie musiał pan wynajmować mieszkania w Warszawie tylko po prostu kupił pan lokum w stolicy?
- Zgadza się. Uznałem, że lepiej zainwestować w 60 - metrowy lokal, niż tracić kasę na wysoki czynsz. Poza tym muszę myśleć o przyszłości. Pochodzę z Dębicy, a w rodzinnym miasteczku nie mam zbyt wielkich perspektyw. Po zakończeniu kariery chciałbym mieć dobrą pracę, a przede wszystkim zapewnić dobry star córeczce - Julii. Mogę się już pochwalić dyplomem trenera drugiej klasy uzyskany na AWF w Gdańsku, więc być może niedługo rozpocznę staż w jednej z najmłodszych grup wiekowych w Legii.
- A czy to prawda, że kiedyś poszedł pan na zakupy z wózkiem i Julią, a wrócił sam?
- Ktoś puścił w obieg ten wredny dowcip, który nie ma nic wspólnego z prawdą. Przylgnęła do mnie etykietka człowieka roztargnionego, bo po jednym z meczów z Katowicami miałem poważny uraz głowy. I dawałem naprawdę ostre single, potrafiłem na przykład wsiąść do autobusu jadącego w przeciwną stronę do mojego celu. Zdarzały się i śmieszniejsze pomyłki, ale Julci nie zgubiłem nigdy!
Rozmawiał Adam Godlewski
Wywiad
W kasynie przegrałem kolację
wtorek, 3 lutego 2004 13:10
Tomasz Sokołowski IIźródło: Piłka Nożna