Już w wieku 20 lat przeprowadził się Pan do stolicy, by grać w Legii Warszawa. To specyficzny klub, nie miał Pan obaw przed wyjazdem?
Zbigniew Kaczmarek: Bałem się, że mogę sobie nie poradzić, tym bardziej, że byłem niedoświadczonym piłkarzem, grającym tylko w II lidze. A w Legii grali wtedy tacy piłkarze jak Okoński czy Janas, których trenował człowiek legenda Kazimierz Górski. Trener stopniowo dawał mi szansę i mimo że niektórzy starsi piłkarze nie akceptowali młokosa z Wybrzeża czując zagrożenie, udało mi się zostać podstawowym piłkarzem Legii.
W Legii zawsze grały gwiazdy, ale nie udało się Wam zdobyć mistrzostwa Polski. Czy główną przyczyną był fakt, że poza boiskiem tworzyły się "grupki", a niektórzy piłkarze prowadzili rozrywkowy tryb życia?
- Były grupki piłkarzy trzymających się razem poza boiskiem, ale kiedy wychodziliśmy na murawę podziały znikały. Przyczyną niepowodzeń był natomiast m.in. fakt, że inne drużyny maksymalnie mobilizowały się na nas. Rywale byli motywowani przez swoje zakłady patronackie np. kopalnie, które podwajały, a nawet potrajały premie za wygranie ze znienawidzoną wojskową Legią. Dla wielu klubów był to mecz sezonu, na którym trybuny zapełniały się do ostatniego miejsca. Potrafiliśmy wygrać mecze z najgroźniejszymi rywalami jak Widzew czy Górnik, ale ze słabszymi traciliśmy punkty, których potem brakowało. To nas jednak nie tłumaczy, mieliśmy potencjał i nie wykorzystaliśmy go.
Czy podróżując po świecie w latach 80-tych nie myślał Pan, aby tak jak inni Polscy zawodnicy, zostać za granicą?
- Miałem możliwość zostania we Francji i grania w FC Nantes. Tak przynajmniej mówił mi Polak, który złożył propozycję i obiecywał, że się mną zaopiekuje. Nie było to oficjalne, nie było żadnych podpisów, ani umów. Dlatego nie zaryzykowałem ucieczki tak jak np. Andrzej Rudy. Podróże z drużynami to jeden z największych plusów kariery piłkarza, towarzyszą im często przygody. Z kadrą młodzieżową Henryka Apostela wyjechaliśmy na tournee po Ekwadorze, gdzie panowały niesamowite upały. Każdy chciał się opalić. Po obiedzie wymknąłem się ukradkiem, pobiegłem nad wodę i rozłożyłem na kamieniach. Po pewnym czasie przybyli koledzy i powiedzieli: "Zbychu nie ruszaj się, bo jakiś potwór wyszedł z wody". Myślałem, że to żart, ale gdy otworzyłem oczy zobaczyłem wielkiego gada stojącego obok mnie. Nawet nie wiedziałem co to za zwierzak. Sparaliżowany strachem powoli wycofałem się. Miałem już dość opalania.
W 1985 roku zadebiutował Pan w reprezentacji w meczu z Bułgarią. Mecz odbył się w Meksyku, gdzie rok później były mistrzostwa świata. Dlaczego nie pojechał Pan na mundial?
- Byłem rozczarowany decyzją trenera Antoniego Piechniczka. Podobno byłem naprawdę blisko wyjazdu do Meksyku. Sezon miałem udany, a w jednej chwili pękły moje marzenia i wielki turniej oglądałem w telewizji. Inaczej wyobrażałem sobie także rozstanie z reprezentacją. W 1991 roku w wygranym 3:0 towarzyskim meczu z Turcją grałem słabo i zostałem zmieniony. Liczyłem, że Andrzej Strejlau, za kadencji którego rozegrałem najwięcej meczów w kadrze, da mi jeszcze szansę. Tak się jednak nie stało, mimo że piłkarsko to był mój najlepszy okres. Wtedy grałem już w Auxerre.
Z wielkiej Warszawy przeniósł się Pan do małego Auxerre, ale chyba dopiero wtedy zetknął się z profesjonalnym futbolem?
- To był inny świat, klub był perfekcyjnie zorganizowany. Moim jedynym zadaniem było dobrze grać, nic innego mnie nie interesowało. Klub załatwiał wszystkie formalności, nagle miałem wiele czasu wolnego dla siebie, który w Legii spędzałem stojąc w kolejkach próbując załatwić różne sprawy. To było coś niesamowitego, nawet kosili mi trawę wokół domu. Aby mieć zajęcie kupiłem sobie jednak kosiarkę i uprzedzałem pracowników klubu. Z rodziną zwiedziłem całą Francję, a z drużyną w której grało pięciu reprezentantów Francji i belgijska gwiazda Enzo Scifo zdobyliśmy wicemistrzostwo.
W Auxerre trenował Pana legendarny Guy Roux. Jak Pan go wspomina?
- Roux był w Auxerre od wszystkiego. Prezesa klubu widywaliśmy tylko wtedy, gdy z polecenia Roux przychodził do szatni, aby wypłacić premię. Resztą zajmował się Roux. On był wymagający, trzymał zespół mocno w ryzach, dyscyplina była ostra. Potrafił także stworzyć sielankową atmosferę: zapraszał piłkarzy z rodzinami i fundował wszystkim wyjazd do Disneylandu pod Paryżem, odwiedzał nas w domach. Kiedy ktoś miał problem wiedział, że z prośbą o pomoc może się zwrócić do trenera.
Dlaczego zmienił Pan Auxerre na Guingamp, a potem na Ajaccio?
- Po dwóch latach gry w Auxerre chciałem przedłużyć umowę o kolejne dwa lata. Roux proponował mi tylko roczny kontrakt, dlatego wybrałem ofertę drugoligowego Guingamp. Później, do przejścia do czwartoligowego Ajaccio namówił mnie grający tam Piotr Rzepka. Przekonywał o urokach Korsyki i sympatycznych mieszkańcach. Zdecydowałem się więc na zakończenie kariery na słonecznych plażach Korsyki. Wprowadziliśmy Ajaccio do III ligi, zapoczątkowaliśmy jego rozwój. Z Ajaccio mam same miłe wspomnienia. Takich serdecznych ludzi nigdzie nie poznałem. Mam tam do dziś wielu przyjaciół.
Czy mając przyjaciół we Francji nie myślał Pan o karierze menedżera piłkarskiego?
- Zająłbym się na poważnie tą profesją, gdyby wyszedłby mi pierwszy transfer. Próbowałem załatwić przejście z Legii do Ajaccio Macieja Murawskiego. On wybrał jednak Arminię Bielefeld, o czym zdecydowały nieco wyższe pieniądze. Ja oferowałem grę w ambitnej drużynie i świetny klimat dla jego dzieci. Może kiedyś do tego wrócę, teraz myślę o karierze trenerskiej.
Trenował Pan Potok Pszczółki i Kolbudy, teraz prowadzi Pan grające w V lidze Żukowo. Czy to nie za skromnie jak na tak znanego piłkarza?
- Prowadzenie zespołu w V lidze to dobra szkoła. Momentami praca jest trudna, gdyż muszę namawiać do treningów ludzi zmęczonych całodzienną pracą zawodową. Oczywiście chcę się sprawdzić w profesjonalnej lidze, na razie jednak nikt nie chce na mnie postawić. Uważam, że z moimi doświadczeniem mam wiele do przekazania. Kiedy wyjeżdżałem na Zachód w wieku 28 lat myślałem, że niczego już się nie nauczę. Tymczasem Roux wziął mnie na bok i powiedział, że taki chłop jak ja nie może tak słabo grać głową. Przydzielił mi drugiego trenera, który zostawał ze mną na kwadrans po treningu i uczył gry głową. Okazało się, że mogę wygrywać pojedynki w powietrzu ze skocznymi, czarnoskórymi graczami, nauczyłem się wyczuwać moment wybicia i uderzenia. Człowiek uczy się całe życie. Ja nadal się uczę, ale uważam, że mogę przekazywać swoją wiedzę zawodowym drużynom.
Rozmawiał Łukasz Pałucha
Wywiad
Byłem w Disneylandzie
piątek, 6 lutego 2004 10:05
Zbigniew Kaczmarekźródło: Gazeta Wyborcza