Arkadiusz Bąk - spędził 3 miesiące w FC Birmingham, ale nie zagrał meczu (obecnie Amica)
Daniel Bogusz - w Arminii Bielefeld mecze swojej drużyny zwykle ogląda z trybun
Maciej Murawski - jw.
Sylwester Czereszewski - po kilku miesiącach w chińskim Jiangsu Shuntian wrócił do kraju (obecnie Górnik Łęczna)
Bartosz Karwan - permanentne kłopoty w Herthcie Berlin
Radosław Kałużny - głebokie rezerwy w Bayerze Leverkusen
Tomasz Kłos - stracił miejsce w składzie FC Koeln i wrócił do kraju (obecnie Wisła Kraków)
Kamil Kosowski - stracił miejsce w jedenastce Kaiserslautern
Kosztowna wolność dla nielicznych
Zanim pojawiło się prawo Bosmana piłkarze byli przywiązani do właścicieli ich kart zawodniczych, niczym pańszczyźniani chłopi do ziemi. Nawet po zakończeniu kontraktu, nie mogli swobodnie wybierać klubów, gdyż za oddanie ich karty dotychczasowy pracodawca mógł żądać odstępnego. Nic więc dziwnego, że kwoty transferów nawet w ubogiej polskiej lidze przekraczały możliwości
finansowe klubów i granice zdrowego rozsądku. Prawo Bosmana dało piłkarzom możliwość podejmowania gry w dowolnym klubie po zakończeniu kontraktu. Aby zupełnie nie upadło szkolenie młodzieży przewiduje się specjalne ekwiwalenty za wyszkolenie piłkarza.
Jeżeli będzie to procent od jego kontraktów, to byłoby to rozwiązanie niezłe, tym bardziej, że wraz z prawem Bosmana kwoty na kontraktach renomowanych piłkarzy znacznie przybrały na zerach. Prawo Bosmana to dobre rozwiązanie, bo z niewolnika nie ma pracownika i nie ma sensu zmuszanie kogokolwiek do gry w jednym klubie, gdy zawodnik chce grać w innym. Zgadzając się z tym, że prawo Bosmana było likwidacją przeżytku i zapewnieniem wolnego ruchu transferowego, trzeba wyraźnie rozróżniać wolność gospodarczą od prawa pięści i zalegalizowanego rozboju. Dlatego wraz z prawem Bosmana
należałoby wprowadzić jednolite zasady dotyczące transferów wśród członków UEFA, a przede wszystkim zlikwidować poważną patologię, wyniszczającą dużą część futbolowej Europy.
Dobry zwyczaj - nie pożyczaj
Wypożyczać można książki, kasety video, ale jak się mówi nie pożycza się żony i samochodu. Wypożyczanie zawodników jest nie tylko bzdurą, ale także potężnym instrumentem dla zamożnych klubów do budowania własnych drużyn kosztem uboższych klubów i pochodzących z nich zawodników. Jak dokładnie wygląda mechanizm takiego wypożyczenia z prawem pierwokupu, otóż dajmy na to klub z Europy wschodniej, który w swojej lidze jest zaliczany do ścisłej czołówki jak np. Lewski Sofia, Wisła Kraków, MTK Budapeszt, Groclin Grodzisk. Jest to klub dostarczający regularnie piłkarzy kadrze narodowej. Klub ma w swoim składzie 25-letniego zawodnika, który wyróżnia się w rozgrywkach ligowych, ma za sobą kilka spotkań w reprezentacji narodowej, pokazał się w Pucharze UEFA. Piłkarza wycenia się
na około 2 miliony EURO.
Co prawda zachodni menadżerowie i trenerzy twierdzą, że ligi takie jak polska, bułgarska, czy węgierska nie są rozgrywkami, które dostarczają miarodajnej wiedzy o rzeczywistej wartości zawodników. Jest to oczywiście nieprawda, bo wysłannicy zachodnich klubów penetrują wszystkie uboższe ligi Europy, aby piłkarza wyłowić jak najszybciej, najlepiej zanim zdąży zabłysnąć na arenie międzynarodowej, lub osiągnie wraz ze swoim klubem lub reprezentacją narodową bardziej znaczący sukces. Im szybciej tym taniej. Oczywiście najlepszym miejscem do promocji piłkarza w pozytywnym tego
słowa znaczeniu są właśnie europuchary.
Kiedy łowca talentów z zachodniego klubu wyłowi piłkarze pierwszą rzeczą jaką robi jest dogadanie się z piłkarzem. Zaproponowane "indywidualne warunki kontraktu" najczęściej kilkukrotnie przewyższają dotychczasowe zarobki, choć często kwota w kontrakcie jest rozbita na przeciętną pensję i kolosalne premie za mecze i zwycięstwa, tyle tylko, że trzeba w nich grać, a nie oglądać je z trybun. Poza tym prawie każdy młody człowiek słysząc szelest dziesiątek tysięcy EURO ma kłopoty z racjonalnym myśleniem.
Dobrze jeżeli ma dobrego menadżera, doradcę, albo sportowego opiekuna w postaci trenera, czy nawet prezesa klubu, w którym akurat występuje. Ktoś taki czasem pomyśli za młodego zawodnika. Zapyta na przykład w jakiej sytuacji jest klub zainteresowany pozyskaniem piłkarza? Jakie ma sportowe cele w najbliższym sezonie i jaką rolę w ich realizacji przewiduje dla zawodnika, którego chce pozyskać? Może zapytać o opinię i pozycję trenera danego klubu. Udział finansowy w transferze może jednak osłabiać pamięć, a wtedy są duże szanse na to, że wymarzony wyjazd do nowego klubu okazuje
się bolesnym rozczarowaniem.
Zawodnik sądził, że jako gwiazda nowego zespołu ruszy na podbój Bundesligi a tu się okazuje, że drużyna broni się przed spadkiem z ligi, na jego pozycji jest kilku konkurentów do miejsca w podstawowym składzie, na dodatek drużyna od miesięcy gra kiepsko i posada trenera wisi na włosku. Nowy trener to najczęściej nowa koncepcja taktyczna i kadrowa, co może oznaczać nawet niezawinioną ławkę rezerwowych. Z każdym kolejnym meczem spędzonym na ławce rezerwowych, rosną szanse przeniesienia na trybuny, a maleją szanse powrotu na boisko. Może też się zdarzyć, że już po definitywnym transferze drużyna spadnie z ligi, a piłkarz związany długoletnim kontraktem spędzi na francuskim, czy niemieckim zadupiu najlepsze lata kariery.
O rozwoju sportowym można zapomnieć, przecież większość transferów ostatnich lat to odejścia z czołówki polskiej ligi do znacznie drużyn słabszych, czerwonych latarni Bundesligi, ligi francuskiej, do miernych drużyn w Grecji, Izraelu, Holandii, czy nawet do czołowych, ale na Cyprze... bo tam lepiej płacą. To sportowa degradacja a nie rozwój.
Oczywiście, nie ma nic złego aby wzorem G. Linekera pograć sobie przez ostatnie dwa, trzy sezony przed zakończeniem kariery w Emiratach Arabskich, Japonii, czy USA, ale w wieku 24 lat po kilku występach w reprezentacji narodowej, przed eliminacjami Ligi Mistrzów zamienić mistrza Polski, czy mistrza Bułgarii, na II- gą Bundesligę? Ale po kolei...
Po uzgodnieniu "indywidualnych warunków transferu" wysłannik rozpoczyna rozmowy z dotychczasowym pracodawcą piłkarza. Czasami klub jest biedny, zadłużony, zalega z wypłatami wobec zawodników i przyjmie nawet niekorzystne warunki, aby tylko uzyskać nieco gotówki. Ale tam gdzie sytuacja klubu jest w miarę normalna, interes klubu macierzystego jest zazwyczaj zbieżny z interesem zawodnika. Klub sprzedający zawodnika chce oczywiście jak najwięcej pieniędzy i od razu transferu definitywnego. Postawienie takich warunków na wstępie negocjacji, nie musi oznaczać pazerności. To najlepsze
sprawdzenie wiarygodności oferty zakupu. Na zachodzie pieniądze nie rosną na drzewach, więc wydając parę milionów EURO zarówno trener jak i władze klubu będą całkowicie przekonane o przydatności nowego zawodnika, zazwyczaj zawodnik ma już przygotowane miejsce i zadania w nowej drużynie. W takim przypadku poważny klub nie będzie się targował o 100 tys. EURO, ani
upierał na poprzedzeniu transferu definitywnego rocznym wypożyczeniem.
Klub który upiera się na poprzedzeniu transferu definitywnego rocznym wypożyczeniem i targuje się o każde EURO, to albo drugi biedak, albo klub testujący wielu zawodników do zapchania dziury w składzie, lub ogólnego wzmocnienia drużyny. Taki klub zrezygnuje z pozyskania zawodnika jeżeli będzie to oznaczało większy wydatek. Jego strategia opiera się bowiem na testowaniu jak największej ilości piłkarzy metodą prób i błędów. Zawodnik powinien zrozumieć, że im wyższą cenę zapłaci nowy klub za jego transfer tym pewniejsza jego przyszłość w nowym klubie, bo piłkarza wartego parę
milionów nie sadza się na ławę po pierwszym nieudanym zagraniu, a po drugim nie szuka się nowego piłkarza na jego miejsce.
Przy poważnych transferach jak np. przejście Jerzego Dudka do Liverpoolu najpierw rozmawiają kluby, potem dopiero negocjuje się warunki z zawodnikiem. We wschodnich ligach natomiast najczęściej spotykany jest żałosny widok gdy zawodnik "dogadany" z nowym klubem staje się trzecim uczestnikiem negocjacji. Cóż znaczą wtedy takie argumenty jak mizerny poziom sportowy nowego klubu, pożegnanie z szansami na sukces międzynarodowy w dotychczasowym klubie i w reprezentacji narodowej? Wizja podboju Europy poparta kontraktem na najbliższy rok przewyższającym znacznie wieloletni
kontrakt w obecnym klubie stawia zawodnika przeciwko dotychczasowemu pracodawcy.
Zaczyna się to co oglądamy w trakcie każdego okresu transferowego w naszej lidze; żale, fochy na treningach i zgrupowaniach, zwiedzanie całej Europy w okresie przygotowawczym do sezonu, awantury, pomyje wylewane w mediach, itp.. Pojawiają się sprzeczne doniesienia prasowe. Piłkarz i nowy klub twierdzą, że transfer przeprowadzono, prezes dotychczasowego klubu zawodnika
zaprzecza, wymienia się różne sumy itd.. Dla piłkarza z oślepionego widokiem pliku banknotów i chcącego odejść za wszelką cenę, dotychczasowy pracodawca staje się największym wrogiem, jeśli zbyt twardo negocjuje kwotę odstępnego. Oczywiście mściwy prezes może posadzić zawodnika na ławie, płacić mu do końca kontraktu i czytać w prasie o tym jak to popsuł karier uzdolnionemu zawodnikowi. Na tym rozwiązaniu tracą wszyscy, a biednych klubów nie stać na takie gesty więc wcześniej czy później prezes ustąpi. Czasami będzie tego żałował bo zawodnik osiągnie sukces w nowym klubie,
potem trafi do jeszcze lepszego klubu za dużo większe pieniądze.
Najczęściej ma jednak smutną satysfakcję...
Zlikwidować opcję wypożyczania piłkarzy!
Transfery oparte na schemacie - roczne wypożyczenie za 20% wartości transferu i po tym okresie dopłata pozostałych 80%, lub noga - dupa - brama ułatwiają rabunkową politykę transferową. Biedne kluby z konieczności, lub głupoty godzą się na takie transakcje stojąc na z góry przegranej pozycji, albo w ich konsekwencji niewiele zyskują, albo tracą bardzo dużo, oddają dobrego zawodnika, ale nadal ponoszą główne ryzyko jego niepowodzeń w nowym klubie. O stratach naszej ligi i reprezentacji nie ma co wspominać.
Gdy transfer się powiedzie i po upływie roku nowy klub dopłaci różnicę, aktualna wartość piłkarza przewyższa wielokrotnie sumę jaką otrzymał klub macierzysty. Pomagają w tym sukcesy nowego klubu, ale przede wszystkim zachodni klub nie puści zawodnika z podstawowego składu na marnych warunkach finansowych z opcjami wypożyczenia itp.. "Chcecie mieć tego piłkarza? Kosztuje 5 mln. EURO i ani centa mniej. Nie mamy kłopotów finansowych, więc nie musimy nikogo sprzedawać...poczekamy na lepszą ofertę". Tak właśnie handlują zamożne kluby. Piłkarz zaś siedzi cicho, bo za takie numery jakie nierzadko wywijał przy transferze ze swojej rodzimej ligi, nowy pracodawca załatwiłby mu transfer od ręki...do rezerw. Tylko co ze zdecydowaną większością zawodników, którym się nie powiedzie, no cóż w normalnym biznesie inwestor zawsze ryzykuje, ale swoimi pieniędzmi. Tu niestety jest inaczej.
Tak naprawdę roczne pobory piłkarza i pieniądze za wypożyczenie to jedyne ryzyko klubu pozyskującego zawodnika "na testy". Testowanie dużej ilości piłkarzy jest tańsze niż ich szkolenie. Uda się dobrze, nie uda się to trudno, zaraz znajdzie się inny zawodnik, lepszy lub tańszy. Klub ze wschodu inkasuje marne 250 tys. EURO za roczne wypożyczenie, pozbywając się dwóch, trzech wartościowych piłkarzy przegrywa eliminacje Ligi Mistrzów, odpada przedwcześnie z Pucharu UEFA. Odpadnięcie z LM to utrata co najmniej 5 milionów EURO startowego, jeden mecz więcej w Pucharze UEFA z atrakcyjnym
przeciwnikiem to nawet 300 tys. EURO z praw do transmisji TV. Są to kwoty przy których uzyskane 250 tys. EURO jest niczym. Na dodatek wypożyczony piłkarz przesiedzi połowę sezonu na ławie, złapie kontuzję i po roku wróci w takiej formie, że nie będzie się nadawał do gry w III-cio ligowych rezerwach. Klub stracił, piłkarz stracił, reprezentacja narodowa straciła.
Najmniej stracił klub z zachodu, w końcu najlepiej ryzykować pieniędzmi i karierami innych osób. Dopóki w piłkarskiej Europie nie zmniejszy się gigantyczne rozwarstwienie między krajami i klubami, spowodowane w dużej mierze polityką UEFA z lat 90-tych takie praktyki powinny być zakazane. Zmniejszy się exodus zawodników z Europy wschodniej do marnych klubów z krajów zachodnich. Obserwując jego skalę wydawałoby się, że np. Bundesliga, a Hetrha Berlin w szczególności powinna się roić od Polaków, Bułgarów, Serbów, Chorwatów, Czechów, Węgrów i Słowaków. Tymczasem choć i tak jest ich tam niemało, nie widać ich obecności. Znacznie lepiej widać ich brak w ligach Europy wschodniej, szczególnie gdy spojrzymy na udział wschodnich klubów w rozgrywkach Ligi Mistrzów.
Co zrobić w sytuacji gdy klub ma zawodnika, który nie mieści się w podstawowym składzie, ale klub nie chce się z nim rozstawać? Właśnie po to są drugie drużyny, które nie muszą wcale grać w piątej lidze, a nie słabe drużyny z ekstraklasy. Ciekawie wygląda mecz między drużynami, gdzie z 22 piłkarzy na boisku 15 ma kontrakt w tym samym klubie, a jedynie są wypożyczeni do klubu przeciwnika, oczywiście nie ma mowy o żadnym handlu...nawet cienia podejrzeń.
Można wprowadzić urlopy, lub przerwy w kontraktach. Na przykład klub, który ma 5 letni kontrakt z piłkarzem daje mu roczny urlop w związku z tym, że chce go przetestować zachodni klub. Piłkarz przez rok ma wolną rękę, ale po roku z powrotem obowiązuje go kontrakt z poprzednim klubem, a roczna przerwa się do niego nie zalicza. To byłby uczciwy układ, który umożliwiałby np. przejścia zawodników między klubami w celach promocyjnych, co jest zupełnie innym układem niż wypożyczenie "na testy" bo rozkłada ryzyko na obie strony transakcji.
Rozszerzona lista zmarnowanych talentów i karier:
Wojciech Kowalczyk - kontuzja, zmiana trenera i wyjazd do Betisu Sevilla był końcem wspaniale zapowiadającej się kariery (prznajmniej zarobił sporo pieniędzy)
Maciej Śliwowski - snajper Legii z lat 1992-1993, zaginął gdzieś w Austrii.
Marek Jóźwiak - powrócił z francuskiego outsidera Guingamp, jako cień dawnego piłkarza.
Paweł Kryszałowicz - związany kontraktem stracił w drugoligowym Eintrachcie Frankfurt najlepsze lata kariery, kiedy odnosił sukcesy w reprezentacji narodowej i zamiast grać w Lidze Mistrzów
bezskutecznie próbował ze swoją drużyną awansować do pierwszej Bundesligi.
Mirosław Trzeciak - kolejna wspaniała kariera pogrzebana w II lidze hiszpańskiej (tu jeszcze można dyskutować, bo druga liga hiszpańska jest mocna i bogata), w każdym razie odszedł z Osassuny, kiedy po
wielu latach gdy przegrywania o włos awansu do Primera Division wreszcie się udało.
Piotr Reiss - wyjazd do Herthy Berlin, ława, powrót do Polski nie ten piłkarz.
Jacek Chańko - dobrze zapowiadający się rozgrywający po wyjeździe do Werderu Brema
Jakub Wierzchowski - utalentowany młody bramkarz, znowu Hertha Berlin!
Artur Wichniarek - Hertha Berlin, co pokazał widzieliśmy podczas meczu Herthy z Groclinem, trener Herthy wyleciał, więc kariera Wichniarka raczej nie przedstawia się kolorowo.
Cezary Kucharski - król strzelców naszej ekstraklasy, reprezentant Polski, wyjazd do Sportingu Gijon, spadek z ligi, ława, trybuny, kłopoty z rozwiązaniem kontraktu, w końcu powrót w marnej formie...do
Stomilu Olsztyn, potem Legii, teraz Iraklis więc drużyna na niewiele lepsza od Stomilu Olsztyn w tamtym okresie.
Paweł Wojtala - Werder Brema, świetny obrońca w Widzewie, z którym grał w Lidze Mistrzów, mógł jeszcze w niej kiedyś zagrać.
Mariusz Kukiełka - Uwięziony kontraktem w II-ligowej Norymberdze po perypetiach trafił do Wisły Kraków, bardziej szczęśliwy niż wtedy gdy wyjeżdżał, w Norymberdze gra jeszcze Jacek
Krzynówek i marnuje swój talent.
Emmanuel Olisadebe - Za 3 miliony USD (z rocznym wypożyczeniem) odszedł z Polonii, do klubu z którym Polonia przegrała eliminacje LM, zanim dopadły go kontuzje był gwiazdą Panathinaikosu,
interesowały się nim inne kluby m.in. Serie A, podobno nawet Juventus. Panathinaikos podał cenę dla zainteresowanych: 9 mln USD... no comments
Nowy kandydat do zmarnowania to Andrzej Niedzielan, który odszedł do dziadowskiego klubu, który Wisła Kraków zmasakrowała na stojącą w Pucharze UEFA. Chyba długo nie zobaczy Pucharu UEFA.
Są też znacznie mniej liczni piłkarze którym się udało, choć tak naprawdę jest ich dwóch: To Jerzy Dudeki i zdobywca PUEFA Tomasz Rząsa, który co prawda nie utrzymał się w Feyenordzie, ale trafił do Partizana Belgrad, drużyny odbudowującej dawną potęgę.
Tomasz Hajto, Tomasz Wałdoch, Ebi Smolarek (chociaż on nigdzie nie musiał wyjeżdżać bo od małego mieszkał w Holandii), Marcin Żewłakow, Krzysztof Warzycha, Andrzej Juskowiak (znowu zaczął grać), Roman Dąbrowski.
Tylko nieliczni z nich grają w naprawdę dobrych klubach z którymi można osiągnąć jakiś sukces. Paradoksalnie Polacy, których oglądamy w europejskich pucharach poza Jerzym Dudkiem pochodzą z lig mocnych średniaków jak Tomasz Rząsa, Roman Dąbrowski, czy Marcin Żewłakow, co więcej mają tam pewne miejsca w podstawowym składzie.
Niedawno mieliśmy okazję obejrzeć całą serię pojedynków polsko - polskich. Mecze Legii z Schalke, Wisły z Schalke i Groclinu z Herthą. Mecz z Legią wygrał dla Schalke Urugwajczyk Varela, w meczu z Wisłą go zabrakło i mecz w Gelsenkirchen skończył się masakrą niemieckiego klubu. Hajto był najlepszym piłkarzem Schalke.
Szczególnie pierwszy mecz Hertha : Groclin to pokaz pięknej gry napastników Groclinu i po prostu żenująca gra Wichniarka, który za jednym zamachem stracił miejsce w podstawowym składzie Harthy i reprezentacji Polski. Bartosz Karwan nie zasiadł nawet na ławce rezerwowch, a niedawno był podstawowym piłkarzem kadry narodowej i gwiazdą polskiej ligi.
Bez obaw mogę wymienić tylko jeden przypadek piłkarza, któremu zniszczyło karierę właśnie to, że nie odszedł kiedy miał okazję. To oczywiście Marek Citko, olał super propozycję z Blackburn Rovers i
został w łódzkim bagienku. Jeden przykład przeciwko całej przedstawionej liście...