Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Już nie trzymam z kopaczem

wtorek, 24 lutego 2004 13:39
Piotr Włodarczykźródło: Piłka Nożna

Fajnych ma Pan kolegów. Paweł Sobczak pobyt w Warszawie rozpoczął od deklaracji, że przyćmi Włodara w derby stolicy. Mało tego - ma pan zupełnie nie istnieć w meczu Legii z Polonią.

Piotr Włodarczyk: Naprawdę tak powiedział? Jeszcze nie zdążył się dobrze przywitać, a już bryka? No to zobaczymy kto kogo nie przyćmi, ale zupełnie zgasi! Sopel to fajny chłopak, ale musi znać miejsce w szyku. Będzie się przecież z Polonią bronił przed spadkiem, tymczasem ja z Legią powalczę o tytuł mistrzowski. Już na starcie jest więc 1:0 dla mnie, zatem Paweł zupełnie niepotrzebnie szuka zaczepki. Bo to dopiero początek. W sumie polegnie z Polonią przynajmniej trójką i będzie miał za swoje.


- O co wam poszło? Kilka lat temu byliście bardzo dobrymi kumplami.

- I nadal jesteśmy. Tak się teraz zastanawiam, że może Sopel - który i tak na boisku będzie miał w derby przchlapane - chciał mnie docenić? W końcu każdy chce się porównywać z najlepszymi. A skoro padło we wspomnianym kontekście nazwisko Włodarczyk, to pewnie sporo jeszcze znaczę w ligowej piłce.


- Pytanie tylko, czy dla wszyskich? To chyba niezbyt miłe, gdy po kilku tygodniach treningów w nowym-starym klubie człowiek dowiaduje się, że nie ma chętnego na wyłożenie pieniędzy na jego kartę?

- To rzeczywiście mało komfortowa sytuacja, ale starałem się do końca zachować spokój. I obrana strategia okazała się trafna. No i dziś jestem jeszcze zmęczony, bo na nieplanowanym obozie w Chorwacji Legia jeszcze trenowała, ale jednocześnie wyluzowany, bo już nie muszę martwić się o klubową przynależność.


- To znaczy, że Legia uzyskała środki na Pana transfer z Widzewa jeszcze przed przejęciem akcji warszawskiego klubu przez ITI?

- Po niedawnej rozmowie z dyrektorem Januszem Olędzkim jestem pewien, że znalazł się chętny na wykupienie mojej karty od Andrzeja Grajewskiego.


- Wygląda więc na to, że powinien Pan postawić duże piwo Stanko Svitlicy, który zdecydował się w ostatnim momencie wyjechać do Niemiec i zrobił miejsce w ataku Legii.

- Wcale tak nie uważam. Szkoda, że Serb wyjechał do Hanoweru, bo był bardzo wartościowym zawodnikiem. Szanuję umiejętności Stanka, ale wcale nie uważam, że przegrałbym rywalizację o miejsce w ataku. Sądzę, że były mecze, których początek spędzałbym na ławie, ale równie często rezerwowymi byliby i Svitlica, i Marek Saganowski. Naprawdę nie ustępuję obu umiejętnościami.


- A z Djibrilem Cisse też może się pan porównać?

- Przegrałem ze słynnym Francuzem rywalizację w Auxerre, ale szanse od początku nie były równe. Djibril jest świetnym piłkarzem, reprezentantem swego kraju. Poważnie interesuje się nim Liverpool. Dlatego należy mu się szacunek. Na treningach Cisse nigdy jednak specjalnie się nie przykładał do pracy, a mimo to trener Guy Roux zawsze na niego stawiał. Mogłem liczyć co najwyżej na kontuzje ciemnoskórego napastnika, więc dałem sobie spokój i wróciłem do Polski.


- Domyślam się, że nie zaprzyjaźnił się pan z konkurentem do miejsca w ataku?

- Nie, jakoś nie było okazji. Miałem swoje grono przyjaciół, Djibril trzymał z inną grupą, jakoś brakowało punktów stycznych. A gdy opuściłem Francję, nasz kontakt zupełnie się urwał, dziś nie zawracam głowy słynnemu Cisse. Ze zrozumiałych względów Francuz nie jest ulubionym bohaterem moich opowieści.


- Z jakimi nadziejami wraca pan do Legii? Znów chce pan... pogrążyć klub z Łazienkowskiej? Kiedyś warszawianie wyłącznie przez pana stracili miejsce gwarantujące start w Pucharze UEFA.

- Bardzo proszę nie wypominać goli, które wbiłem Legii będąc wypożyczony do chorzowskiego Ruchu. Po prostu nie miałem innego wyboru podczas spotkania w Chorzowie. Wówczas warzyły się moje losy. Gdybym nie strzelił dwóch goli kolegom - pewnie bym nie wrócił na Łazienkowską. Skąd mogłem zresztą wiedzieć, że wspomniane trafienia pozbawią Legię udziału w Pucharze UEFA? A poza tym dla każdego pracodawcy gram na maksa. A wtedy pensję pobierałem na Cichej.


- Dotąd nie miał pan najlepszych wspomnień związanych z Legią. Uznawany za najzdolniejszego polskiego napastnika piłkarz musiał się zadowalać siedzeniem na ławie, albo występami na... lewej pomocy.

- Dochodzę do wniosku, że chyba jestem predestynowany do gry na lewej flance. Nie tylko Władysław Stachurski i Jerzy Kopa widzieli mnie bowiem w roli lewoskrzydłowego. Roux również. By wszystko zrozumieć wystarczy przypomnieć nazwiska ówczesnych napastników Legii i jednocześnie reprezentantów Polski: Cezarego Kucharskiego, Marcina Mięciela, Sylwka Czereszewskiego. A przecież był jeszcze fenomenalny Kenneth Zeigbo. Ja miałem niewiele ponad dwadzieścia lat, nic więc dziwnego, że przegrywałem rywalizację.


- Teraz też nie obrazi się pan, gdy trener Kubicki zacznie innych wystawiać w pierwszej linii?

- Sytuacja jest zupełnie odmienna. Wróciłem do Legii po to, żeby strzelać bramki. Mam już 27 lat i ostatnią szansę na załapanie się do naprawdę wielkiej piłki. Zrobiłem duże postępy, dojrzałem. Potrafię nie tylko podjąć ryzyko i strzelić z zaskakującej pozycji, ale także samodzielnie wypracować sytuację. Dostrzegł to nawet trener Franciszek Smuda, który długo nie mógł się do mnie przekonać. W reprezentacji na mojej pozycji gra piłkarz bardzo podobny, właściwie identyczny - Grzegorz Rasiak. Tyle tylko, że wcale nie jest lepszy, a na dodatek ustępuje mi doświadczeniem. W Legii, w dobrym towarzystwie postaram się szybko udowodnić, iż zasługuję na powołanie do kadry. W Widzewie trudno zdobywało się gole, bo brakowało otwierających podań.


- Z kim z spośród aktualnych legionistów już pan grał?

- Łatwiej byłoby powiedzieć, z kim nie grałem. Łukasz Surma, Jacek Magiera, Marek Saganowski, młody Tomek Sokołowski, Radek Wróblewski to wszystko kadrowicze z młodzieżówki Pawła Janasa, w której i ja byłem kluczowym zawodnikiem. A stary Sokół i Jacek Zieliński byli na Łazienkowskiej wówczas, gdy trafiłem tu po raz pierwszy. Nie zmienił się doktor Stanisław Machowski, a Ireneusz Zawadzki nadal pełni funkcję kierownika. Dlatego o aklimatyzację zupełnie się nie obawiam. Wiem, że kibice Widzewa i Legii nie darzą się sympatią, ale przy takich partnerach w ekspresowym tempie postaram się fanów przekonać, żeby nie traktowali mnie jak piątej kolumny. Liczę zresztą na ciepłe przyjęcie.


- Musi być pan człowiekiem bardzo bogatym.

- Dlaczego?


- Nie dość, że zrezygnował pan z dużej części należności w Widzewie, to jeszcze zgodził się podobno na bardzo przeciętny kontrakt w Legii.

- Rzeczywiście, czytałem te rewelacje. I są nawet w części prawdziwe, bo gdybym nie umorzył długu łodzianom, to pan Grajewski nigdy nie zgodziłby się na mój transfer do Legii. Jeśli natomiast chodzi o wysokość kontraktu w Warszawie, to... nie narzekam. Nie mogę powiedzieć, ile zarabiam, bo tego zabrania umowa, ale pieniądze są satysfakcjonujące. Zupełnie inne niż sugerowała choćby "Piłka Nożna".


- A nie obawia się pan, że wpadł z deszczu pod rynnę? Legia chyba jeszcze nigdy nie była tak biedna jak obecnie.

- Rozmowy transferowe rozpocząłem w grudniu i już wówczas panowie Olędzki i Jerzy Engel zapewnili mnie, że klub przejmie ITI. Nie mijali się z prawdą, bo po spotkaniu z Mariuszem Walterem mamy pewność, że to właśnie właściciel koncernu medialnego będzie w najbliższych latach pracodawcą legionistów.


- Jakim autem jeździ wciąż młody, ale już ustawiony finansowo napastnik z ambicjami?

- W Śląsku Wrocław i Auxerre zarabiałem dobrze, ale przyszłości rodzinie jeszcze nie zabezpieczyłem. Aktualnie poruszam się... taksówkami, bo sprzedałem BMW, które bardzo lubiłem.


- Aż tak źle z pańskimi finansami?

- Nie. Moja sportowa trzystatrzydziestka była po prostu za mała dla rodzinki. Synek, Szymon, 5 stycznia skończył roczek, więc żona -Monika - zaczęła mnie namawiać na kupno większego auta. No i już zacząłem się rozglądać za jakimś kombi, najlepiej marki Volvo. Bo jest najbezpieczniejsze.


- Nadal wynajmuje pan mieszkanie w Warszawie?

- Owszem, ale przymierzam się do kupna. Lata mijają, więc trzeba się wreszcie ustabilizować. Pograć gdzieś dłużej i wreszcie na najwyższym poziomie. Naprawdę nie chciałbym, żeby ktokolwiek powiedział, że zmarnowałem talent.


- Coś mi się wydaje, że bardzo obawia się pan krytyki ze strony starszej siostry, Uli. To w końcu medalistka największych światowych imprez w siedmio - i pięcioboju lekkoatletycznym, uczestniczka igrzysk olimpijskich.

- Rywalizacji nigdy między nami nie było, ale rzeczywiście odczuwałem presję, kiedy Ula startowała i odnosiła sukcesy, a ja siedziałem na ławie. Zawsze chciałem siostrze dorównać i pokazać, iż nie sama pracuje na nazwisko. Gdy skończyła karierę cała odpowiedzialność spadła na mnie. I chyba nieźle kontynuuję tradycje rodzinne, a w każdym razie coraz lepiej.


- A z innym sławnym i bliskim panu sportowcem utrzymujecie kontakty? Mam na myśli oczywiście Sebastiana Janikowskiego z Oakland Riders.

- Tego kopacza oczywiście nigdy nie zapomnę, bo trochę mu w karierze pomogłem. Jest młodszy o rok, ale był ziomkiem z podwórka, więc po lekcjach w szkole sportowej ciągałem go na treningi do Zagłębia Wałbrzych. Techniki to nie miał za grosz. Za to pierdyknięcie - najlepsze w Polsce. Siłą strzału nigdy Janikowskiemu nie dorównywałem. Wyjechał z kraju, gdy miał 17 lat i jeszcze długo utrzymywaliśmy kontakt. Ostatnio jednak się urwał, bo Sebastian dawno nie wpadał do rodzinnego Wałbrzycha.


Rozmawiał Adam Godlewski

Podaj ten news dalej: