Jesień była dla Legii bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Dziś, na obozie w Hiszpanii, Damian Szymański mówi o odbudowie, o nowej energii po zatrudnieniu Marka Papszuna, o doświadczeniu wyniesionym z reprezentacji i Grecji oraz o odpowiedzialności, jaką bierze na siebie w środku pola.
Na obozie w Hiszpanii jest słońce, ciepło, idealne warunki do…. Była już okazja, żeby wskoczyć do basenu i trochę popływać?
Damian Szymański: - Nie ma na to czasu. Jesteśmy w okresie bardzo intensywnej pracy, treningi są wymagające i cała koncentracja idzie w przygotowanie do pierwszego meczu ligowego. Teraz liczy się tylko to, żeby jak najlepiej wejść w rundę i być gotowym od pierwszego gwizdka.
Pytam też dlatego, że mało kto pamięta, iż zanim na poważnie postawiłeś na piłkę, trenowałeś pływanie.
- To prawda. Jako dziecko chodziłem równolegle na piłkę i na basen. Rodzice chcieli, żebym rozwijał się wszechstronnie. Pływanie zawsze było dobrą bazą pod rozwój całego ciała, koordynacji, wydolności. Ale z czasem coraz bardziej ciągnęło mnie na boisko. Treningi pływackie były często popołudniami i wieczorami – robiło się tego dużo. W pewnym momencie poczułem, że to futbol jest tym, co naprawdę chcę robić. I powiedziałem rodzicom wprost: sercem jestem już tylko przy piłce.
Michał Żewłakow przed sezonem mówił, że Legia potrzebuje więcej piłkarzy z charakterem. Twój tata był oficerem wojska, więc zakładam, że dyscyplina była wpisana w codzienność.
- Nie było u nas jakiejś koszarowej atmosfery, jak czasem ludzie sobie wyobrażają. Ale faktem jest, że punktualność, odpowiedzialność, porządek – to były rzeczy naturalne. Nigdy nie miałem problemów z dyscypliną, czy to w szkole, czy później w drużynach młodzieżowych. To raczej taki fundament, który został ze mną na całe życie.

Bardzo wcześnie opuściłeś dom rodzinny i wejść w dorosłość.
- Wyjazd z Kraśnika był dla mnie dużym krokiem. Grałem w kadrach wojewódzkich, na turniejach pojawiali się skauci, trenerzy, dyrektorzy sportowi. Byłem zdeterminowany, że muszę ruszyć dalej, by nie czekała mnie taka przyszłość jak niektórych starszych kolegów. Sam znalazłem testy do akademii GKS Bełchatów, do klasy licealnej. Pojechałem, sprawdziłem się, po kilku minutach treningu trener powiedział mojemu tacie, że mnie chce. Ciekawostka - w międzyczasie zadzwonił nawet Radosław Kucharski z Legii, zapraszając mnie na testy. Byłem nawet z Legią na turnieju we Francji, ale wtedy czułem, że Bełchatów będzie lepszym miejscem na spokojny rozwój. Kieruję się w życiu sercem i intuicją. I dziś uważam, że to była dobra decyzja.
Potem była Jagiellonia Białystok, Wisła Płock, wreszcie reprezentacja. Ten okres w Płocku był przełomowy?
- Zdecydowanie. Jeszcze jak byłem w Bełchatowie, to opiekował się mną obecny dyrektor sportowy Jagiellonii, Łukasz Masłowski. Jak miałem jakieś tam urazy czy potrzebowałem pomocy, to dawał dużo rad. Myślę, że z tego się wziął ten transfer do Płocka. On mnie po prostu znał i wiedział, na co mnie stać. Byłem wówczas trochę takim jego oczkiem w głowie.
Wisła dała mi pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Tam uwierzyłem, że mogę grać na najwyższym poziomie w Polsce, a potem także w reprezentacji
Liczba meczów w kadrze narodowej stanęła na 18.
- Debiut w kadrze, mecze z Niemcami, Włochami, gol z Anglią – to są wspomnienia, które zostają na całe życie. Dla mnie to była super rzecz w tamtym momencie. Oczywiście zawsze chciałoby się zagrać w kadrze więcej, ale trafiłem na bardzo mocną konkurencję w środku pola - „Krychę” i „Ziela”. Ciężko było wejść do pierwszej jedenastki.

Następnie przyszedł wyjazd do Achmatu Grozny. Z perspektywy czasu był to błąd?
- Patrząc dziś, muszę uczciwie powiedzieć, że to nie była najlepsza decyzja na tamtym etapie kariery. Były inne możliwości, chociażby rozmowy z Brentford. Sytuacja potoczyła się jednak tak, że wybór się zawęził. Z drugiej strony – dzięki temu trafiłem później do Grecji. Gdyby nie ten krok, być może nigdy nie zagrałbym w AEK-u.
W Grecji spędziłeś wiele lat. Jak to się stało, że postanowiłeś zamienić ateńskie słońce na Warszawę?
- Pierwsze zainteresowanie pojawiło się latem, w czasie gdy Legia grała z Banikiem Ostrawa. Rozmowy się przeciągały, trzeba było się dogadać z AEK-iem. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale nie ukrywam, że finansowo poszedłem na ustępstwa, bo miałem też bardzo lukratywne oferty z Turcji czy krajów arabskich. Ale wraz z rodziną uznałem, że pieniądze to nie wszystko. Może jeszcze kiedyś pojawi się taka oferta. Teraz chciałem grać w klubie z ambicjami, w projekcie, który ma sens sportowy. Wierzę, że w wieku 30 lat wciąż można się rozwijać i robić postęp. Legia dała mi wizję, a ja chciałem dać jej swoje doświadczenie, które zdobyłem przez ostatnie lata – a przecież nie grałem w anonimowym klubie.

A miałeś inne oferty z Polski?
- Były i to nawet konkretne. Wiele klubów się odzywało – Lech, Pogoń i Widzew. Ja jednak zawsze kieruję się sercem, to czego chcę w życiu. I zdecydowałem się na Legię.
Dużo się zmieniło w Ekstraklasie od czasów gry w niej grałeś?
- Patrząc na ostatnie sezony, to po wynikach widać, że jest progres. Także w kwestiach transferowych liga się podniosła zarówno w tych wychodzących jak i przychodzących. Polska ekstraklasa zaczyna być doceniana przez inne ligi, a ciekawi zawodnicy chcą do niej przychodzić.
Twoje pierwsze miesiące w Warszawie to bardzo dobry start. Potem poszedłeś w dół, razem z całą drużyną.
- Wrzesień był naprawdę solidny, graliśmy dobrze jako zespół i indywidualnie też czułem się pewnie. Później coś się posypało, wpadliśmy w dołek i trudno było się z niego wydostać. Pogubiliśmy się i tak samo to było widoczne w mojej grze. Jestem piłkarzem, który mocno funkcjonuje w rytmie drużyny – gdy mam pewność siebie i gram lepiej, to zespół też idzie do góry. I odwrotnie. Tego, co było jesienią, już nie cofniemy. Teraz liczy się tylko to, co przed nami.

Nie miałeś momentu, że pomyślałeś: „w co ja się wpakowałem?”. Wasze oczekiwania, oczekiwania kibiców były zupełnie inne.
- W życiu nigdy nie można być niczego pewnym. Każdy zawodnik ma swoje oczekiwania, marzenia. Oczywiście wyobrażałem sobie, że zimą będziemy w czołówce tabeli. Początek na to wskazywał. Ale życie weryfikuje plany. Teraz trzeba wziąć odpowiedzialność i zrobić wszystko, by to naprawić. Ja wciąż wierzę, że w tym klubie można osiągnąć duże rzeczy.
Przez niemal 50 dni drużyna funkcjonowała bez trenera. Jak to się przeżywa od środka? Funkcjonowaliście w stanie niepewności, ktoś wam tłumaczył tę sytuację? Inaki Astiz raczej nie zakładał, że tak długo będzie trenerem tymczasowym...
- Sztab robił, co mógł. Klub zdecydował się poczekać na wybranego szkoleniowca. Dziś trener Papszun jest z nami, jest nowe rozdanie. Skupiamy się na pracy. Chcemy jak najwięcej czerpać z jego wiedzy i doświadczenia. Będziemy starali się zbudować coś takiego, żeby na wiosnę to wyglądało dużo lepiej. Są ku temu narzędzia.
Czy mecz z Samsunsporem był punktem krytycznym? Puchary dla piłkarzy są czymś super ważnym, a podstawowy skład został na ławce, a kilka dni później przegraliście gładko Górnikiem. Wtedy wszystko się rozlało?
- Nie, ja tak nie uważam. Każdy mecz możesz przegrać, ale też zależy w jakim stylu go przegrywasz. W tamtym momencie złapaliśmy dołek i ciężko nam było z niego wyjść. Ale podkreślam, że to już jest za nami. Jakbym mógł, to bym wrócił i jeszcze raz zagrał. Niestety w życiu się nie da cofnąć czasu i nie wrócimy do tego meczu.
Mamy styczeń, za nieco ponad tydzień mamy pierwszy mecz z Koroną. I do tego meczu trzeba się jak najlepiej przygotować.

Nie chcesz mówić o tym, co było jesienią, ale… w poprzedniej rundzie na koniec próbowaliście już wszystkiego. Były spotkania rozmowy, mobilizowaliście się… no i nie wychodziło, była taka bezsilność, czy...
- Za na horyzoncie mamy mecz z Koroną i do niego trzeba się jak najlepiej przygotować. Co to zmieni rozpamiętywanie tego co było? Nic nie zmieni.
Tamta runda wryła się nam wszystkim w głowę…
- Wryła, wryła, ale teraz mamy szansę to zmienić. Jak zdejmiemy dobre miejsce na koniec sezonu, to już nie będziemy o niej pamiętać.
Marek Papszun wniósł nową energię i wiarę do zespołu?
- Wprowadził jasną strukturę, wysoką intensywność treningów. To trener z wysoką świadomością taktyczną, To jest naprawdę bardzo, bardzo duży plus. Obyśmy cały czas tak pracowali jak do tej pory i adaptowali się do tego, co trener nam do przekazania. Raków Częstochowa nie osiągnąłby takich sukcesów, jakie osiągnął w ostatnich latach bez tego trenera.
Jeśli porównamy liczbę jednostek treningowych na boisku podczas zgrupowania, to jest ich mniej niż zwykle bywało.
- Czasem ważniejsze jest, jak trenujesz, a nie ile trenujesz. Jakość, tempo, koncentracja – to stoi na bardzo wysokim poziomie. Już w sparingach widać było zarys tego, co trener chce zbudować.

Szkoleniowiec przedstawił ci swoje wymagania. Jakie będą twoje najważniejsze zadania na boisku?
- Nie chciałbym teraz mówić na forum publicznym o tych zadaniach, bo to będzie łatwe dla przeciwnika. Mam swoje zadania od trenera i one zostają między nami. Powiedział, że na mnie liczy i to jest dla mnie ważne.
To inaczej: będziesz miał troszeczkę więcej zadań ofensywnych? Bo masz potencjał z przodu, co pokazują twoje liczby asyst z przeszłości.
- Jest potencjał, ale to jest tak, że jeżeli drużyna dobrze gra i funkcjonuje, to każdy zawodnik może strzelić bramkę i dać asystę.
Tabela jest płaska i w teorii wiele się może zdarzyć. W szatni pojawia się już rozmowa o celach? O odrabianiu strat, o pucharach?
- Najpierw trzeba wygrać pierwszy mecz. Potem drugi. I kolejny. To jest najważniejsze. Nie można żyć tabelą. Trzeba myśleć krok po kroku. Tak było też w Grecji – kiedy skupiasz się na dalekich celach, łatwo się pogubić. Najważniejszy jest najbliższy rywal.
W Hiszpanii rozmawiał Woytek.
START: 19.12.2025 / KONIEC: 30.01.2026

