Problemy zdrowotne, presja w Legii i pytania o przyszłość - Artur Jędrzejczyk nie ucieka od trudnych tematów. Najbardziej utytułowany piłkarz w Polsce opowiada nam, jak wygląda codzienność w klubie, który znów musi wychodzić z kryzysu. - Był czas, żeby wszyscy sobie to na spokojnie i z chłodną głową w domach przemyśleli. Wiadomo, że w takim klubie jak Legia Warszawa są naciski, że jak nie ma wyników, to nam się obrywa. To jest normalne. Jak nie masz mocnej głowy i sobie z tym nie poradzisz, no to sorry, ale to nie jest na Legię - uważa "Jędza". Zapraszamy do lektury.
Powiedziałeś kiedyś, że jak na treningach będziesz odstawał, to zrezygnujesz, ale nie odstajesz. Jeszcze parę lat gry przed tobą?
Artur Jędrzejczyk: - Sami odpowiedzcie sobie, wy widzicie lepiej, ja nie wiem. Wydaje mi się, że jest spoko, czuję się fizycznie w miarę dobrze. Może czasem są urazy mięśniowe, ale to jest normalne w moim wieku. Mam nadzieję, że jestem jeszcze w stanie pomóc drużynie. Jak długo? Nie wiem, jak długo zdrowie pozwoli.
A jak z twoim zdrowiem? Po tylu latach na pełnej intensywności, to bywa różnie.
- To jest skomplikowane. Mam problemy z kolanem i czasem jest tak, że gdy ciężko trenuję, to się czuję lepiej i nie boli, a gdy mamy mniejszą intensywność, odczuwam ból kolana. Miałem już trochę urazów, operacje. W moim kolanie trochę kość ociera się o kość i trochę kruszy. Pod koniec rundy niepotrzebnie wyszedłem na trening na sztuczną murawę. Sam o tym zadecydowałem, a potem 2-3 tygodnie nie byłem dostępny. Teraz czuję się dobrze, nic mnie nie boli.
Powoli dociera do ciebie, że stajesz legendą klubu? Masz 14 trofeów, jesteś najbardziej utytułowanym zawodnikiem w Polsce. Dla porównania Kazimierz Deyna ma tylko 3 trofea.
- Tak, ale nie porównujmy mnie do Kazimierza Deyny. Nie wiem, jak było w tamtych czasach, może teraz jest łatwiej zdobywać te tytuły. To co Deyna zrobił dla klubu i jakie bramki ważne strzelał… ja się w ogóle z tym nie porównuję. Oczywiście, w mediach się przewija, że jestem najbardziej utytułowanym piłkarzem. Dociera to do mnie, w życiu się nie spodziewałem, że mogę tyle tutaj osiągnąć, bo różnie bywało. Jestem już w Legii tak długo. To fajna sprawa, bardzo się cieszę z tego, że mogę tu być. Jestem dumny. To duże osiągnięcie, ale chciałoby się jeszcze więcej.
W wielu innych klasyfikacjach jesteś liderem albo bardzo wysoko. Do rekordu śp. Lucjana Brychczego brakuje ci tylko 40 meczów.
- Już to mówiłem, że to pewnie będzie nieosiągalne. Przez tyle lat w klubie grałem w większości meczów. Ostatnio troszkę mniej. Oby więcej Polaków było w Legii bo chciałbym, żeby ktoś mógł mnie później zastąpić, żeby nie było ciągle wymian i żebyśmy mogli zapamiętać też inne osoby.

Na początku sezonu z Legii na szerokie wody wypłynął Janek Ziółkowski. Szybko.
- W rok zrobił niesamowity przeskok - z drugiej drużyny Legii do Serie A. Wiadomo, że fajnie by było, gdyby został jeszcze rok i pomógł nam, ale… za rok mogłaby się Roma nie zgłosić. Dla drużyny to osłabienie, ale dla niego duży krok do przodu.
Pamiętam jego pierwszy mecz. Pauzowałem za kartkę, było kilka kontuzji, więc trener Goncalo Feio dzień przed meczem z Wartą powiedział mu, że na niego postawi. O tym że dostał szansę, zadecydował mały detal. Gdybym nie miał kartki, to ja bym zagrał. „Ziółek” wykorzystał ten moment, zagrał dobrze, potem już tylko rósł. I urósł. Kto by nie chciał odejść do Romy? Może kiedyś jeszcze wróci do Legii i będzie nam pomagał. Cieszę się z tego, że mu się wiedzie.
Tymczasem do pierwszej drużyny już puka Janek Leszczyński.
- Janka było mi szkoda 1,5 roku, gdy złapał tę nieszczęsną kontuzję. To był chłopak, który wyglądał bardzo dobrze. Nie chcę zbytnio słodzić, ale wydaje mi się, że w tamtym momencie był nawet przed Jankiem Ziółkowskim. Ma warunki do tego, by zrobić dużą karierę. Jeżeli głowa wytrzyma, to umiejętności ma niesamowite.
W ogóle uważam, że „Ziółek” i „Leszczu” mogliby od siebie wziąć pewne cechy. Najlepiej połączyć ich w jednego – to byłby Virgil van Dijk!
„Leszczu” ma wysokie umiejętności piłkarskie. Jak teraz będzie dobrze pracował i będą omijały go kontuzje, to ja wróżę mu naprawdę dużą karierę. Ja, będąc w jego wieku i w tym momencie, no to... on byłby wyżej ode mnie.

Jest jeszcze jedna klasyfikacja, w której masz szansę wygrać - jako najstarszy zawodnik grający w Legii. Tylko 4 bramkarzy jest przed tobą - Cierzniak, Akimow, Malarz i Boruc, którego raczej nie wyprzedzisz.
- 42 lata? To raczej niemożliwe, ale na podium mogę być. Jest jeszcze Michał Kucharczyk, który gdyby był nadal w Legii, to by miał na pewno 500 meczów. Ile lat temu miał już prawie 350. Być tak wysoko w klasyfikacjach, to jest miłe. Trzeba się cieszyć z tego i być dumnym, tym bardziej, że to Legia Warszawa. To robi wrażenie.
Obecnie Legia znajduje się w trudnym momencie, kolejny raz w ostatnich latach.
- Już miałem doświadczenie z trudnymi momentami. Kilka lat temu w wywiadzie mówiłem, że mam nadzieję, że to przeżyję pierwszy i ostatni raz. Na pewno nie przypuszczałbym, że może mi się to przytrafić jeszcze raz. To jest w ogóle kuriozum, bo od pierwszego miejsca dzieli nas 11 punktów, a w lidze czeskiej pomiędzy pierwszym i drugim miejscem jest 7 punktów. To pokazuje, jaka jest nasza liga. Poprzednio mieliśmy chyba 4 czy 6 punktów do bezpiecznego miejsca, były duże różnice. Teraz jest inaczej. Niemniej musimy się znowu z tym zmierzyć. Po to tutaj jesteśmy. Mam nadzieję, że każdy ma świadomość, w jakim miejscu jesteśmy i co musimy zrobić - tylko ciężka praca.
Jak byś zdiagnozował ten problem? Przyszło kilku dobrych zawodników, reprezentantów Polski, zaczęliście dobrze i nagle coś się stało.
- Ile osób by obstawiało, że tutaj skończymy? Jak byśmy wygrali 2 ostatnie mecze, to jaka byłaby różnica, 2 tygodnie by wiele zmieniły. Dużo się na to złożyło, od samego początku. Był nowy trener, pojechaliśmy na zgrupowanie, w miarę nam szło, był określony skład. A potem w sierpniu odeszło kilku piłkarzy i sprowadziliśmy 10 nowych - zawodnicy z umiejętnościami, reprezentanci. Doszło do wielu zmian, wydaje mi się, że nie do końca byliśmy ze sobą zgrani. Ja grałem w większości meczów, ale raz miałem obok siebie Ziółkowskiego, raz Pankova, raz Kapuadiego, a byli jeszcze Wszołek, Stojanović, Reca, Kun i Vinagre. W innych formacjach też były zmiany. Mimo wszystko z tym składem nie powinniśmy być tu, gdzie jesteśmy. Ciężko mi to opisać i znaleźć odpowiedź na to pytanie. Chcesz pomóc drużynie, wychodzisz na trening, trenujesz, wszystko fajnie i dobrze, później jest mecz i masz sytuacje. Szkoda tych niewykorzystanych okazji, bo nie strzelaliśmy goli i nie zdobywaliśmy punktów.

Myślisz, że brakowało jakiegoś pomysłu? Był trener Iordanescu, który w końcówce nie ukrywał, że chce odejść z klubu.
- Różne spekulacje było słychać, trudno się od nich odciąć. W końcu trener odszedł, jego miejsce zajął Inaki Astiz. To ciężka sytuacja, taka tymczasowość. Potem czekaliśmy na wybranego trenera. Było dużo rozmów na ten temat, a ostatecznie mógł do nas przyjść po rundzie. To był trudny czas.
Próbowaliście jakoś zmienić swoją trudną sytuację?
- Próbowaliśmy wszystkiego - od spotkań drużynowych, po mocniejsze słowa w szatni. Mocniejsze słowa nie pomogły, kolacja też nie, szukaliśmy innych rozwiązań. Ciągle mówiliśmy, że wychodzimy na mecz, dajemy z siebie wszystko, a wyników nie było. Trochę siadał też mental, bo graliśmy mecz za meczem. Wiesz, że masz duże umiejętności, nie wygrywasz i nie potrafisz sobie z tym poradzić.
Nie jest tak, że wszystkie mecze były złe. Zagraliście dobrze chociażby z Celje.
- Wydaje mi się, że to był przełomowy mecz w tym negatywnym kierunku. Dominowaliśmy przez całe spotkanie i mieliśmy mnóstwo sytuacji, a przegraliśmy. Widzisz, że jesteś 2 razy lepszy i nie wygrywasz, to bardzo wpływa na szatnię. Morale spadają. Niby wszystko wygląda dobrze, a przegrywasz. Wolałbym grać słabo, a wygrać mecz.

To zadziałało jak taki korkociąg, że każdy niewygrany mecz ciągnął drużynę w dół. Chyba ciężko się z tego wydostać.
- Ciężko. Starałem się podchodzić do tej sytuacji pozytywnie, tłumaczyłem chłopakom, że byłem w podobnej sytuacji i starałem się jakoś pomóc, ale to nie jest łatwe. Niby mówisz sobie, że teraz przyjdzie ten moment, że wygramy, że przecież wygląda to dobrze na treningach, a później wychodzisz na mecz, tracisz głupio bramkę i nie możesz choćby zremisować. Szukaliśmy różnych rozwiązań, ale nie wejdziesz do głowy każdego zawodnika. Każdy ma inny charakter i czasem może ci powiedzieć, że jest wszystko okej, a w środku może pęka i głowa nie wytrzymuje. Jest prawie 30 zawodników, każdy jest inny - jeden się boi powiedzieć o czymś, drugi się nie boi, jeden jest bardziej otwarty, inny bardziej zamknięty.
Wychodzenie z takiego dołu to jest proces. Ostatnio też było ciężko.
- To jest trudne. Dobrze, że ta runda się już skończyła. Był czas, żeby wszyscy sobie to na spokojnie i z chłodną głową w domach przemyśleli. Wiadomo, że w takim klubie jak Legia Warszawa są naciski, że jak nie ma wyników, to nam się obrywa. To jest normalne. Jak nie masz mocnej głowy i sobie z tym nie poradzisz, no to sorry, ale to nie jest na Legię.
Wraz ze zmianą trenera pojawiła się większa wiara i energia.
- To jest nowy rozdział. Przychodzi nowy trener, przedstawia swój plan, nowe warunki. Ty się do tego przystosowujesz, chcesz robić wszystko, żeby było jak najlepiej. Z chłodną głową zapominasz trochę, w jakim momencie jesteśmy i się odcinasz od tego, co było. Już tego nie zmienimy. Chcemy z pozytywną energią wejść w tę rundę, z wiarą ruszyć do ciężkiej pracy. Jeżeli będziemy wykonywać dobrze i robić to, co trener nam mówi, to może wyjść z tego coś fajnego.

Co myślisz o współpracy z trenerem mentalnym Pawłem Frelikiem?
- Wcześniej bywało tak, że mieliśmy sesje drużynowe. Kto chciał, mógł też pracować indywidualnie. Niektórzy zawodnicy mają swoich indywidualnych psychologów lub trenerów i pracują z nimi. Wydaje mi się, że osoby, które sobie nie radzą z presją, mają jakieś problemy, powinny korzystać z pomocy. Można się otworzyć, to pomaga. Nasz nowy trener mentalny pracował wcześniej w Rakowie, współpracował z trenerem Papszunem i wie, jak do tego podejść, jak trafić do zawodnika. Wydaje mi się, że sesje z nim dla zawodników to jest pozytywna i duża sprawa. Ja wcześniej nigdy nie pracowałem indywidualnie z takim trenerem. Ta praca przybiera różne formy po to, by się otworzyć, rozluźnić, przełamać lody, odważyć. Znam zawodników, którzy naprawdę są skryci, ale po pracy z takim specjalistą potrafili się otworzyć i zrobić pierwszy krok do przodu. To też jest ważne.
Na koncie z Legią masz już pewnie ze 30 obozów przygotowawczych. Czy nie odniosłeś wrażenia, że na zimowych zgrupowaniach z roku na rok jest coraz lżej? Kiedyś było dużo interwałów, więcej jednostek na boisku…
- Ciężko mi to jest porównać. W trakcie urlopu mieliśmy rozpisane co mamy robić i jak przyjechaliśmy do LTC, od razu rozpoczęliśmy pracę z grubej rury. Pierwsze dni były bardzo ciężkie. Kiedyś mieliśmy tak, że przyjeżdżaliśmy do klubu na testy i od razu ruszaliśmy na zgrupowanie. Teraz był tydzień intensywnych treningów w ośrodku. Na obozie w Hiszpanii większość pracy robiliśmy z piłką, ale do tego dochodziły ćwiczenia w siłowni. Mieliśmy też dodatkowe odprawy i spotkania z trenerami, to też jest częścią treningu.

Jakie zauważalne zmiany wprowadził Marek Papszun? Słyszeliśmy o zakazie używania komórek, które trzeba zostawić w szafce.
- Tak, zostało to wprowadzone. Szybko człowiek się do tego przyzwyczaja. Uważam, że to fajne jest. Nie przesiadujemy w pokojach, mamy więcej czasu, by ze sobą rozmawiać. W LTC jest wiele miejsc ogólnodostępnych i już nie ma tak, że nie widać zawodników, bo siedzą w pokojach w telefonach. Siedzimy sobie razem, możemy sobie normalnie fajnie pogadać. Czas szybko leci i po treningu można włączyć telefon. Dla mnie to jest fajna sprawa. Nikt nie ma z tym problemu.
Wypełniacie ankiety?
- Mamy taką pomeczową „spowiedź”, ale to tak samo każdy piłkarz zawsze po meczu robi sobie analizę, normalna sprawa. Nie mam z tym żadnego problemu. Wiem, że wypisywało się różne rzeczy o tym co to będzie po przyjściu trenera Marka Papszuna… ale jest pozytywnie. Jest duża odpowiedzialność. Na odprawach mamy rozpisane szczegółowo treningi, więc na boisku nie ma przestojów. Działania są szybkie i konkretne. Miałem tylu trenerów w karierze, że chyba nic mnie nowego nie zaskoczy. Każdy trener ma swoje zasady i musimy się do nich dostosować.

Czy Artur Jędrzejczyk będzie jeszcze kolejny rok grał w Legii? Widzisz się jako opiekun młodych? Czy myślałeś o tym, co będziesz robił, jak skończysz karierę?
- Od pewnego czasu bardzo dużo ludzi mnie o to pyta. Wiadomo, że jestem bliżej niż dalej końca kariery. Sam do tej pory się nie zastanawiałem, dopóki nie zaczęli mnie wypytywać. Dopiero wtedy zacząłem sobie uświadamiać, że faktycznie ten moment w końcu przyjdzie.
Kiedyś sobie myślałem, że w 2022 będzie fajnym momentem na zakończenie przygody z piłką. Tymczasem przyszedł taki moment że teraz spotykam trenerów, którzy są młodsi ode mnie.
Czy zostanę? Nie wiem co o tym myślą w klubie. Czy wiążą ze mną dalszą pracę i mają chęć? Ze mną jest inna sytuacja niż z pozostałymi chłopakami, którym kończą się kontrakty. Każda z ostatnich moich rozmów o kontrakcie trwała minutę. O nic się nie kłóciłem. Klub pytał czy chcę i decyzja była szybka. Nie walczyłem o pieniądze po prostu.
Po karierze chciałbyś od razu zacząć pracy przy piłce czy jednak odpocząć i poświęcić czas rodzinie?
- Mam ośmioletnią córkę, która co chwilę mnie pyta, kiedy wrócę i czemu tak długo mnie nie ma. Jeśli skończę, to ten czas na pewno chciałbym poświęcić rodzinie.
Wielu byłych piłkarzy, którzy są trenerami mówi mi, żebym grał, póki mogę, bo później będzie mi tego brakowało. Czasu nie oszukam, czterdziestka się zbliża.
Sam jestem pod wrażeniem, że jeszcze wytrzymałem pod względem fizycznym. Klub chciał, żebym został, pomógł i był w drużynie. To jest dla mnie ważne i dzięki temu moja kariera jeszcze trwa.
W Hiszpanii rozmawiał Woytek.

