Legia Warszawa cudem uratowała remis z Arką Gdynia, wyszarpując wynik 2-2 w ostatnich sekundach meczu. Legioniści przez większą część meczu prezentowali dużą bezradność, brakowało im waleczności i pomysłu na grę. Po raz kolejny popełniali również proste błędy, które doprowadziły gospodarzy do dwubramkowego prowadzenia. W samej końcówce pokazali jednak trochę charakteru i zdobyli ważny punkt w kontekście walki o utrzymanie. Zapraszamy do zapoznania się z ocenami, jakie wystawiliśmy podopiecznym trenera Marka Papszuna za występ w Gdyni.
Ermal Krasniqi - Kosowianin wystąpił w tym meczu na nienaturalnej pozycji dla siebie, czyli prawym wahadle. Pod kątem ofensywy wyglądał w miarę pozytywnie. Starał się szarpać do przodu, zabierać odważnie z piłką i indywidualnymi rajdami przyspieszać poczynania zespołu. Odważne dryblingi wychodziły mu jednak połowicznie skutecznie. Krasniqi raz pokonywał przeciwników z łatwością, by kilka chwil później w taki sam sposób przegrać pojedynek z rywalem i groźnie utracić posiadanie. W wielu momentach u Kosowianina szwankowały procesy myślowe. Podejmował dziwne decyzje, prowadzące do strat, co doprowadziło m.in. do straty drugiej bramki, gdyż to po niecelnym podaniu wahadłowego w poprzek boiska, wprost pod nogi jednego z graczy Arki, gospodarze wyprowadzili zabójczy kontratak. Często zapominał także o zdaniach defensywnych. Występowały w jego grze momenty asekuracji, ale wielokrotnie zostawiał również zbyt wiele przestrzeni na swojej flance. Jego występ szedł bardziej w stronę negatywnego, ale wszystko zmieniła końcówka meczu. To po dwóch świetnych wrzutkach Krasniqiego z rzutów rożnych do strzałów doszedł Antonio Čolak i uratował Legii remis. Dla Krasniqiego były to zresztą pierwsze asysty w tym sezonie. W doliczonym czasie gry również zmarnował świetną okazję na samodzielne doprowadzenie do wyrównania, trafiając z najbliższej odległości prosto w bramkarza, ale odpłacił to późniejszym ostatnim podaniem. Choć licznymi momentami mu nie wychodziło, był zaangażowany od początku meczu do samego końca.
Radovan Pankov - Serb był najbardziej skoncentrowanym i pewnym zawodnikiem ze wszystkich defensorów. Nie popełniał błędów, utrzymywał koncentrację przez pełne 90 minut i dobrze zabezpieczał swoją strefę boiska. Zanotował 6 skutecznych odbiorów, notując także przyzwoitą skuteczność w pojedynkach z przeciwnikami. Znacznie gorzej wyglądała jednak kwestia rozegrania. Defensor często podłączał się do budowania ataków bliżej lewej strony, ale jakość jego podań pozostawiała sporo do życzenia, a niejednokrotnie w zbyt prosty sposób oddawał piłkę rywalom. Szczególnie uwidoczniło się to po stracie drugiego gola, gdy z minuty na minutę w grze Serba było widać coraz większą frustrację i brak chęci. Mimo takich wrażeń wizualnych, jego zachowanie w polu karnym było bardzo ważne w kontekście zdobycia obu bramek. Pankov przy dośrodkowaniach z rzutu rożnego atakował bliższy słupek, absorbując uwagę kilku defensorów od Antonio Čolaka, który miał więcej swobody na oddanie strzałów.
Damian Szymański - Choć w pierwszym spotkaniu rundy wiosennej pomocnik nie wszedł na boisko choćby na chwilę, w Gdyni został wystawiony w pierwszym składzie, zastępując kontuzjowanego Juergena Elitima. W tym meczu miał zdecydowanie więcej zadań defensywnych, asekuracyjnych, przez co rzadko można było zobaczyć go wysoko na połowie przeciwnika, a znacznie częściej w okolicach własnego pola karnego. Z tych elementów wywiązywał się dość dobrze, choć nie obyło się bez wpadek. Mowa tu oczywiście o dwóch kontratakach z udziałem Nazarija Rusyna. W 47. minucie Szymański zareagował pozytywnie. Gonił do końca ukraińskiego atakującego, powoli doganiając go i delikatnie zmuszając do przejścia do bocznej strefy boiska, co utrudniło mu wykończenie tej akcji. Gorzej było nieco ponad 10 minut później. Mimo że pomocnik był lepiej ustawiony w asekuracji i nie musiał doganiać skrzydłowego, zwykłym przyjęciem piłki dał się całkowicie zwieść Rusynowi. Brak dobrej reakcji Szymańskiego spowodował, że gracz Arki z łatwością doszedł do sytuacji strzeleckiej. Do pozytywów występu byłego reprezentanta Polski można dopisać natomiast wizję i jakość jego pojedynczych górnych podań na pole karne. Choć Szymański nie decydował się na takie zagrania często, w dwóch sytuacjach wyprowadził partnerów do stuprocentowych okazji - w 20. minucie dograł z własnej połowy na "szesnastkę" do Wahana Biczachczjana, a w jednej z ostatnich akcji meczu posłał świetne dośrodkowanie do niepilnowanego na prawej stronie pola karnego Ermala Krasniqiego. Ogólnie nie był to najgorszy występ.
Bartosz Kapustka - Pod nieobecność Juergena Elitima, to na barkach Bartosza Kapustki spoczywał ciężar budowania ataków stołecznego zespołu. Szczególnie w pierwszej połowie wywiązywał się z tego zadania może nie idealnie, ale pozytywnie. Podobnie jak w meczu z Koroną, większość akcji przechodziło przez jego nogi, a kapitan stołecznej drużyny starał się napędzać te ataki, przerzucając ciężar gry ze środka pola do przodu lub do bocznych stref boiska. Czasami robił to jednak zbyt wolno, co zamiast przyspieszać, niweczyło poczynania "Wojskowych". W pierwszej części spróbował dwukrotnie zaskoczyć bramkarza po strzałach z dystansu i szczególnie mocne uderzenie z 40. minuty sprawiło golkiperowi sporo problemów. Ten strzał był zresztą najgroźniejszym atakiem Legii w pierwszych 45 minutach. Druga część była już słabsza w jego wykonaniu - przeplatana lepszymi momentami i błędami. Pierwszy z nich popełnił już w 47. minucie, przegrywając przebitkę o górną piłkę z Nazarijem Rusynem i doprowadzając do niezwykle groźnego kontrataku. Kilka chwil później to jednak Kapustka dobrze ruszył środkiem pola na połowie rywala i świetnym prostopadłym podaniem dograł piłkę na pole karne do Wahana Biczachczjana, który jednak w sytuacji sam na sam trafił prosto w bramkarza. Wydaje się, że pomocnik mógł zachować się nieco lepiej przy drugim trafieniu gospodarzy. W tej sytuacji także nie zachował koncentracji, to zza jego pleców wybiegł Sebastian Kerk, który dopadł do niedokładnego zagrania i wyprowadził kontrę. "Kapi" mógł zdecydowanie lepiej zareagować, szybciej doskoczyć do Niemca. Zszedł z boiska w 69. minucie.
Kamil Piątkowski - Od pierwszych minut było widać, że to nie będzie dobry mecz Piątkowskiego. Już na starcie dało się zauważyć, że myślami jest gdzieś indziej. Brakowało mu koncentracji, a w niektórych akcjach wyglądał, jakby po prostu grał od niechcenia. Wielokrotnie jego zagrania przy rozegraniu piłki były niedokładne, padały łupem przeciwników i niweczyły starania zespołu na wyprowadzenie skutecznej, szybkiej akcji. Przez cały mecz zanotował zresztą aż 13 strat i dokładność długich podań na poziomie zaledwie 33%. Opanowania brakowało mu zresztą także w grze defensywnej. W wielu akcjach obronnych Piątkowski był zagubiony, nie wiedział do końca, co się dzieje i jak zareagować. Tak było także w 26. minucie przy pierwszym trafieniu gospodarzy, a obrońcę można nazwać jednym z głównych winowajców straty tego gola. Już nawet niekoniecznie chodzi tu o brak krycia dla strzelca tej bramki - Michał Marcjanik był za jego plecami, Piątkowski nie widział go, choć powinien przeskanować również tę przestrzeń. Najgorsza była jego reakcja, brak jakiejkolwiek próby doskoku do piłki, której tor lotu spokojnie mógł przeciąć i zapobiec zagrożeniu. To zdecydowanie nie był dzień Piątkowskiego pod każdym względem.
Rafał Augustyniak - Dla nominalnego pomocnika był to pierwszy mecz od bardzo dawna, w którym został ustawiony jako jeden z trójki obrońców. Miał jednak widoczne problemy z odnalezieniem się na tej pozycji i często musiał być asekurowany przez innych partnerów z zespołu. W zadaniach defensywnych bardzo często gubił krycie, spuszczał przeciwników z pola widzenia i pozwalał im na zbyt swobodną grę. Zdecydowanie brakowało mu w tym meczu odwagi, bardziej agresywnego, dosadnego podejścia do rywali. Przy dośrodkowaniu z rzutu rożnego w 26. minucie, po którym padła pierwsza bramka dla Arki, był kompletnie zagubiony. Augustyniak w tej akcji krył powietrze, a był najbliżej ustawionym strzelca gola zawodnikiem Legii. Zamiast podążyć za dobiegającym do piłki Michałem Marcjanikiem, defensor biernie obserwował, jak obrońca Arki pakuje do siatki piłkę, którą zresztą jeszcze nieporadnie próbował wybić z linii bramkowej. Równie niechlujne i nieprzygotowane były jego liczne indywidualne wyjścia z piłką środkiem pola. Nie przynosiły one w tym meczu większych korzyści, były niedokładne i wprowadzały tylko sporo zamieszania i zaburzały linię defensywy. Poza tym niepotrzebnym faulem na połowie rywala w 55. minucie Augustyniak wykluczył się z gry w następnym meczu, notując czwartą żółtą kartkę w tym sezonie. Być może jedna kolejka odpoczynku mu się przyda po takim występie.
Kacper Tobiasz - Kolejny mecz i kolejny raz ta sama śpiewka. Dwa celne strzały powędrowały w tym spotkaniu na bramkę strzeżoną przez golkipera i obie piłki po tych uderzeniach Tobiasz musiał wyciągać z siatki. Zacznijmy od drugiego uderzenia, bo przy nim bramkarz nie miał większych szans - uderzenie Nazarija Rusyna było mocne, celne i choć Tobiasz miał je na rękach, przebiło mu palce. Krytyczne było jednak jego zachowanie przy pierwszym trafieniu gospodarzy. Dobry bramkarz po prostu musi zareagować na dośrodkowanie w okolice 2-3. metra. Tobiasz tymczasem stał przyspawany do linii, podobnie jak Rafał Augustyniak, jedynie przypatrywał się na strzelca pakującego futbolówkę do bramki, zawiedziony, że żaden z jego kolegów nie zdołał wcześniej zareagować.Bramkarz we własnym polu karnym może nieco więcej, a wręcz powinien odważnie wychodzić do tak posyłanych piłek. Konieczna jest też poprawa celności podań i wybić, bo te na stadionie w Gdyni stały na zatrważającym poziomie, niższym niż 30%.
Arkadiusz Reca - To był bezbarwny występ lewego wahadłowego, o którym nie można za wiele napisać. Jego ofensywne podłączenia lewą stroną nie zapewniały zespołowi większych korzyści. Niby pokazywał się wysoko, podłączał do budowania akcji, ale gdy już otrzymywał futbolówkę, najczęściej kończyło się to stratą po doskoku przeciwnika. Reca nie miał żadnego pomysłu, co zrobić z futbolówką, zbyt długo zwlekał i wybierał najprostsze rozwiązania, przez co nie był w stanie zaskakiwać przeciwników i wygrał z nimi zaledwie 25% wszystkich podjętych pojedynków. Na mały plus można zaliczyć mu pracę w defensywie, bo choć zawodnicy Arki rzadko atakowali jego flanką, z asekuracją większości tych prób radził sobie nieźle. Nie wybiegł na boisko po przerwie.
Mileta Rajović - Mimo fali krytyki, jaka spłynęła na napastnika po występie przeciwko Koronie Kielce, Rajović w Gdyni ponownie wybiegł w pierwszym składzie. Po meczu z kielczanami trener Marek Papszun chwalił atakującego za pracę dla drużyny, ale po tym spotkaniu chyba nie będzie miał jak znaleźć wytłumaczenia dla Duńczyka. Przez znaczną część meczu Rajović był po prostu biernym obserwatorem poczynań boiskowych. Był zagubiony, nie szukał gry, a gdy partnerom udawało się przyspieszyć ataki, to nie było szans, żeby znaleźli napastnika szukającego wolnych przestrzeni czy pokazującego się do zagrania. Jego wkład w ofensywną grę Legii był po prostu znikomy, mikroskopijny - nawet pod kątem pressingu i walki o piłkę. Grał w większości tyłem do bramki, a i nawet to mu nie wychodziło. Aż 13 z 29 jego kontaktów z piłką zakończyło się stratą, wygrał również tylko 3 z 10 pojedynków z rywalami. Przez cały mecz udało mu się dojść do zaledwie jednej sytuacji strzeleckiej. W 79. minucie skorzystał z dośrodkowania Jakuba Żewłakowa i uderzył głową... w kierunku ziemi. Strzał napastnika zatrzymał się na ręce rywala i trzeba przyznać, że sędziowie mogli podyktować za to zagranie rzut karny, ale uderzenie było po prostu słabe, jak cały występ Rajovicia.
Wahan Biczachczjan - Nie dość, że był znacznie mniej aktywny, niż w spotkaniu z Koroną Kielce, to jeszcze bardziej nieskuteczny. Po raz kolejny pokazał swoją indywidualność. Nie byłaby ona zła, gdyby przynosiła jakiekolwiek korzyści. Choć początek meczu miał obiecujący, to w ostatnich momentach zazwyczaj zawodziła jego celność podań czy strzałów. Z czasem Biczachczjan znów atakował jak jeździec bez głowy, nie podnosząc jej do góry, a w swoich rajdach nie miał żadnego celu i pomysłu. Wbiegał w najbardziej zatłoczone uliczki, licząc na cud, który sprawi, że przejdzie przez zdecydowanie bardziej rosłych i fizycznych obrońców. Ci jednak odczytywali jego proste zamiary bez żadnych problemów i doprowadzili do tego, że przy 26 kontaktach z piłką stracił ją aż 10 razy, wygrywając przy tym tylko 3 z 13 podjętych pojedynków. Trzeba wspomnieć również o fatalnie bitych stałych fragmentach gry, szczególnie rzutach rożnych, które kończyły się na pierwszym z obrońców, jakby nie miał sił ich wykonywać, a w konsekwencji doprowadzały do większego zagrożenia własnej bramce niż przeciwnika. W przerwie meczu zapytany przez dziennikarza powiedział, że w drugiej części "drużyna musi zacząć strzelać gole, bo bez bramek nie wygra się meczu". Ormianin wziął te słowa do siebie i w 51. minucie, w sytuacji sam na sam z bramkarzem... uderzył prosto w niego, marnując wyśmienitą okazję i dobitnie podsumowując swój występ. Został zmieniony dziesięć minut później.
Kacper Urbański - Znów było to spotkanie jedynie przebłysków w jego wykonaniu. Przede wszystkim w grze stołecznej drużyny było go po prostu za mało. Przez prawie trzy kwadranse przebywania na boisku Urbański zanotował zaledwie 30 kontaktów z piłką. Jasne, niektóre z nich były jakościowe - jak rozprowadzenie kontrataku w 51. minucie, po którym przed stuprocentową okazją na bramkę stanął Wahan Biczachczjan - lecz takie zagrania w jego przypadku miały być codziennością. Przy wielu akcjach ofensywny pomocnik był po prostu bierny, unikał gry i włączenia się do rozegrania. Nie podejmował odważnych decyzji, czy to o indywidualnych rajdach, czy strzałach z dystansu. Oddał jeden, niecelny strzał na początku pierwszej połowy. Przez większość czasu na boisku po prostu znikał. Może oczekujemy od Urbańskiego zbyt wiele, ale przecież przychodził do Legii z wielkim bagażem oczekiwań, mimo młodego wieku miał być swego rodzaju liderem tego zespołu, przewyższającym wszystkich sprytem i techniką, co podobno udowadniał podczas zimowych przygotowań, a na razie tego nie widzimy w oficjalnych spotkaniach.
Zmiennicy
Jakub Żewłakow - Młody pomocnik wszedł na boisko w 61. minucie. Od początku było widać w nim dużą odwagę, chęć pokazania się i wzięcia na siebie ciężaru gry. Emanował pewnością siebie, która przekładała się na wzmożoną aktywność. Podnosił zespół na duchu, będąc jednym z najbardziej aktywnych zawodników w końcówce meczu, starającym się zmienić wynik do samego końca. W 77. minucie znalazł sobie nieco więcej miejsca przed polem karnym i momentalnie zdecydował się na strzał z dystansu, lecz trafił tylko prosto w bramkarza. Niedługo później znów pokazał się na lewej stronie i prawą nogą posłał idealne dośrodkowanie na głowę Milety Rajovicia, jednak napastnik nie skorzystał z tego bardzo dobrego podania. Przez pół godziny gry pokazał, że w ogóle nie odstaje poziomem od bardziej doświadczonych kolegów z boiska, a charyzmą i chęciami być może ich nawet przewyższa.
Antonio Čolak - Gdy Chorwat wchodził na boisko w 74. minucie, wydawało się, że jest to już iście desperacki ruch trenera Marka Papszuna. Okazało się jednak, że szkoleniowiec miał nosa, bo napastnik pięknie odpłacił mu się za tę szansę i został prawdziwym bohaterem meczu. Choć był to skryty występ, Čolak zrobił to, co do niego należało. W ostatnich minutach dwukrotnie wykazał się instynktem snajpera i niczym prawdziwy lis pola karnego uwolnił się na wolną pozycję, powalczył o piłkę po dośrodkowaniach z rzutu rożnego i pewnym strzałami głową indywidualnie uratował dla Legii cenny punkt. Z przekąsem można powiedzieć, patrząc na to, że w zeszłym roku Čolak zdobył tylko jedną bramkę, iż przez ostatnie pięć minut meczu z Arką wyczerpał swój tegoroczny limit. Mamy jednak nadzieję, że to cudowne wejście pozwoli nabrać napastnikowi rozpędu, wywalczyć miejsce w pierwszym składzie i dalej zaskakiwać.
Paweł Wszołek - Prawy wahadłowy pojawił się na murawie po przerwie, wracając do gry po kontuzji odniesionej na samym starcie zimowego zgrupowania w Hiszpanii. Niestety, już w 62. minucie Wszołek musiał opuścić z boisko, gdyż wspomniany uraz mięśnia dwugłowego się odnowił. A szkoda, bo od początku swojej zmiany reprezentant Polski wniósł sporo świeżości i ożywienia na prawej flance. Ryzyko zdrowotne i przyspieszony powrót w tym przypadku nie opłaciło się i spowodowało, że Wszołek prawdopodobnie wypadnie na znacznie dłużej.
Samuel Kováčik - W 62. minucie w spotkania w Gdyni Słowak oficjalnie zadebiutował w seniorskiej drużynie Legii Warszawa. 18-latek od początku grał bez żadnych kompleksów i strachu. Wniósł do gry ożywienie, młodzieńczą energię i werwę. Odważnie uczestniczył w budowaniu akcji, był aktywny zarówno na lewej flance, jak i przy licznych zejściach bliżej środkowej strefy murawy. Decydował się na dryblingi, wchodził w liczne pojedynki, choć w wielu z nich odbijał się od przeciwników jak od ściany. Właśnie fizyczność była w spotkaniu była jego największym mankamentem, przez którą czasem zbyt łatwo tracił posiadanie piłki. Wywarł jednak dobre wrażenie i pokazał, że warto na niego stawiać.
Wojciech Urbański - Pojawił się na murawie w 69. minucie. Ze wszystkich młodych zmienników wykazywał się najmniejszą aktywnością, co nie znaczny, że nie pomógł zespołowi w powrocie do gry i wywalczeniu remisu. Brał udział w budowaniu akcji, starał się przyspieszać grę, co szczególnie udało mu się w 77. minucie, kiedy progresywnym podaniem między zawodnikami Arki odnalazł tuż przed polem karnym niepilnowanego Jakuba Żewłakowa i pozwolił mu na oddanie strzału z dogodnej pozycji.

