Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

To nie jest konkurs fryzur

wtorek, 30 marca 2004 12:11
Tomasz Jarzębowskiźródło: Piłka Nożna

Czy wygrana w Łęcznej oznacza, że przełamaliście kompleks meczów wyjazdowych?

Tomasz Jarzębowski: Mam taką nadzieję. Jesienią przy Łazienkowskiej graliśmy jak z nut, natomiast na boiskach rywali straciliśmy zdecydowanie zbyt dużo punktów. To źle wróżyło, bo z wszystkimi konkurentami do tytułu mistrzowskiego: Wisłą, Amiką i Groclinem, wiosną zmierzymy się niestety na wyjazdach. Po świetnym występie w Łęcznej moje obawy są jednak znacznie mniejsze. Każdego z wymienionych przeciwników możemy pokonać także na jego stadionie.


Kiedy dowiedział się pan, że będzie grał w wyjściowym składzie i to w środku pomocy, a nie - jak wcześniej bywało - na boku obrony?

Właściwie od początku przygotowań trener Dariusz Kubicki wystawiał mnie w drugiej linii. Bodaj tylko połówkę jednego z meczów sparingowych rozegrałem w defensywie. Nie byłem wcale zdziwiony, bo zawsze byłem graczem środka pola. To znaczy do momentu, kiedy do Legii nie przyszedł Franciszek Smuda i mnie nie przestawił.


A Kubicki twierdzi, że spokojnie może pan grać również na skrzydłach w drugiej linii.

Na obu? Na prawym to byłaby ostateczność, choć dobrze kopię obiema nogami, gorsza nie służy mi wcale do podpierania. Mogę występować na wielu pozycjach, jestem zawodnikiem wszechstronnym, a więc bardzo przydatnym. Dlatego szkoleniowcy często łatali moją osobą dziury w składzie.

Podobno był pan zimą bliski przeprowadzki do Arsenału Kijów?

Nie sądzę, żeby Ukraińcy złożyli konkretną ofertę. Po jednym ze sparingów zachwycony moją postawą szkoleniowiec wspomnianego zespołu rzeczywiście dopytywał o sumę odstępnego, ale nie słyszałem, żeby złożył propozycję.


A byłby pan zainteresowany przeprowadzką na Wschód?

Nie! Akcje Legii przejmuje właśnie ITI i chce stworzyć naprawdę wielki klub, na miarę możliwości Warszawy. Już nie mówi się o stanięciu na nogi, tylko o stabilizacji na wysokim poziomie. Byłoby więc nierozsądne odhocidzć z Łazienkowskiej. Tym bardziej, że kontrakt mam ważny jeszcze przez półtora roku.


Byłby pan nieugięty nawet wówczas, gdyby Ukraińcy zaproponowali podwyżkę o sto procent?

Wówczas pewnie bym się zastanowił, ale pod względem sportowym Arsenał nigdy nie dorówna Legii. A chyba nie muszę przypominać, że jestem warszawianinem i wychowankiem klubu z Łazienkowskiej. I dodawać, gdzie ulokowałem sympatię. Gdy zacząłem grać w piłkę marzyłem o wspólnym treningu z Markiem Jóźwiakiem, który akurat został sprowadzony do Legii. A dane mi było rozgrywać całkiem ważne mecze z Beretem!


Jedyny rodowity warszawianin ma specjalne względy w zespole Legii?

A skąd! W szatni jestem traktowany jak wszyscy inni. Za to mam dużego plusa u kibiców, to da się odczuć.


I dlatego przystąpił pan do konkursu... fryzur? Żeby bardziej rzucać się fanom w oczy?

Przesada, nie ma wyścigu po najbardziej oryginalne uczesanie. Po prostu nie lubię pzez dłuższy czas wyglądać tak samo, więc postanowiłem przemalować włosy. Chciałem położyć sobie zwykłe pasemka, ale fryzjer przekonał mnie, że warto poeksperymentować. I tak na mojej głowie pojawił się pasek. Zauważyłem, że wcale nie jestem najbardziej ekstrawagancki w lidze. Marcin Zając z Groclinu ma teraz czerwone włosy, on znacznie częściej zmienia kolor.


Z Arturem Borucem chodzicie do tego samego fryzjera?

Nie, nasz bramkarz ma swojego specjalistę, który również często sugeruje Arturowi oryginalne rozwiązania. A ja niedawno zmieniłem fryzjera. Przez minione 10 lat obcinałem się u byłego kolegi z boiska, z którym trenowaliśmy i graliśmy w Agrykoli.


No to specjalnie nie wykosztowywał się pan.

Nie wydałem nawet złotówki, po starej znajomości strzygł mnie za darmo.


A teraz ile pan wydaje?

Standradowo - 50 złotych za obcięcie, a drugie tyle za farbowanie i układanie włosów. Zważywszy na fakt, że przez 10 lat oszczędzałem na fryzjerze, nie jest to wygórowana kwota.


Jakie były komentarze kolegów z Legii, gdy pojawiliście się na treningu odmienieni?

Wesołe. I pozytywne. Niektórzy nie kryli radości, a bodaj najgłośniej ze mnie śmiał się Artur.


A jak zareagowała pańska żona?

Była mniej zadowolona. Stwierdziła, że z pasemkami byłoby mi lepiej. Drugi raz już chyba mi nie pozwoli na taki odjazd.


Ściga się pan z pomocnikami Wisły, nie tylko pod względem oryginalnego wyglądu?

Cóż, nie ukrywam, że chciałbym grać nie tylko w Legii, ale również w reprezentacji. Na razie Mirek Szymkowiak i Mariusz Kukiełka mają większe doświadczenie, częśćiej grywali ostatnio w środku pola, ale nie czuję się od nich gorszy. Postaram się to udowodnić już niedługo, podczas bezpośredniego starcia.


A nie był pan zaskoczony faktem, że na mecz z USA selekcjoner Paweł Janas nie powołał żadnego legionisty?

Chyba wszyscy spodziewali się, że w kadrze znajdzie się Marek Saganowski, który od początku rundy gra naprawdę świetnie. Selekcjoner postawił jednak na innych, pomijając nawet Pawła Kryszałowicza, który błyszczał w kadrze w lutym. Pewnie obu bramkostrzelnych napastników powoła na kolejne spotkanie.


Pan powinien dobrze wspominać Janasa.

Owszem, powołał mnie w trybie awaryjnym na turniej LG Cup, w którym grały reprezentacje olimpijskie, rozgrywany na Łazienkowskiej. I choć grałem wówczas jedynie w rezerwach Legii wystawił mnie od pierwszych minut w spotkaniu ze Słowenią. Odwdzięczyłem się za duże zaufanie zdobyciem gola. I bardzo miło wspominam ten reprezentacyjny debiut. Potem był występ już w pierwszej drużynie narodowej.


Dlaczego z Warszawy wywodzi się tak mało znaczących futbolistów?

Bo są inne pokusy. Miałem zdolnych kolegów z boiska, którzy zatracali się w zabawie, ale też takich, którzy zaczęli... kraść. Na dobrą sprawę oprócz mnie uchowali się jedynie Robert Gubiec, były bramkarz Polonii i Maciek Pulkowski, który od niedawna trenuje z pierwszym zespołem Legii.


Dlaczego wybił się właśnie pan?

Bo nigdy nie lubiłem dyskotek. Zresztą w ogóle mam specyficzny charakter. Żona do dziś nie może uwierzyć, że jak się rozstaliśmy na początku znajomości na pół roku, to nie znalazłem innej dziewczyny. A ja nawet nie szukałem!


No to pewnie uczył się pan?

Owszem, zrobiłem maturę w Technikum Ochrony Środowiska mieszczącym się przy ulicy Górnośląskiej. Na Agrykolę miałem stamtąd krok, na stadion Legii - dwa. Potem wraz z Wojtkiem Kowalewskim i Pawłem Woźniakiem. Zapisaliśmy się na AWF. Gibon zdał nawet jakiś egzamin, bodaj z anatomii, a ja byłem po razie na zajęciach z każdego przedmiotu. Śmieję się więc, że wszystkie... zaliczyłem.


A co chce pan zaliczyć obecnej rundy?

Celuję w dublet! Nikt tego głośno nie mówi, ale chcemy powalczyć i o Puchar Polski, i tytuł mistrzostwski. Jestem szczególnie umotywowany, bo gdy w 2002 roku wygrywaliśmy ligę, przez pół sezonu leczyłem kolano. Gdy świętowaliśmy pierwsze miejsce, to z jednej strony ogromnie się cieszyłem, a z drugiej - byłem załamany. Teraz chcę być pełnoprawnym członkiem mistrzostwkiej ekipy.


Kto będzie głównym przeciwnikiem Legii?

Kandydatów do tytułu jest czterech, a różnice minimalne. Najbardziej musimy się obawiać Wisły, która zaczęła wiosnę tak sobie, ale musi minąć trochę czasu, żeby w nowym składzie, jak to się mówi po piłkarsku, załapała. Dotąd krakowianie nie zaprezentowali niczego szczególnego, ale w dwóch początkowych kolejkach wywalczyli komplet punktów. Muszą jednak pamiętać, że Legia zmusi ich do znacznie większego wysiłku niż Świt i Polkowice.


Rozmawiał Adam Godlewski

Podaj ten news dalej: