Fredi Bobić: Zbudujemy Legijne DNA. Zasadą będzie obowiązek wygrywania
Gratulacje z okazji objęcia stanowiska dyrektora sportowego Legii Warszawa. Mamy to interpretować jako awans, degradację czy po prostu zmiana kosmetyczna?
Fredi Bobić: Dziękuję, choć dla mnie w perspektywie kolejnego roku nie zmienia to aż tak wiele. To przede wszystkim delikatna zmiana samej nazwy stanowiska. Zastanawialiśmy się też nad tym, by zostawić w takiej formie, jak funkcjonowało wcześniej. To, z czym musiałem się zmierzyć przez ostatni rok, dotyczyło dobrego zrozumienia poszczególnych stanowisk, obowiązków i zadań.
W Niemczech dyrektor sportowy zazwyczaj znajduje się na drugim poziomie zarządzania, nie jest osobą stricte decyzyjną na najwyższym szczeblu. W Polsce jest na szczycie struktury, operując bardzo blisko prezesa czy właściciela i zarządzając pionem sportowym.
Na jak długo podpisał pan kontrakt?
- Podpisałem umowę na kolejny sezon, tak jak zawsze to robię, bo chcę być uczciwy. Tu nie chodzi o myślenie typu: " w przyszłym roku muszę stąd odejść", czy coś w tym stylu. Mamy tutaj wspólnie wiele do zrobienia. Chcę być tego częścią i wszystko odpowiednio ustrukturyzować. Z mojej perspektywy to była po prostu kwestia tego, że mamy przed sobą dość wymagające czasy. Jestem w odpowiednim wieku i posiadam odpowiednie doświadczenie.
Nieważne czy podpisujesz kontrakt na rok, dwa, czy trzy lata – jeśli wykonujesz dobrą robotę, to przedłużasz umowę co roku, o ile jest taka wola stron.
Jak ocenia pan swoją pracę w minionym sezonie?
- Od początku praca w Legii wiązała się z dużym wyzwaniem. Mieliśmy mnóstwo rzeczy do zrobienia. Razem z Michałem Żewłakowem funkcjonowaliśmy w klubie podejmując decyzje w obszarze sportu, pracowaliśmy ze sobą bardzo pozytywnie, jak dobrzy koledzy z pracy, a mogę nawet powiedzieć, że przyjaciele. Mieliśmy jednak inne obowiązki. Z mojej perspektywy – jego obecność była bardzo pomocna, ponieważ on świetnie rozumiał polski futbol, miał na ten temat większą wiedzę ode mnie.
Ja z kolei na początku byłem bardziej skoncentrowany na aspektach związanych z akademią, wydajnością oraz skautingiem, co uważałem za szalenie ważne. To było moje pierwsze zadanie: zobaczyć wszystko z bliska, przeprowadzić rozmowy z działem skautingu i dokonać korekt w systemie.
W kwestii pierwszego zespołu nie działałem aż tak bezpośrednio jak Michał - to były głównie jego obowiązki. On zajmował się kwestią selekcji trenera przed sezonem, rozpoczynał także rozmowy i negocjacje z zawodnikami. Oczywiście w trakcie okienka transferowego pomagałem mu na wiele różnych sposobów w negocjacjach.
To był niesamowicie trudny czas, bo przeprowadziliśmy w zespole mnóstwo zmian w krótkim czasie, drużyna została przebudowana. Dynamika pracy wyglądała tak, że czasami ja rozpoczynałem dany proces, a on go ostatecznie finalizował. Nigdy nie działało to na zasadzie: "to jest jego piłkarz, a to jest mój piłkarz". Zawsze był to nasz piłkarz - piłkarz Legii.
Konsultowaliśmy i dyskutowaliśmy o wszystkich decyzjach razem z trenerem. Miałem jednak też inne obowiązki, na których musiałem się mocno skupić. Szczególnie dotyczyło to początków w kontekście skautingu. Mieliśmy co prawda jedną dużą bazę, ale de facto w klubie działały dwa odseparowane od siebie piony skautingowe: młodzieżowy i pierwszej drużyny. Ostatecznie po rozmowach z pracownikami obu działów połączyliśmy je w jeden.
Uważam, że dobrze jest mieć pełen obraz: kiedy obserwujesz zawodnika gotowego do gry w pierwszej drużynie, musisz wiedzieć, jakie masz własne zaplecze. Trzeba zadać sobie pytanie: czy mamy w akademii młodego chłopaka grającego na tej samej pozycji, który będzie gotowy za dwa, trzy lata? Czy możemy teraz postawić na zawodnika bardziej doświadczonego, czy celujemy w kogoś z zewnątrz? Czy ściąganie kogoś młodego z innego klubu sprawi, że za chwilę ostatecznie zablokujemy miejsce do rozwoju chłopakowi z naszej akademii? To mijałoby się z celem. Takie były nasze początki.
Na początku stycznia to uległo zmianie. Chcę jednak podkreślić, że zawsze podejmowaliśmy te decyzje jako zespół. Bardzo cenię sobie współpracę w tak zaufanej grupie ludzi.

Ilu gotowych do gry piłkarzy znalazł dział skautingu w ciągu tego ostatniego roku? Pytam w szczególności o piłkarzy z zagranicy.
- Dział skautingu jest włączony w cały proces transferowy. Ich zadaniem jest między innymi rekomendowanie konkretnych profili piłkarzy, rzetelne sprawdzanie, czy wpasowują się oni w naszą metodologię gry, a także analizowanie ich pod kątem oczekiwań trenera. Na koniec to oni przygotowują wszystko od strony danych, uwzględniając ich środowisko społeczne, charakter i tym podobne aspekty.
Potem siadaliśmy razem w zaufanym, małym gronie. Dyskutowaliśmy o tych wyselekcjonowanych graczach, analizowaliśmy wnikliwie ich profile, rozmawialiśmy z samymi piłkarzami i przeprowadzaliśmy analizę wideo. Jeśli pojawiała się taka możliwość, to zawsze jeździliśmy też oglądać graczy bezpośrednio na żywo z trybun. Potem patrzyliśmy, czy wszystko wpasowuje się w nasze jasno określone ramy finansowe i czy taki ruch jest dla nas do udźwignięcia. I jeśli tak jest – działamy i zamykamy temat.
To zapytam inaczej, czy w obecnej kadrze jest jakikolwiek piłkarz znaleziony przez dział skautingu? Pytam o młodych zawodników z poprzednich dwóch okienek, którzy grali. Bo tak szczerze, to nie widzę nikogo.
– Oczywiście, że są. Chociażby Henrique Arreiol, Mileta Rajović.
Rajović to młody zawodnik?
- Rajović jest w dobrym wieku dla piłkarza. Mieliśmy sporo gorących dyskusji o tym, czy celować w młodzież, czy poszukać kogoś zaprawionego w bojach.
Jeżeli dyskutujemy o młodych graczach, to przede wszystkim spójrzmy na naszą akademię. Na stałe włączyliśmy do pierwszego zespołu Jakuba Żewłakowa, Samuela Kovacika oraz Jana Leszczyńskiego. Oni otrzymali już swoje pierwsze minuty. Zależało nam na tym, aby zbudować ich pewność i zabezpieczyć na potrzeby pierwszej kadry. Po to inwestujemy pieniądze w akademię. Dobrym przykładem jest Rafał Adamski – on też wypłynął ze skautingu. Oglądaliśmy wszystkie możliwe spotkania Pogoni Grodzisk Mazowiecki. Ten chłopak wykorzystał swoją szansę. To samo dotyczy Otto Hindricha. Oni wcale nie mają na karku wielu lat. Co w ogóle oznacza zwrot "stary piłkarz"? Bo dla mnie nie ma starych czy młodych, dla mnie piłkarz jest po prostu dobry albo zły. A on jest akurat bardzo dobrym piłkarzem.

Opinia jest jednak taka, że Adamski i Hindrich to zawodnicy sprowadzeni przez ekipę Marka Papszuna. Szkoleniowiec zna na wylot ligę i każdego zawodnika. Nie jest wielką filozofią znaleźć w Polsce dobrego Polaka, na dodatek takiego, który strzela kilkanaście bramek.
- Zlokalizowanie utalentowanego, młodego gracza w samej Polsce to nie jest żaden wyczyn. Wyzwaniem jest jednak to, że okno do wyciągnięcia go nie jest wcale szeroko otwarte, bo jest duża konkurencja ze strony pozostałych klubów z ligi. Ostatecznie wszystko rozbija się o kwestie finansowe i możliwość zawarcia umowy. W styczniu byliśmy niezwykle zdeterminowani. Adamski w naszej opinii był graczem, po którego bezwzględnie musieliśmy ruszyć w tamtym momencie. Ta rekomendacja wypłynęła ze skautingu.
Taka sama była sytuacja z Łukaszem Zjawińskim?
- Tak, on również był analizowany. Znamy jego historię, wraca do domu, co mnie bardzo cieszy. To ambitny, bramkostrzelny, waleczny zawodnik, który ma wnieść do zespołu świeżą krew. W ostatnich sezonach bardzo rozwinął się piłkarsko, co udowadnia po raz kolejny, że czasem warto dać piłkarzowi czas. Bardzo chciał wrócić do Legii mimo różnych ofert, a to jasny sygnał, że będzie zostawiał serce na boisku. Oczywiście, czeka go konkurencja o miejsce w pierwszym składzie, natomiast mocno w niego wierzymy.
Wracając do meritum, dopytujecie: kto kogo znajduje, jak to wygląda… To od zawsze wygląda u nas tak samo. Tematy są z wielu stron. Jednak zdecydowana większość z nich startuje ze skautingu. Dopiero wtedy odpalamy całą machinę transferową. Tu nie gra się w gry pod tytułem: "to ty go znalazłeś”. Nie, to my go odkryliśmy.
Jeśli z jakiegoś powodu macie potrzebę piętnować kogoś za wpadki – walcie zawsze w tych na górze. Nie zrzucajcie winy na sam proces albo na szeregowych ludzi w klubie. Do takich rzeczy niezbędne jest odpowiednie przywództwo w zespole. Osoby zarządzające są odpowiedzialne za branie na klatę ciosów. Aktualnie jestem na świeczniku ja. Mogę zapewnić, że zawsze będę walczył za swój zespół, bo chłopaki wykonują tytaniczną robotę.
Czasem mamy dużą satysfakcję ze sprowadzonego zawodnika – przykład z transferu Adamskiego. Ale bywają też dni, gdy nie wszystko udaje się w stu procentach - tutaj przykładem jest Kacper Urbański. Nie spełnił w poprzednim sezonie pokładanych w nim nadziei. Nie możemy jednak zapominać, jakie tło miały te transfery w trakcie poprzednich rozgrywek. Ubiegły rok był ekstremalnie wymagającym okresem. Do szatni weszło wielu nowych, zupełnie nieznających się piłkarzy. Złapanie między nimi odpowiedniej chemii i balansu to już żmudne zadanie szkoleniowca.
W polskim modelu jest dyrektor sportowy. Do tego dochodzi rola trenera, która nie ma co ukrywać – jest kluczowa. Trener czasem wchodzi do gabinetu i dzieli się swoimi sugestiami. Ja wręcz lubię, gdy ktoś podrzuca mi świeże tropy do sprawdzenia.

Jeżeli weźmiemy pod lupę sytuację z Arseniciem – temat zainicjowali skauci. Udałem się prosto do Marka Papszuna i odbyłem z nim szczerą dyskusję na temat tego zawodnika. Rozmawialiśmy o kręgosłupie drużyny, zgadzaliśmy się, że potrzebujemy kogoś, kto wzmocni charakter zespołu, dzięki zdolnościom przywódczym i doświadczeniem. Powiedziałem Markowi: "znasz chłopaka najlepiej z nas wszystkich”. Świadomość trenera, co do możliwości gracza była dla nas potężnym argumentem i wielkim atutem przy negocjacjach. Z kolei zawodnik dał się przekonać głównie dlatego, że mógł powiedzieć: "wiem z kim będę pracował, ufam temu szkoleniowcowi". Był gotów grać dla niego, co finalnie zaowocowało transferem do Legii. Nieprawdziwe jest twierdzenie, że to trener Papszun przyszedł i poinformował, że musimy sprowadzić Arsenicia. Tak nie działamy.
Ile meczów na żywo i analiz wideo oglądacie, zanim na stół trafia rekomendacja? Ilu pracowników sztabu musi podbić pieczątkę?
– Siatkę opieramy na skautach terenowych, nad którymi pieczę trzyma szef działu, w stałym kontakcie z trenerem. W układankę włączeni są też jego asystenci. Gdy przychodzi do finalnej rekomendacji, w zespole roboczym jest pięć - sześć osób przeglądających wszystkie za i przeciw. Mam też w zwyczaju podejść i zapytać wprost skauta, jaki jest wizerunek i zachowanie zawodnika w mediach społecznościowych. Wymagam sprawdzenia tego na tym polu, bo rzuca to nowe światło na człowieka.
Domknięcie kwestii finansowych z agentem zawodnika czy klubem sprzedającym – te sprawy leżą w całości na moich barkach.
Jakie główne ligi zagraniczne obserwuje skauting Legii?
- Numerem jeden niezmiennie pozostają polscy piłkarze, co było widać latem zeszłego roku. Zakomunikowałem jasno otoczeniu, że koncentrujemy nasze siły na krajowych graczach. Jeśli nasz cel nie jest Polakiem, może w zasadzie przyjechać z dowolnego zakątka świata, aczkolwiek naturalnie koncentrujemy się na obszarze terytorialnym Europy. Nigdy nie mówimy: "dobra, ściągamy chłopaków tylko z Bałkanów, albo przeczesujemy Czechy czy filtrujemy rynek niemiecki". Drużyna wymaga ciągłego miksowania charakterów. Patrząc wokół, w każdym polskim zespole szatnię wypełniają zawodnicy ściągnięci z najróżniejszych państw. Wartość prezentuje sam zawodnik.
Ekstraklasa to liga sprzedażowa. Wychowujemy graczy, szlifujemy i eksportujemy ich na rynki zewnętrzne. Nie możemy wybierać zawodników z czołowych lig, gdyż najzwyczajniej na świecie nie stać nas na taką ekstrawagancję finansową.

Jaki jest plan Kacpra Urbańskiego? Sprzedaż, wypożyczenie, czy może zostaje i walczy o miejsce w składzie Legii?
– Sprowadziliśmy go tutaj z wiarą, że ugruntuje swoją rolę w drużynie i zostanie na dłużej. Niemniej jesteśmy świadomi sytuacji. On też nie ma powodów do radości po takim sezonie.
W futbolu wszystko sprowadza się ostatecznie do tego, jak widzi to rynek. Jesteśmy otwarci i jeżeli pojawi się dobra oferta, to siądziemy do negocjacji. Musimy sprzedawać zawodników, ale proszę mnie nie zrozumieć źle - nie przypinamy każdemu metki z napisem "na sprzedaż" od zaraz.
Jeżeli konkretne zapytania zaczynają wpływać do klubu, trzeba do nich podejść poważnie. Napędzamy swój budżet w ogromnej mierze właśnie takimi manewrami, nie oszukujmy się tu nawzajem. Legia nie może zignorować dobrej propozycji za zawodnika. Nie jest to możliwe.
Trzeba liczyć się z opcją, że jeszcze jacyś kluczowi zawodnicy latem mogą odejść?
- Uświadamiam wszystkim dookoła: czeka nas zdradliwe okienko transferowe, bo mamy na horyzoncie mistrzostwa świata. Przykłady z przeszłości uczą, że turniej tej rangi to moment, kiedy większe ligi zwyczajnie przechodzą w tryb uśpienia. Cała branża wisi w na „stand-by'”. Po mundialu rusza karuzela i jest to istny koszmar logistyczny. Mistrzostwa stanowią bowiem okno wystawowe – anonimowy zawodnik pokaże jeden magiczny przebłysk i wielki klub desperacko rzuca za niego ofertę. Wywindowana przez spekulacje cena momentalnie uderza w sufit. Co w szerszym aspekcie oznacza dopięcie takiego wielkiego dealu na szczycie? Ten bogaty klub sprowadza gwiazdę, ale chwilę później musi wyczyścić swoją listę płac z dwóch zawodników, choć wcześniej wcale o tym nie myśleli. To otwiera furtkę dla nas - szukamy swoich szans.
Czeka nas bardzo długie okienko transferowe. Wiem, że sztaby szkoleniowe nie lubią takiego obrotu spraw, ale trzeba do tego przywyknąć. Stare czasy umarły - ćwierć wieku temu można było rozpocząć przygotowania z uśmiechem i wiedzą, że co najwyżej jedno czy dwa nazwiska zmienią klub w trakcie przerwy ligowej. Od pierwszego dnia przygotowań można było pracować ze całym składem. Bądźmy szczerzy - to historia.
Czy do notatników warszawskich skautów trafią nazwiska z mistrzostw świata?
– Prawdopodobieństwo jest znikome. Oczywiście włączymy telewizory, żeby śledzić turniej w Ameryce, ale na nasze radary trafią mocniej chociażby zmagania o mistrzostwo Europy U-19 czy też inne młodzieżowe zawody najwyższej wagi. Naszym obowiązkiem jest pilnowanie tego podwórka.

Co dalej z kontraktem Artura Jędrzejczyka oraz Jean-Pierre Nsame?
– Usiedliśmy z JP i Arturem do stołu. Wysłuchaliśmy stanowisk dwóch stron i w najbliższym czasie podejmiemy decyzję w ich sprawach.
"Jędza" to legenda Legii i w jego przypadku rozważamy różne opcje. Drzwi dla Jędrzejczyka naszym klubie zawsze będą otwarte, niezależnie od jego roli.
A co z zawodnikami takimi jak Petar Stojanoviić, Claude Goncalces czy Antonio Colak?
- Goncalves i jego menedżer mają świadomość w jakiej sytuacji się znalazł, że będzie mu ciężko o grę w Legii. To samo dotyczy Petara Stojanovicia. Z Colakiem sytuacja jest inna.
Jaki był największy błąd transferowy Legii w ostatnim roku?
- Największym problemem nie były transfery. Największą bolączką było to, że mieliśmy zbyt dużą rotację. Sprawom szkoleniowym powinniśmy poświęcać więcej uwagi.
Pytam o największy błąd transferowy ostatnich lat. Mileta Rajović nie wpisuje się w definicję największego błędu?
– Możemy o nim porozmawiać. Możemy porozmawiać o innych napastnikach, np. z Bundesligi, którzy swój pierwszy sezon mieli słabszy. W Legii wielu piłkarzy na przestrzeni lat miało trudne wejście, a później spełniali oczekiwania.
Sam byłem napastnikiem. Jeśli miałem jedną wykreowaną sytuację na cały mecz, często byłem zwyczajnie nieskuteczny. Jako strzelec musisz wypracować trzy, cztery okazje, by wejść w odpowiedni rytm. Brakowało nam jako drużynie odpowiedniego balansu w kreacji ofensywnej, a jednak Colak strzelał ważne bramki dla drużyny, Adamski dokładał ważne gole, to samo Nsame i Rajović. Może ich statystyki indywidualne nie zwalają z nóg, ale gdy weźmiesz ich zdobycze i połączysz w całość dla drużyny – zyskujesz bardzo dużo. Gole Rajovicia też zapewniały nam punkty czy chociażby awans do Ligi Konferencji, kiedy w meczu z Hibernianem zupełnie się nie układało. Zwróćmy za to uwagę na Lechię Gdańsk. W ubiegłym roku mieli u siebie najlepszego strzelca ligi. Gdzie są teraz? W pierwszej lidze. Tak czasami układa się piłka nożna. Chcę przez to przekazać, że trzeba zaufać napastnikom z predyspozycjami, zagwarantować im czas i przestrzeń, aby „zaskoczyli”.
Zawodnicy często potrzebują stabilizacji, żeby „odpalić”, szczególnie napastnicy.

Dla mnie naturalnym punktem odniesienia zawsze pozostanie Bundesliga, przy zachowaniu wszystkich proporcji. Współpracowałem z Luką Joviciem, czy chociażby Andre Silvą. Zdobywali o po siedem-osiem goli w pierwszym sezonie, po czym potrafili ustrzelić ponad dwadzieścia w drugim. Taka jest natura typowych "dziewiątek". Zresztą nie tylko u nas takie sytuacje się zdarzają, bo choćby pierwszy rok Roberta Lewandowskiego w Bundeslidze również był trudny. Oczywiście mówię to mając świadomość skali. Chodzi o schemat, który bywa podobny niezależnie od ligi i jej wyzwań. Mocno wierzę w Miletę, ponieważ zostawia na murawie mnóstwo zdrowia, nie odpuszcza na treningach i haruje w meczach o stawkę. Jego zacięcie wynikało też po prostu z faktu, że czasami dochodził w meczu raptem do jednej sytuacji strzeleckiej.
W obwinianiu za słaby okres tylko jego szliśmy na skróty. Mnie samego również dotyczyła ta wygodna ucieczka, to było po prostu łatwe - uderzyć krytyką wyłącznie w jedną osobę. Przypominam jeszcze raz moje wcześniejsze słowa: ci wszyscy w szatni, którzy są liderami, mają szczególne zadanie - jednoczyć szatnię w trudnych momentach, tworzyć siłę z tej grupy i z odwagą brać wszystko na własne barki jako pierwsi. Zespół zmienił się w ostatnich miesiącach, liderzy też byli realnym wsparciem i w tym obszarze poszliśmy do przodu. tu na myśli takich graczy jak Augustyniak czy Kapustka.
Co jest kluczem do sukcesu z Markiem Papszunem na ławce?
– Jeśli chcesz mieć spokój, stabilność, powtarzalną metodologię, potrzebujesz kogoś, kto ma prawdziwy charakter. Kogoś, kto reprezentuje konkretny styl piłki nożnej. Kogoś, kto potrafi zaprowadzić dyscyplinę w grupie. W drugiej części sezonu graliśmy tym samym składem, co w pierwszej. Zaszły tylko drobne zmiany – doszli Adamski i Hindrich. Możemy zawsze patrzeć tylko na negatywy, ale rundę rewanżową skończyliśmy na drugim miejscu.
W przypadku Lecha jeden trener pracuje tam od dwóch lat. Na takich fundamentach można coś zbudować. A jeśli zbyt często dokonujesz zmian to może pojawić się problem. Właśnie dlatego nasz wzrok skierował się w stronę Marka Papszuna. Dariusz Mioduski spytał mnie o najlepszego trenera w Polsce, odpowiedziałem: "Dla mnie to Marek Papszun". Więc zdecydowaliśmy się po niego ruszyć. Powiedziałem właścicielowi: "Potrzebujesz kogoś na minimum trzy lata. Wtedy przyjdą sukcesy i stabilność, również ta w klubie i pionie sportowym”.
Trzeba też umieć przyjąć ciosy. Trzeba stawić czoła krytyce ze strony kibiców, mediów, wytrzymać presję. Jeśli nie idzie dobrze, nie wolno reagować natychmiastowo. Trzeba trzymać się obranego kursu. Jeśli zejdziesz ze ścieżki, nie osiągniesz sukcesu. Będziesz ciągle zmieniał metodologię i ludzi, szczególnie na kluczowych pozycjach. Właśnie dlatego stabilizacja na stanowisku pierwszego trenera w klubie piłkarskim jest szalenie ważna.
Z kolei wiele zmian w składzie wynikało z tego, że jeden trener lubił tego zawodnika, a inny wolał kogoś innego. Zrobił się z tego duży miks. To dlatego zeszłego lata sprzedaliśmy tak wielu piłkarzy, na czym zresztą zarobiliśmy sporo pieniędzy. To było konieczne dla klubu, ponieważ wyzwania finansowe są tutaj bardzo duże. Potrzebujemy stabilności i przejrzystej struktury, którą teraz skutecznie wprowadzamy tak, jak zapowiedział to na początku roku prezes Herra.

Z perspektywy czasu, jak podzieliłby pan ten sezon?
– Praca tutaj to ogromne wyzwanie, ale może sprawiać frajdę, jeśli wszyscy podążają we właściwym kierunku. Dlatego mogę podzielić ten ostatni sezon tylko na dwie części: pierwsze półrocze i ten ostatni etap. Teraz obraliśmy dużo lepszy kurs, ponieważ kluczowe osoby, stanowiska i odpowiedzialności są dla wszystkich jasne.
Nie chcę rozwodzić się całymi godzinami nad jednym czy drugim zawodnikiem. Na koniec letniego okna transferowego dziennikarze pisali, że zrobiliśmy fantastyczne ruchy. Ale w futbolu zdarzają się rzeczy nieoczekiwane.
Taką nieoczekiwaną rzeczą było zwolnienie Edwarda Iordanescu?
– Od początku października trener dawał powody do niepokoju. Wyglądał na zmęczonego. Mieliście rację, pisząc, że przychodził w tej sprawie do Michała Żewłakowa. Rozmawialiśmy o tym we trójkę, zastanawiając się, czy to w ogóle ma sens, żeby u nas zostawał. To wszystko bardzo nas zaskoczyło. Próbowaliśmy go motywować, żeby się nie poddawał, bo w ogóle nie myśleliśmy o wymianie szkoleniowca. Po awansie do fazy ligowej Ligi Konferencji z Hibernian FC u siebie powiedziałem mu, że wykonał świetną pracę. Granie co trzy dni było dla niego potężnym obciążeniem.
Potem przyszedł kryzys, który był dla nas wielkim rozczarowaniem. Wygraliśmy z Szachtarem Donieck, ale wcześniej mocno zaskoczył nas mecz z Samsunsporem. Zachowanie trenera, decyzje personalne zdumiały wszystkich. Nikt nie rozumiał, co on robi. To był zły sygnał dla otoczenia i dla każdego w klubie. Dyskutowaliśmy o tym wewnątrz. Jasnym stało się to, że musimy poszukać kogoś innego i że to tylko kwestia czasu. Po porażce w pucharze z Pogonią zmuszeni byliśmy zareagować. Musieliśmy to przeciąć.

Jak to wszystko wpłynęło na zawodników, zwłaszcza tych nowych?
– Dla nich to nie był łatwy czas. Każdy walczył o swoją pozycję na boisku, a my wprowadzaliśmy mnóstwo zmian w drużynie. Nowi gracze mogli się w tym wszystkim pogubić. Zawsze mam do nich cierpliwość i powtarzam innym, żeby również byli cierpliwi, bo nie znają jeszcze w pełni tego, jak funkcjonuje Legia. W tym klubie potrzebujesz zawodników niezwykle odpornych psychicznie. Z jednej strony staram się ich chronić, ale potrafię być też surowy – tak jak pod koniec pierwszej części sezonu, gdy nie dawaliśmy rady lub po prostu dawaliśmy ciała.
Na nowego trenera czekaliśmy aż siedem tygodni – o wiele za długo, a zespół w tym czasie gubił masę punktów...
– To prawda, przegraliśmy sześć meczów i sześć zremisowaliśmy. Przez ten czas nie odnieśliśmy żadnego zwycięstwa w 12 spotkaniach z rzędu. Iñaki Astiz chciał wyjść z tej niezwykle trudnej sytuacji. Plan był dla mnie jasny - idziemy po Marka Papszuna.
Dlaczego zatem to wszystko tak się przeciągało?
- Z naszej strony podeszliśmy do tego niezwykle poważnie i graliśmy fair play, z pełną determinacją, żeby trener był u nas jak najwcześniej. Marek Papszun był przez cały czas absolutnie przekonany do przyjścia do nas. Patrząc na to, jak to wygląda teraz od stycznia współpraca z Markiem – to była dobra decyzja.
Ale sportowo klub sporo to kosztowało. Odpadliście z pucharów, uciekła wam czołówka w lidze, w efekcie bardzo długo Legia nie była pewna utrzymania.
- Ponosiliśmy w tamtym czasie potężne koszty na płaszczyźnie sportowej. Szczególnie w listopadzie i grudniu. Zaprzepaściliśmy szansę w europejskich pucharach, oddaliliśmy się od strefy walczącej o mistrzostwo Polski. Inaki Astiz robił, co w jego mocy, i wraz z asystentami próbował pomóc klubowi przetrwać ten okres. Dlatego po ostatnim meczu byłem naprawdę wściekły na zawodników. Skierowałem słowa krytyki w ich stronę ze szczerością i intencją, że to poprawimy. Liczyłem na reakcję liderów zespołu.
Zawodnicy, którym „brakuje jaj” nadal są w klubie?
- Są, ale wyciągnęli z tego lekcję. Zabrałem głos na obozie przygotowawczym w Hiszpanii, wyszedłem z inicjatywą i jasno wytłumaczyłem im powody moich słów. Obiecali zmianę i faktycznie się zmienili. Kiedy drużynę prowadzi tymczasowy trener, rolą lidera jest scementowanie szatni. Oczekiwałem, że zespół będzie trzymał się razem. Z drugiej strony potrafię zrozumieć sfrustrowaną szatnię, która przez wiele tygodni nie odnosi wygranej. Byliśmy niezwykle blisko punktowania m.in w meczach z Noah, z Celje czy też w lidze z Motorem Lublin – mieliśmy swoje sytuacje i mogliśmy te spotkania wygrać, grając przy tym naprawdę dobrą piłkę, choć wyniki były na koniec rozczarowujące. W takich sytuacjach czasami uruchamia się negatywna dynamika grupy. Każdy wtedy próbuje udowodnić, że to nie on jest tym winnym.

Czy Legia zrobiła wszystko co mogła, by pomóc Inakiemu Astizowi? Pracował z okrojonym sztabem.
- Nasz sztab wcale nie był taki mały. Dołączyli do niego asystenci, między innymi Filip Raczkowski. Mieliśmy do dyspozycji wystarczającą liczbę osób. Problem leżał gdzie indziej, o czym powiedziałem wcześniej.
Jaka przyszłość czeka Inakiego Astiza?
- Robi przerwę dla siebie. Rozmawialiśmy i po prostu tego potrzebuje. Nie zamierzam o tym dyskutować publicznie, bo wiąże się to z prywatnymi kwestiami.
Wrócę jeszcze do tematu zatrudniania Marka Papszuna. Porozumieliście się z nim na początku listopada... a może należało od początku rozmawiać z Rakowem?
– Nie możemy przekazać wielu szczegółów ze względów prawnych. Mogliśmy ruszyć po nowego trenera albo pozostać przy wyborze Marka Papszuna. Dla mnie sytuacja stała się oczywista, że musimy na niego zaczekać. Byłem w stu procentach przekonany, że potrzebujemy kogoś, kto zapewni nam stabilizację.
Ma Pan rację co do stabilizacji na pozycji trenera, ale my, jako dziennikarze i kibice, od wielu lat słyszymy z klubu narrację o "budowaniu stabilizacji" i nic z tego nie wychodzi. Pamiętam jak tuż po przyjściu Kosta Runjaić powtarzał, że Legia musi mieć na tym stanowisku stabilizację, by móc się rozwijać.
- I miał rację! Kosta też jest Niemcem, znam go doskonale. Trzeba wyciągać wnioski z przeszłości. Tak samo wnioski wyciągnęli piłkarze po fatalnym listopadzie i grudniu.
Styczeń zaczęliśmy od porażki z Koroną Kielce, ale widać było zmianę - zupełnie inny poziom odporności zespołu. Wystarczyło poobserwować ich treningi na co dzień, żeby zauważyć tytaniczną pracę i dyscyplinę. Wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. I to jest właśnie mocna strona Marka Papszuna. Wie, jak obchodzić się z zawodnikami i jak reagować w sytuacjach kryzysowych. Przekazaliśmy mu wszystko, co powinien wiedzieć z wewnątrz klubu o rundzie jesiennej. Zabrał ze sobą na Łazienkowską zaufanych ludzi. Stworzyliśmy mu idealne środowisko do pracy i osiągania sukcesów. Uwielbiam jego styl prowadzenia zespołu, jest wręcz uszyty na miarę polskich realiów i fenomenalnie odnajduje się w tej lidze od lat. Zdarzają się nam różnice zdań, co jest zupełnie naturalne, ale finałem tych dyskusji zawsze jest rozwiązanie służące wyższemu dobru, czyli Legii.
Tylko, że z naszej perspektywy klub nadal nie wyciąga lekcji z przeszłości. Jesienią byliśmy świadkami identycznej sytuacji jak kilka lat wcześniej, kiedy zwolniono Czesława Michniewicza i zostawiono drużynę w rękach trenera rezerw przez dwa miesiące. Znów seryjnie traciliśmy punkty.
– Mówi pan o wydarzeniach sprzed czterech lat. Różnica w tym obecnym przypadku polegała na tym, że my mieliśmy konkretny plan i dążyliśmy do jego wdrożenia.

Rozumiem, że panu trudno o tę perspektywę, ale kibice pamiętają, że 2021 roku Dariusz Mioduski publicznie powiedział, że chce Marka Papszuna, że może na niego czekać – efekt był opłakany.
– Byliśmy przygotowani jesienią, żeby trener zaczął u nas pracę bardzo szybko. Finalnie było warto zaczekać. Patrząc dziś na nasz zespół – dokonaliśmy dużego postępu.
Przejdźmy do najbliższej przyszłości. Legia ściągnęła Zorana Arsenicia i Ivana Brkicia. Ilu jeszcze transferów latem możemy oczekiwać?
- Zazwyczaj na okno obieram strategię oscylującą wokół 3-4 transferów do klubu i tyle samo transferów wychodzących. Tym razem jednak ta liczba będzie większa. Jestem po prostu realistą. Nie należę do grona ludzi oderwanych od rzeczywistości, którzy wierzą, że absolutnie wszystko będzie składać się w idealny scenariusz tylko dlatego, że tak to sobie zaplanowaliśmy. Poza tym musimy zredukować rozmiar kadry. Znacznie zdrowiej jest wypełnić pozycje wychowankami własnej akademii. Nasz drugi zespół będzie występował w drugiej lidze. Jestem bardzo zbudowany faktem, że trener bardzo chętnie korzysta z usług tych chłopaków na treningach pierwszej drużyny.
Na pierwsze dwa tygodnie i na obóz przygotowawczy w Niemczech dołączy do nas kilku zdolnych wychowanków. To kluczowe, żeby na własne oczy zobaczyć, czy blisko czy gotowi by dołączyć do pierwszej drużyny na stałe i podjąć rywalizację. Z pewnością pomyślicie teraz: "jasne, powtarzają nam to samo od trzech czy czterech lat". Ale dopóki pełnię tutaj tę rolę, słowa dotrzymam. Właśnie dlatego błyskawicznie przedłużyliśmy kontrakty z Kovacikiem i Leszczyńskim. Wiedziałem, że ich obecne umowy wygasają w 2026 roku i powiedziałem: "Do cholery, o co tu chodzi? To świetni gracze, musimy ich natychmiast przedłużyć". Mamy także Jakuba Żewłakowa, który jest wielkim talentem i również widzi przyszlość w Legii, dlatego też podpisał nową umowę. Jestem absolutnie pewien, że z każdym miesiącem będzie otrzymywał coraz więcej minut w barwach Legii. Ale w jakiej skali? Odpowiedzi na to pytanie nie znam.
Po sezonie Legia straciła lidera środka pola – Juergena Elitima.
- Zdecydowały pieniądze. Będzie nam go brakowało, bo jest bardzo dobrym zawodnikiem. Trenerowi Papszunowi też będzie go brakować, bo bardzo go cenił, ale w tym momencie musimy obracać się w takich ramach finansowych, na jakie nas stać. W przyszłym roku gramy tylko w Ekstraklasie i Pucharze Polski, na tym musimy się skupić. Aspekt finansowy jest ogromnie ważny. Zapewne słyszeliście od Marcina Herry, że przed nami bardzo wymagający czas.

W zeszłym sezonie dysponowaliście budżetem o 40% większym niż wcześniej. Teraz macie do dyspozycji jakieś 5-6 milionów euro mniej.
- Ale to nie w tym leży problem. Liczby to nie wszystko. Trzeba też spojrzeć na to, ile pieniędzy zarobiliśmy na transferach wychodzących, a ile wydaliśmy. W zimie musieliśmy się dostosować, bo struktura klubu ulega zmianom. Wziąłem na siebie pełną odpowiedzialność za budżet, akademię, dział performance i analitykę. To dla mnie żaden problem, o ile mam wokół siebie odpowiednich ludzi. Latem zarobiliśmy solidną kwotę za zawodników, ale też zainwestowaliśmy. Jednocześnie wiemy, że wyzwania finansowe są duże.
Jak wygląda struktura pionu sportowego i sztabu drużyny przed nowym sezonem?
– Działamy jako trójkąt decyzyjny. Piotrek Zasada zostaje dyrektorem ds. skautingu i rekrutacji. Będzie w pełni kontrolował procesy skautingowe i funkcjonował pod moim nadzorem. Będziemy ściśle współpracować z trenerem Markiem Papszunem w trzyosobowym gronie.
Magdalena Woźnicka to z kolei kluczowa postać dla zawodników, działa często jako mój główny asystent. Zmiany dotknęły też strefy medycznej i motorycznej. Sztab pierwszej drużyny, fizjoterapeuci, dział atletyczny – to wszystko podlega teraz pod Michała Garnysa. Z kolei Bartosz Bibrowicz pełni rolę głównego koordynatora działu athletic performance. Zawodnicy z kontuzjami, gracze akademii, Legia Ladies oraz wszyscy inni fizjoterapeuci spoza pierwszej drużyny trafiają pod jego skrzydła. Pierwsza drużyna ma swój własny, autonomiczny pion.
Dokładnie opracowaliśmy strukturę obowiązków, każdy pracownik doskonale wie, za co odpowiada. Także z tego powodu zatrudniliśmy Marka Papszuna. Dla mnie było kluczowe, aby zburzyć strefę komfortu w ośrodku treningowym. Mamy fenomenalne warunki w Legia Training Center. Ale ludzie zbyt mocno osiedli na laurach. Trzeba było zadać sobie pytanie: czy zależy nam na ilości pracowników, czy na ich jakości? Dokonaliśmy cięć, zwolniliśmy część personelu, by stać się bardziej wydajnymi, również w piłce młodzieżowej.
Zawodnicy też popadli w tę strefę komfortu?
- Nie może być za wygodnie i za miło. Przyjeżdżali do ośrodka, zamykali się w swoich pokojach, nawet ze sobą nie rozmawiali. Teraz dostali całkowity zakaz używania smartfonów na kilka godzin przed i po zajęciach. Dzięki temu w końcu muszą ze sobą normalnie konwersować. Marek Papszun trafił z tym w dziesiątkę.

Dlaczego dyrektor akademii Marek Śledzi odszedł z klubu?
- Chciał odejść, to była jego suwerenna decyzja. Uszanowałem to i życzyłem mu wszystkiego najlepszego na nowej drodze. Pracował tu 3 lata, zbudował solidne fundamenty organizacyjne, za co mu podziękowałem. W procesie konstruowania akademii był prawdziwym mistrzem, ale mieliśmy rozbieżne wizje dotyczące operacyjnego działania i funkcjonowania tego obszaru. Z mojej perspektywy to nie było wystarczająco efektywne. Gdy odszedł, zobaczyłem w tym nie problem, ale ogromną szansę na wpuszczenie do akademii świeżej krwi. Zatrudniliśmy na to miejsce Bartłomieja Zalewskiego i jestem z tego niezwykle zadowolony, ale musimy mu dać czas.
Legia będzie teraz budować swój konkretny model gry czy pod trenera?
- Model gry bardzo często musi być po prostu adaptowany pod wizję aktualnego szkoleniowca. Wiedziałem, że Marek Papszun preferuje ustawienia 3-4-3 lub 3-5-2. Świetnie się z tym czuję, bo podobny system wdrażałem w Eintrachcie Frankfurt. Uwielbiam to, że daje nam to opcję gry na dwóch napastników. Wiele klubów na świecie odchodzi od gry jedną "dziewiątką" i wraca do tego rozwiązania.
Tworzymy dla Legii system, nową wewnętrzną "biblię". Nie mówimy tylko o samym modelu taktycznym, ale o wielkiej księdze zasad dla całego klubu, definiującej profile wszystkich pracowników, nie tylko piłkarzy. To będzie "Legijne DNA", którego najważniejszym nagłówkiem zawsze będzie: "Masz obowiązek wygrywać". Jeśli grasz w tym klubie, musisz być wybitnie odporny na presję.
Jakie pozycje najbardziej wymagają wzmocnień przed nowym sezonem?
– W trakcie poprzednich rozgrywek system uległ zmianie, dlatego np. zrezygnowaliśmy z Noaha Weisshaupta. Potrzebujemy piłkarzy na wahadła, którzy są w stanie pracować na całej długości boiska. Pracujemy nad odpowiednim balansem w kadrze. Musimy odmłodzić zespół na pewnych pozycjach. Mamy na przykład Pawła Wszołka, a za jego plecami powinien naciskać młody, głodny gry zawodnik. Dodatkowo brakuje nam chociażby lewonożnego środkowego obrońcy, to jest oczywiste dla każdego.
Wspomniał pan o młodych graczach. Kto z wypożyczonych piłkarzy akademii pojedzie na obóz? Szczepaniak, Olewiński i Zbróg?
– Ostateczne słowo zawsze należy do trenera po konsultacji ze sztabem. Część młodych chłopaków rozpocznie z nami pierwszy tydzień treningów na miejscu, potem zrobimy selekcję i część z nich poleci z zespołem na obóz przygotowawczy do Niemiec. Plan jest taki, że wymieniona trójka rozpocznie treningi z pierwszym zespołem.

W ostatnim sezonie Legia zakontraktowała 12 nowych graczy. Ilu z nich trafiło tu z raportów skautingowych a ilu z prywatnych poleceń?
– To zawsze jest miks obydwu tych dróg. Nie powiem z głowy dokładnych proporcji. W transfery przede wszystkim zaangażowany był Michał Żewłakow. Ja brałem udział w końcowych negocjacjach. Nie chcę powiedzieć, że byłem poza tym procesem – na przykład brałem także udział w rozmowach z Edwardem Iordanescu, choć to było głównie zadanie Michała. Powiedział, że chce go zatrudnić. Wykonałem kilka telefonów, sprawdziłem jego profil, osobowość - i szczerze - robiło to pozytywne wrażenie. Iordanescu jest dobrym trenerem. Wsparłem Michała, ale to była jego decyzja.
Proces transferowy zawsze wygląda tak samo: jeśli szef skautingu mówi "tak", trener również daje zielone światło, decyzja przechodzi na moje biurko. Od stycznia to ja podejmuję tę ostateczną decyzję transferową. Nawet jeśli wszyscy pozostali są na tak, ale ja mam wątpliwości lub nie spina nam się to budżetowo - transferu nie będzie. Z drugiej strony, jeśli ja i skauting widzimy potencjał, ale trener stwierdzi: "nie podoba mi się, u mnie nie pogra", to też po niego nie sięgniemy. To byłoby absurdalne. Decyzja musi zadowalać wszystkie kluczowe strony.
Jak często otrzymujecie od agentów „dziwne” oferty? Chodzi o propozycje sprowadzenia graczy z dużym nazwiskiem, np. z przeszłością w Premier League, którzy dawno minęli swój prime.
- Gdybym teraz odblokował swój telefon, pokazałbym, że każdego dnia spływa do mnie od 50 do 100 wiadomości od agentów na WhatsAppie, iMessage czy mailu. Piszą mi: "Mam gościa, grał w Lidze Mistrzów, chce teraz u was zarabiać tylko 24 tysiące euro miesięcznie". Odpowiadam: "Super, bierzemy!". Wtedy słyszę, że on owszem, przyjdzie za darmo, ale w sumie to już nie potrafi biegać (śmiech).
Z takimi ofertami trzeba uważać, chociaż czasami warto podjąć ryzyko. Ściągnąłem do Eintrachtu Kevina-Prince'a Boatenga. Wszyscy pukali się w głowę i twierdzili, że on zaraz złapie kontuzję od samego kichnięcia. A po roku wygraliśmy Puchar Niemiec, był naszą kluczową postacią i odszedł do Włoch a później trafił do Barcelony.
Ostatnim razem, gdy po fatalnym sezonie Legia nie grała w Europie, zdobyliśmy Puchar Polski i zajęliśmy drugie miejsce w lidze. Czy w przyszłym sezonie taki cel jest w ogóle realny?
- Byłoby nieźle. Zrozumiałe, że teraz wszyscy dookoła mogą ubolewać nad faktem, że jednak w tej Europie nie zagramy. Ja zresztą też tego żałuję, bo gra w europejskich pucharach to świetna sprawa, niezależnie od rozgrywek. To niesie za sobą nie tylko benefity czysto finansowe, ale buduje też nasz wizerunek na arenie międzynarodowej. Legia to wciąż niezwykle potężna marka. Kiedy podróżuję po kontynencie i mówię ludziom, że pracuję w Legii, słyszę: "O, Legia, wielki klub". I ja z dumą przytakuję: tak, wielki klub, wspaniała marka, a do tego fantastyczni kibice.

O co gra Legia w nadchodzącym sezonie?
- Chcemy bez reszty podążać wytyczoną ścieżką, z którą ruszyliśmy w styczniu. Mamy przejrzystą strukturę w drużynie, znakomitego szkoleniowca i świetny sztab. Wszyscy trzymają się razem i mogą skupić się na pracy z tygodnia na tydzień. Taki mikrocykl "tydzień po tygodniu" to dla nas pewna nowość. Przypominam tylko, że w zeszłym sezonie do końca sierpnia mieliśmy w nogach aż 16 rozegranych spotkań. W całej pierwszej rundzie zebrało się ich bodajże 34. Teraz będziemy mogli całkowicie skupić się na jednym celu i absolutnie nie mam nic przeciwko temu. Oczywiście, najłatwiej jest składać buńczuczne deklaracje, że chcemy wygrać i puchar, i mistrzostwo…. Czasami po prostu nie powinniśmy robić wokół siebie tyle szumu. Niemniej zasada, którą powtarzałem wielokrotnie, pozostaje u nas niezmienna: mamy obowiązek wygrywać. Wiemy, jakie są względem nas oczekiwania na zewnątrz i na trybunach, ale my też sami od siebie wymuszamy presję wyniku. Takie jest nastawienie wewnątrz całego klubu.
Podkreślałem wcześniej kwestię zburzenia "strefy komfortu", bo klub faktycznie odrobinę w nią wpadł. Sytuacja wymaga od nas czujności, bo coraz więcej naszych ligowych rywali wykonuje naprawdę dobrą robotę. Trzeba im oddać szacunek, wyciągnąć jednak z siebie nasze największe atuty i realizować to nasze żelazne założenie o wygrywaniu. Mentalność to podstawa, a tę z biegiem czasu po prostu powoli się traci. Widzimy to też na przykładzie innych dużych europejskich firm. Może nie z tych z topowych pięciu lig, ale wielkich marek, które również zatraciły gen zwycięzców.
Kiedyś wszystko szło jak z płatka: dopisywaliśmy kolejne mistrzostwa do gabloty, uciekając reszcie stawki. Dziś różnice drastycznie się zatarły. Wiele klubów zyskało nowych, majętnych właścicieli, gotowych do sypania groszem. Niektórzy zarządzają swoimi środkami bardzo inteligentnie i my też musimy operować w przemyślany sposób. Inni jednak, wcale nie tak znowu daleko stąd, radzą sobie z tym znacznie gorzej i na sam koniec dnia wyrzucają ogromne pieniądze w błoto.
Czy to, że Legia nie zagra jesienią w Europie, bardzo utrudnia teraz negocjacje i ściąganie nowych piłkarzy?
– W ogóle tak nie uważam. Z prowadzonych przez nas aktualnie rozmów z zawodnikami jasno wynika, że oni nadal widzą w transferze do nas ogromny potencjał, choć Europa naturalnie jest tu silnym argumentem. Nasz najważniejszy problem polega teraz w dużej mierze na tym, że po prostu nie możemy przeznaczać dużych kwot na rynku transferowym.
W przestrzeni medialnej pojawiły się niedawno informacje jakoby górnym pułapem na kontrakt była kwota ok. 300 tysięcy euro rocznie. O takich zawodników zabiegacie?
- Mówicie o tych słynnych slajdach! To nie był nasz układ graficzny, natomiast przetoczyło się potem wiele dyskusji. W porządku, niech żyje to swoim życiem. Odpowiadając na obawy – uspokajam, znajdziemy bez problemu wartościowych piłkarzy na rynku. Dla mnie obecna sytuacja wymusza poniekąd solidną konsolidację. Z perspektywy czasu można wiele zyskać i mocno urosnąć, szczególnie ze strony finansowej.
Zachłysnęliście się coroczną grą w pucharach?
– Operowaliśmy na pewnym ryzyku. Powtarzam: nie ma tu powodów do zasiewania jakiejś paniki, aczkolwiek sytuacja wymaga od nas ostrożności. Musimy jako organizacja trzymać się mocno razem, dotyczy to także naszej relacji i transparentności wobec kibiców. Korzystając z okazji, jestem im nieprawdopodobnie wdzięczny i chcę by to mocno wybrzmiało. Odegrali w minionym sezonie ogromnie ważną rolę, zwłaszcza kiedy wspierali nas pomimo słabej końcówki roku. Generowali na stadionie kapitalną atmosferę, dali z siebie wszystko. Mam do nich pełne zrozumienie, wiem, dlaczego w grudniu aż tak buzowała w nich frustracja. Mimo tych dołków rozpiera nas duma, że za klubem stoją tacy fanatycy. Jako klub musimy jednak uderzyć się w pierś i po prostu przeprosić.
To był sezon naznaczony potężnymi huśtawkami nastrojów, wzlotami i bolesnymi upadkami. Teraz nie pozostaje nam nic innego, jak skumulować dobrą energię z ostatnich miesięcy. Błędem byłoby założenie, że od teraz wszystko kręci się świetnie i wystarczy tylko patrzeć jak maszyna sama funkcjonuje. Absolutnie nie tędy droga. Przed nami wiele pracy, bo Legia to naprawdę wielka, wymagająca organizacja.
Rozmawiał Wojciech Dobrzyński
