Jesienny kryzys Legii Warszawa, zwieńczony fatalną serią dwunastu meczów bez zwycięstwa, na długo pozostanie w pamięci kibiców. Choć z boku mogło to wyglądać na nagłe załamanie formy, dyrektor sportowy klubu, Fredi Bobić, przyznaje, że sygnały ostrzegawcze dotyczące trenera Edwarda Iordanescu pojawiały się znacznie wcześniej. Kluczowym czynnikiem okazało się psychiczne i fizyczne wycieńczenie szkoleniowca.
"Wyglądał na zmęczonego" - dyrektor o byłym trenerze Legii
Według relacji dyrektora sportowego, pierwsze poważne problemy zdiagnozowano już na początku października. Prowadzenie Legii w wymagającym rytmie gry co trzy dni okazało się dla rumuńskiego trenera zbyt dużym obciążeniem.
– Od początku października trener dawał powody do niepokoju. Wyglądał na zmęczonego. Mieliście rację, pisząc, że przychodził w tej sprawie do Michała Żewłakowa. Rozmawialiśmy o tym we trójkę, zastanawiając się, czy to w ogóle ma sens, żeby u nas zostawał. To wszystko bardzo nas zaskoczyło – opowiada Fredi Bobić w rozmowie z Legionisci.com.
Mimo że pion sportowy po awansie do fazy ligowej Ligi Konferencji próbował motywować Iordanescu do dalszej pracy i nie planował zmiany na stanowisku szkoleniowca, zmęczenie trenera zaczęło przekładać się na jego codzienne funkcjonowanie oraz decyzje boiskowe. Czarę goryczy przelał niespodziewany przebieg wydarzeń wokół meczu z Samsunsporem.
– Zachowanie trenera, decyzje personalne zdumiały wszystkich. Nikt nie rozumiał, co on robi. To był zły sygnał dla otoczenia i dla każdego w klubie. Dyskutowaliśmy o tym wewnątrz. Jasnym stało się to, że musimy poszukać kogoś innego i że to tylko kwestia czasu – tłumaczy Bobić.
Ostateczną decyzję o rozstaniu i zakończeniu współpracy przyspieszyła porażka w Pucharze Polski z Pogonią, po której klub musiał zareagować. Następstwem tej decyzji był trudny, trwający siedem tygodni okres przejściowy pod wodzą Inakiego Astiza, podczas którego zmęczona i sfrustrowana szatnia nie zdołała wygrać 12 spotkań z rzędu.
