Przyszedł do Legii bez wielkiego rozgłosu, ale błyskawicznie udowodnił swoją wartość między słupkami. Kibice wybrali go najlepszym zawodnikiem ubiegłego sezonu, w pierwszym meczu nowego także został najwyżej oceniony. O rywalizacji Ivanem Brkiciem, zmianie mentalności w obliczu presji, lekcjach wyniesionych z węgierskiej Kisvárdy oraz o tym, dlaczego Legia okazała się jeszcze większym klubem, niż początkowo zakładał. – „Gdy grasz w takich barwach, cel na każdy rok może być tylko jeden: mistrzostwo” – deklaruje Otto Hindrich.
Hindrich: Chcę zdobyć z Legią mistrzostwo
Do Warszawy trafiałeś pierwotnie jako ten drugi, tymczasem niezwykle szybko wskoczyłeś do pierwszego składu i zostałeś numerem jeden. Spodziewałeś się, że ten awans nastąpi w tak ekspresowym tempie?
Otto Hindrich: - Przychodząc do Legii, miałem bardzo otwartą głowę. Brałem pod uwagę każdy scenariusz – zarówno taki, że będę musiał poczekać na swoją szansę na ławce, jak i ten, że wejdę do bramki od razu. Moje nastawienie było proste: zrobić absolutnie wszystko, co zależy ode mnie, i być w stu procentach gotowym, gdy tylko trener i drużyna będą mnie potrzebować. I to się opłaciło.
Nad jakimi elementami rzemiosła bramkarskiego pracowałeś najmocniej w ostatnim miesiącu?
- Moim zdaniem w każdym elemencie gry mam jeszcze bardzo dużo do poprawy i sam mam w sobie ogromny głód pracy. Trener Maciej Kowal mocno mnie naciska na treningach, dzięki czemu widzę u siebie stały progres.
Gra nogami to jeden z tych kluczowych aspektów, który musiałeś mocniej szlifować?
– Zdecydowanie gra nogami jest jednym z nich. Ale mówiąc zupełnie szczerze, każdy element wymaga dalszego rozwoju. Nie zamierzam opowiadać bajek, że jestem już w pełni ukształtowanym, kompletnym bramkarzem. Cały czas się uczę.
Czym różni się gra w bramce Legii Warszawa od Twoich występów w poprzednich klubach?
– W Warszawie wymagania wobec bramkarza są zdecydowanie większe. Sztab i drużyna oczekują od nas znacznie aktywniejszego udziału w rozegraniu i asekuracji. Na koniec dnia jednak moje główne zadanie pozostaje niezmienne: masz bronić strzały, zachować czyste konto z tyłu i pomóc drużynie wygrać mecz. Niezależnie od taktyki, na całym świecie chodzi o to samo.
Kiedy usłyszałeś, że do Legii Warszawa dołącza Ivan Brkić, jaka była Twoja pierwsza myśl?
- Będę szczery: to był niezwykle ważny moment naszego poprzedniego sezonu. Byliśmy w samym środku walki o utrzymanie, a potem o jak najwyższe miejsce w tabeli na koniec, więc szczerze mówiąc, nie miałem nawet czasu głębiej się nad tym zastanawiać. Całą energię i skupienie kierowałem wyłącznie na to, co mieliśmy do zrobienia na murawie.
Wiadomo jednak, jak to wygląda w sporcie. Każdy zawodnik mówi, ze przychodzi do klubu, żeby grać, a nie oglądać innych ławki rezerwowych.
- Oczywiście. Jako sportowcy zawsze chcemy dla siebie jak najlepiej. Chcemy grać w wyjściowym składzie, chcemy rywalizować na najwyższym poziomie i to właśnie to parcie do przodu czyni nas profesjonalistami.
Jak oceniasz waszą bezpośrednią rywalizację z Brkiciem podczas tych przygotowań?
- To bardzo dobra, zdrowa rywalizacja. Myślę, że przynosi ona ogromne korzyści nam obu. Twarda konkurencja wyciąga z każdego z nas to, co najlepsze. Pracujemy mocno, a to, kto ostatecznie stanie między słupkami, zweryfikuje boisko.
Czy Ty i Ivan jesteście w szatni jak ogień i woda? Macie przecież skrajnie różne osobowości.
- Absolutnie nie, nie ma między nami żadnych zgrzytów. Doskonale się rozumiemy i nadajemy na tych samych falach. Obaj wiemy, że nie pracujemy przeciwko sobie, ale po to, by wzajemnie dokręcać sobie śrubę na treningach. Staliśmy się naprawdę dobrymi kolegami z zespołu.

W szatni Legii uchodzisz za człowieka niezwykle opanowanego, który nie mówi za wiele i waży słowa. Czy bramkarz wcale nie musi być boiskowym szaleńcem, żeby odnosić sukcesy?
– Myślę, że każdy ma prawo wybrać własną drogę i styl bycia na boisku. Dla mnie ten naturalny spokój okazał się czymś, co świetnie się sprawdza. Uważam to wręcz za jedną ze swoich największych zalet.
Twój były trener wspominał, że z trójki bramkarzy, których prowadził, to Ty miałeś największego pecha podczas gierek treningowych. Notorycznie obrywałeś piłką w twarz, ale kiedy tylko krew lała Ci się z nosa, mówiłeś: „No, teraz mnie wkurzyliście, teraz wam pokażę”. Wygląda na to, że pod tą łagodną maską kryje się prawdziwy wojownik.
– (śmiech) Tak, myślę, że ten opis idealnie trafia w sedno. To jest moja siła – na zewnątrz potrafię zachować absolutny spokój i zimną krew, ale w środku jestem gotowy do walki w każdej sekundzie. Będę gryzł trawę. Nie odpuszczę nikomu do ostatniej kropli krwi.
Czy presja związana z grą o najwyższe cele i trofea jest przyjemniejsza niż ta, którą czuje się, walcząc o utrzymanie?
- Zdecydowanie tak. Jeśli potrafisz zaakceptować presję i przekuć ją w motywację, to każdy jej rodzaj staje się Twoim sprzymierzeńcem. Ale walka o trofea smakuje zupełnie inaczej.

Po udanej rundzie wiosennej pojawiły się zapytania z innych lig. Myślisz już o kolejnym kroku, czy na razie skupiasz się wyłącznie na Warszawie?
- Zupełnie nie zaprzątałem sobie głowy tymi plotkami. Niezależnie od tego, czy zapytania były formalne, czy nie – ja wyjechałem na urlop z jedną myślą: wracam do Warszawy, bo chcę zdobyć z Legią mistrzostwo. Tylko to się liczyło.
Za Tobą także debiut w seniorskiej reprezentacji Rumunii. To był kamień milowy w Twojej karierze?
- Ogromny krok naprzód. Pracowałem na to niesamowicie ciężko przez wiele lat. To było moje wielkie marzenie i kiedy w końcu stało się faktem, poczułem olbrzymią dumę.
Już za trzy miesiące reprezentacja Rumunii zagra z Polską na Stadionie Narodowym w Warszawie. To będzie dla Ciebie wyjątkowy mecz?
- Bardzo! Niezwykle mocno chciałbym zagrać w tym spotkaniu, na stadionie w mieście, w którym mieszkam na co dzień. To byłoby coś niesamowitego.
Jak to się stało, że zostałeś bramkarzem?
- Moim największym idolem z dzieciństwa, który sprawił, że w ogóle zakochałem się w bronieniu, był Iker Casillas. Ma zupełnie inne warunki fizyczne i profil gry niż ja, ale to na nim się wzorowałem.
Niektórzy eksperci wypominali Ci, że podczas pobytu na Węgrzech miewałeś momenty, w których nie radziłeś sobie z presją. W Warszawie tego zupełnie nie widać. Jak z perspektywy czasu oceniasz tamten okres?
- Pobyt w Kisvárdzie był momentem zwrotnym, w którym tak naprawdę dopiero nauczyłem się radzić sobie ze stresem. Będę szczery – to był dla mnie bardzo trudny czas. Nie tylko ze względu na samą presję na boisku, ale też przez całe otoczenie, które... cóż, nie nazwałbym go najbardziej sprzyjającym czy przyjaznym dla młodego zawodnika. Z perspektywy czasu widzę jednak, że to doświadczenie bardzo mi pomogło. Przeszedłem tam twardą szkołę życia, nauczyłem się wychodzić z trudnych sytuacji i jestem za tę lekcję wdzięczny. Dzisiaj z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że presja już mnie nie dotyka w ten sposób.

Jak udało Ci się tak diametralnie zmienić to nastawienie mentalne? Robiłeś coś konkretnego w tym kierunku?
- Kluczem była całkowita zmiana percepcji. Kiedyś myślałem, że presja to coś, co ciągnie mnie w dół, co paraliżuje i sprawia, że będę grał gorzej. Przełom nastąpił, gdy zrozumiałem, że presja nie jest moim wrogiem. Ona jest po to, żeby wycisnąć z nas absolutne maksimum i zmusić do wejścia na wyższy poziom.
Co zaskoczyło Cię najbardziej, gdy trafiłeś do Legii i zderzyłeś się z polską Ekstraklasą?
- Z boku Legia wyglądała na wielki klub, ale na miejscu okazała się jeszcze większa, niż sądziłem. Wszystko - od bazy treningowej, przez organizację, ludzi pracujących w klubie, aż po samą otoczkę i siłę marki - stoi na najwyższym europejskim poziomie. A co do samej Ekstraklasy... spodziewałem się fizycznej ligi, ale rzeczywistość i tak przerosła moje oczekiwania. Walka na boisku jest niezwykle twarda.
Wielu obcokrajowców po transferze do Polski mówi dokładnie to samo.
- Tak, intensywność i twarda, fizyczna gra to tutaj standard. Musiałem szybko do tego przywyknąć.
A jak odnajdujesz się w samej Warszawie? Miałeś już okazję trochę pozwiedzać?
- Oczywiście, staram się w wolnym czasie poznawać miasto i zobaczyłem już naprawdę sporo miejsc. Jak na moje standardy Warszawa jest wręcz niezwykle ogromna, ale zdążyłem się już w niej zadomowić i bardzo dobrze mi się tu żyje.

Twój agent bez przerwy powtarza Ci jak mantrę: „Jesteś mistrzem, jesteś mistrzem”. Czy te słowa rzeczywiście stały się dla Ciebie tak ważne?
- Tak, to prawda. Te słowa stały się fundamentem mojej pewności siebie. Choć wciąż jestem młodym zawodnikiem, miałem już w swojej karierze momenty naprawdę trudne. Bywały chwile, kiedy nie widziałem światełka w tunelu. On wtedy nie pozwalał mi zwątpić. Powtarzał, że mam budzić się każdego dnia z myślą, że jestem mistrzem. Masz trenować jak mistrz, zachowywać się jak mistrz i robić wszystko na sto procent. To zmieniło moje podejście.
Może w takim razie zostaniesz mistrzem Polski? Kiedy przychodziłeś do Warszawy, Legia miała za sobą trudniejszy okres, ale podpisałeś długi kontrakt wierząc, że ten klub szybko wróci na tron.
- Dokładnie tak. Kiedy zakładasz koszulkę takiego klubu jak Legia, walka o mistrzostwo Polski musi być Twoim celem w każdym kolejnym sezonie. Nie ma miejsca na inne kalkulacje.
Rozmawiał Woytek
