Cztery dni po meczu pucharowym, ponownie przyszło nam jechać do Lublina, tym razem na mecz, którego stawką były ligowe punkty. Wysoka porażka we wtorek ani trochę nie zmniejszyła zainteresowania tym, jakby nie patrzeć, bliskim wyjazdem. Ponownie chętnych do wspierania Legii na wyjazdowym szlaku było znacznie więcej aniżeli miejsc w lubelskiej klatce, szczególnie po zeszłorocznej jej zmniejszeniu.
Relacja z trybun: Szalona radość w doliczonym czasie
Nieco ponad 4 godziny przed rozpoczęciem spotkania nasza kawalkada ruszyła w trasę trasą ekspresową na Lublin. Podróż przebiegała sprawnie aż do samego miasta. O ile we wtorek dojazd pod stadion przebiegał bardzo sprawnie, to w sobotni wieczór dojazd w okolice stadionu dłużył się bardzo. Policja nie torowała drogi dla przyjezdnych, więc staliśmy w korku wraz z miejscowymi kierującymi się także w stronę lubelskiej areny. Nasz samochody tak jak ostatnio zostawiliśmy zarówno na parkingu ogrodzonym bezpośrednio przy klatce, jak i na pobliskiej łące.
Trzeba przyznać, że wpuszczanie na sektor gości przebiegało niezwykle sprawnie, dzięki czemu prawie wszyscy wyrobili się na pierwszy gwizdek sędziego. Szczególnie, że ten został delikatnie opóźniony, przez pirotechnikę odpaloną przez Motor (klub). Otóż Motorowcy na początek odpalili świece dymne - takie, jakie Legia (klub) odpala po zwycięskich meczach przy Ł3 wzdłuż trybuny Deyny. A wiatr sprawił, że żółty dym jeszcze parę minut unosił się nad murawą, dając szansę spóźnialskim na zajęcie miejsc na trybunach. Cała nasza grupa, licząca 785 osób, ubrana była tym razem na czarno. W klatce wywiesiliśmy 6 flag: Legioniści, Mocno Legia, Ultras Legia, Legia Warszawa, Osiedlowa (RR) oraz (L) w wieńcu laurowym.

Gospodarze wypełnili stadion do ostatniego miejsca - na trybunach pojawiło się 15,2 tys. kibiców. Motorowcy w młynie wywiesili m.in. płótno zaprzyjaźnionego Śląska. W I połowie w młynie machali kilkunastoma flagami na kijach, później je zwinęli.

Przed meczem ryknęliśmy w stronę naszych piłkarzy - "Hej Legio, jazda z k...!", wierząc, że ci zrewanżują się lublinianom za dotkliwą porażkę w Pucharze Polski. Bluzgów w dalszej części meczu było niewiele i to z obu stron. Rozpoczęliśmy z wysokiego C, głośnym "Hitem z Wiednia". Około 30. minuty, po dwóch świetnych interwencjach naszego bramkarza, skandowaliśmy imię i nazwisko Otto Hindricha, który w tym sezonie uratował nam już kilka punktów. I jak się później okazało, także tego dnia przyczynił się do zdobyczy punktowej Legii. Było także kilka słów nt. wroga nr 1 - "Zawsze i wszędzie policja j... będzie", a także pojawiły się pozdrowienia dla braci po drugiej stronie muru ("Pozdrowienia do więzienia"). Kiedy ochrona wyprowadzała z sektora gospodarzy jednego z kibiców (jak się później okazało kibica Legii), skandowaliśmy niemal natychmiast "Hej k...o, zostaw kibica!".
Nasz doping stał na bardzo, bardzo dobrym poziomie, bez względu na sytuację boiskową. Wszyscy doskonale wiedzieli w jakim celu znaleźli się w naszym sektorze i trzeba przyznać, że nasz śpiew doskonale niósł się po stadionie. W I połowie na pewno świetnie wychodziła nam pieśń "Warszawska Legio zawsze o zwycięstwo walcz". Niespodziewanie w końcówce I połowy legioniści zdołali wyjść na prowadzenie, po rzucie karnym wykonywanym przez Augustyniaka.

W pierwszych minutach drugiej połowy zaprezentowaliśmy racowisko (ponad 50 szt.) wraz z flagami na kijach, śpiewając "Do boju Legio marsz". Motor w dość krótkim odstępie czasu, pomiędzy 65. a 68. minutą strzelił dwie bramki i wyszedł na prowadzenie. Po wyrównującym golu miejscowi zaczęli trochę kozaczyć, skandując "Jazda z k...", a chwilę później, skandowali "Jeszcze jeden". My zaś nie zamierzaliśmy ani na chwilę zwalniać tempa i liczyliśmy, że pomożemy w wywalczeniu przynajmniej punktu. "Hej Legia gol" - niosło się po chwili. Później, kiedy cały nasz sektor pozbył się koszulek, ryknęliśmy przez dobrych kilka minut - "Nie poddawaj się ukochana ma...". "Legia walcząca, Legia walcząca do końca" - staraliśmy się motywować piłkarzy. I ci zdobyli wyrównującą bramkę podczas pieśni "Do boju Legio marsz, zwycięstwo czeka nas...".
Do regulaminowego czasu doliczono aż 13 minut (w dużej mierze ze względu na przerwę w grze spowodowaną brakiem łączności sędziów). "Jedziemy do końca, jak dzicy, jak pierd...ci! Do końca!" - motywował wszystkich "Staruch". "Legia, Legia Warszawa" - przez kilka minut śpiewaliśmy z całych sił, a nasz wysiłek został nagrodzony, bowiem Jakub Żewłakow zdobył gola na 3-2, wprawiając nas w istną ekstazę. Zapanowało trudne do opisania szaleństwo! Ale nie milkliśmy nawet na moment, śpiewając tę pieśń już do końca. Z kolei trybuny gospodarzy (proste) niemal natychmiast po trzeciej bramce zaczęły pustoszeć. "Hej k... coście tak cicho?!" - ryknęliśmy w stronę jakoś markotnych Lublinian. Tych samych, którzy chwilę wcześniej byli w zupełnie innych nastrojach.

"Powiedz, czy boli, jak Legia w d... pier...?!" - pytano następnie gospodarzy. Tradycyjnie już ci z sektorów najbliżej klatki zaczynali kozaczyć na odległość, więc nasłuchali się przyśpiewek właśnie na tę okazję. Dość szybko opustoszał także młyn Motoru. My zaś mogliśmy z piłkarzami świętować wygraną. Najpierw cały nasz sektor zajął miejsca na krzesełkach, zawodnicy kucnęli na murawie przy naszym sektorze, a bębniarze zaczęli wybijać rytm na bębnach. Na znak "Starucha", ryknęliśmy wszyscy razem - "Gdybym jeszcze raz, miał urodzić się...". Skandowaliśmy także głośno "Dziękujemy, dziękujemy!", a następnie zaśpiewaliśmy jeszcze wspólnie "Warszawę". Na koniec strzelec dwóch bramek - Kuba Żewłakow został desygnowany przez drużynę do zadania pytania w naszym kierunku "Kto wygrał mecz?!".

Nieco ponad pół godziny musieliśmy odczekać na trybunach na otwarcie bram, później jeszcze ze 20 kolejnych minut na możliwość wyjazdu z parkingu. Do Warszawy wróciliśmy przed drugą w nocy. A za tydzień czeka nas kibolski klasyk, festiwal nienawiści numer jeden, czyli mecz przy Ł3 z Widzewem. Przed spotkaniem zapraszamy do baru kawowego Źródełko na kolejny kibicowski kiermasz gadżetów.
Frekewencja: 15 200
Kibiców gości: 785
Flagi gości: 6
Autor: Bodziach
