Do końca; obrona z podwórka; tak powinien wyglądać pressing; duch; Kubuś! to najważniejsze punkty po sobotniej wygranej Legii Warszawa na wyjeździe z Motorem Lublin 3-2.
Punkty po meczu z Motorem Lublin
1. Do końca
Walki do samego końca w wielu meczach Legii nie można odmówić. To jedna z niewielu rzeczy, które naprawdę dobrze wyglądają w tym sezonie. Jeśli spojrzymy zarówno na mecze Legii, jak i Rakowa, trudno uznać za przypadek, że oba zespoły prowadzone przez Marka Papszuna potrafiły ratować wynik albo odwracać losy spotkania właśnie w ostatnich minutach.
W drużynie ze stolicy takich sytuacji było aż dziewięć, jeśli doliczymy również późne gole Kuby Żewłakowa w meczu z Motorem. Wcześniej Antonio Čolak dwukrotnie trafiał w końcówkach - przeciwko Arce Gdynia, ratując remis 2-2, oraz przeciwko Lechii Gdańsk, gdzie jego gol pomógł odwrócić losy spotkania i dał Legii zwycięstwo 2-1. Trzy takie bramki zdobył Rafał Adamski - na wagę zwycięstwa 1-0 z Widzewem Łódź, przy wyniku 3-1 z Zagłębiem Lubin oraz w końcówce spotkania ze Śląskiem Wrocław, kiedy jego trafienie dało Legii remis 1-1. Raz w samej końcówce trafił również Zoran Arsenić, zapewniając Legii zwycięstwo nad Pogonią Szczecin.
I kiedy zbierzemy to wszystko do kupy, wychodzi nam aż 14 punktów, które Legia zdobyła dzięki bramkom strzelanym w końcowych fragmentach spotkań. To naprawdę dużo. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na to, jak Legia wyglądała w tych meczach przed decydującymi minutami. Nie możemy udawać, że za każdym razem była to drużyna dominująca przeciwnika, która po prostu cierpliwie czekała na swoją okazję. W wielu przypadkach legioniści grali przeciętnie albo wręcz słabo, a mimo to potrafili wcisnąć rywalowi gola w końcówce.
I właśnie za to należy się szacunek. Bo możemy krytykować sposób gry, schematy, brak jakości czy błędy w defensywie, ale charakteru tej drużynie w wielu spotkaniach odmówić po prostu nie można. Zespół potrafi walczyć do ostatniego gwizdka i nie odpuszczać nawet wtedy, gdy mecz kompletnie się nie układa.
Idealnym przykładem jest właśnie spotkanie z Motorem. Legia nie wyglądała w nim dobrze. Wręcz przeciwnie - wyglądała bardzo źle. Ponownie mieliśmy ogromny problem ze stwarzaniem sytuacji, w ofensywie brakowało pomysłu, a nasza obrona momentami wyglądała tak, jakby została zebrana przypadkowo na boisku podwórkowym. Do tego jeszcze wrócę, bo defensywa zasługuje na osobny fragment. A jednak, mimo tego wszystkiego, Legia ponownie znalazła sposób, żeby w końcówce przepchnąć ten mecz.
Tak, używam słowa „przepchnąć” całkowicie świadomie. Bo inaczej trudno to nazwać. Nie była to wielka piłkarska dominacja. Nie był to mecz, w którym Legia przez 90 minut pokazywała, że jest zespołem zdecydowanie lepszym od Motoru. To była walka, determinacja i próba wyszarpania czegokolwiek do samego końca. I choć sposób, w jaki Legia to robi, często pozostawia wiele do życzenia, to charakter w końcówkach jest jednym z największych pozytywów tego sezonu.
Teraz tylko trzeba sprawić, żeby tego charakteru nie trzeba było wykorzystywać co tydzień do ratowania spotkań, które wcześniej samemu sobie komplikuje.
2. Obrona z podwórka
W meczu z Motorem swoją szansę od pierwszych minut dostał Zoran Arsenić, który zastąpił Roberta Deziela. I trzeba powiedzieć wprost, nie był to dobry występ doświadczonego zawodnika. To właśnie Arsenić poślizgnął się przy drugiej bramce dla Motoru i niepewnie interweniował w tej sytuacji.
Tyle tylko, że patrząc na to, co w tym spotkaniu wyprawiali Rafał Augustyniak czy Arkadiusz Reca, występ Arsenicia nie był nawet największym problemem Legii. I tutaj muszę być sprawiedliwy wobec Augustyniaka. Wiem, że wiele osób będzie go broniło, bo przecież to właśnie on pewnie wykorzystał rzut karny, a do tego dwukrotnie świetnymi wślizgami zablokował uderzenia zawodników Motoru. Tego mu nie odbieram. Były momenty, w których pomógł zespołowi. Ale to również on zawalił przy dwóch bramkach Motoru.
Przy pierwszej nie potrafił odpowiednio powstrzymać Karola Czubaka i przede wszystkim kompletnie nie kontrolował go w powietrzu. Mam wrażenie, że Augustyniak po prostu zbyt słabo zaatakował tę piłkę i nie zrobił wystarczająco dużo, aby utrudnić napastnikowi Motoru oddanie strzału. Co więcej, w pierwszej połowie miał już na koncie podobny błąd, który aż prosił się o określenie go mianem błędu z podwórka. Nie wyskoczył do główki z Ronaldo, a tylko świetna interwencja Otto Hindricha uratowała wówczas Legię przed stratą gola.
I właśnie tutaj zaczyna się problem. Bo to nie jest jeden przypadek. To nie jest pojedyncze potknięcie, które możemy zrzucić na gorszy dzień. To już kolejny mecz, w którym Augustyniak popełnia błędy mające bezpośredni wpływ na sytuację Legii.
A to, co zrobił przy drugiej bramce Motoru, jest już naprawdę trudne do wytłumaczenia. Doświadczony środkowy obrońca powinien w takiej sytuacji przede wszystkim kontrolować piłkę i przeciwnika. Tymczasem Augustyniak zachował się tak, jakby kompletnie nie wiedział, co dzieje się za jego plecami. Mam wrażenie, że wręcz pozwolił piłce przejść, być może zakładając, że za chwilę przejmie ją Otto Hindrich albo Kamil Piątkowski. Tylko że ani jeden, ani drugi tego nie zrobił. I nagle z pozornie niegroźnej sytuacji zrobiła się akcja bramkowa. Naprawdę trudno mi zrozumieć, jak tak doświadczony zawodnik może tak słabo kontrolować zarówno piłkę, jak i rywala.
Jasne, takie błędy mogą zdarzyć się każdemu. Gdyby zrobił to junior, który rozgrywa pierwszy czy drugi mecz w seniorskiej piłce, można byłoby powiedzieć: brak doświadczenia, wyciągamy wnioski i jedziemy dalej. Gdyby był to pierwszy błąd Augustyniaka od kilku miesięcy, również można byłoby go potraktować jako wypadek przy pracy. Tylko że tutaj mamy zupełnie inną sytuację. To już kolejny mecz z rzędu, w którym Augustyniak jest zamieszany w utratę bramki przez Legię.

I dlatego zaczynam się zastanawiać, czy trener Marek Papszun tego po prostu nie widzi, czy może nie chce tego widzieć. Bo mam wrażenie, że kiedy błąd popełnia młody zawodnik, reakcja przychodzi bardzo szybko i taki piłkarz ląduje na ławce. Kiedy natomiast zawodzi zawodnik bardziej doświadczony, margines błędu jest zdecydowanie większy. Młody może zawalić i szybko stracić miejsce w składzie. Starszy może zawalić kilka razy i nadal dostaje kolejną szansę. A przecież doświadczenie powinno oznaczać również większą odpowiedzialność.
Najlepszym podsumowaniem problemów kadrowych w obronie było zresztą wejście Arkadiusza Recy za Arsenicia. To było dramatyczne wejście, które nie wniosło praktycznie nic, a momentami mogło przynieść Legii kolejne problemy. Nie rozumiem, jak klub oraz sztab szkoleniowy mogą nie widzieć, że ta formacja potrzebuje wzmocnienia na wczoraj.
Nie kolejnego zawodnika do szerokiego składu. Nie kogoś, kto będzie jedynie uzupełnieniem kadry. Potrzebny jest stoper, który realnie podniesie poziom tej defensywy i będzie w stanie rywalizować o miejsce w podstawowym składzie.
Na papierze Legia ma pięciu środkowych obrońców. Tylko co z tego, skoro tak naprawdę dwóch wygląda na zawodników, na których można obecnie względnie spokojnie liczyć? Kamil Piątkowski i Otto Hindrich nie będą przecież w nieskończoność przykrywać wszystkich problemów tej formacji. Piątkowski może rozegrać świetny mecz, Hindrich może wyciągać kolejne sytuacje, ale prędzej czy później nawet oni nie będą w stanie naprawić wszystkiego.
Dlatego zamiast po raz kolejny sprowadzać kolejnego napastnika o bardzo podobnej charakterystyce do tych, których już mamy w kadrze, może wreszcie warto spojrzeć na pozycje, które naprawdę wołają o wzmocnienia. Bo Legia nie potrzebuje kolejnego zawodnika do kolekcji. Potrzebuje jakości tam, gdzie jej obecnie najbardziej brakuje, a środek obrony jest zdecydowanie jedną z tych pozycji.
3. Tak powinien wyglądać pressing
Legia ma ogromny problem z odpowiednim zastosowaniem pressingu na defensorach rywala. Jan Kuchta w pierwszej połowie, a także przed zejściem z boiska w drugiej odsłonie, zdecydowanie zbyt rzadko naciskał na obrońców Motoru. Częściej próbowali robić to Michal Ševčík oraz Mateusz Szczepaniak, ale i tutaj brakowało odpowiedniej regularności i przede wszystkim współpracy całego zespołu.
Warto jednak zwrócić uwagę na dwie konkretne akcje - jedną w wykonaniu Motoru, drugą Legii. Pierwsza z nich była moim zdaniem kluczową akcją całego spotkania. Gdyby nie Otto Hindrich, Motor prawdopodobnie zamknąłby wtedy mecz i Legia nie miałaby już czego szukać.
Spójrzmy jednak na to, jak gospodarze zorganizowali swój pressing. Motor bardzo dobrze odciął Zorana Arsenicia od możliwości rozegrania piłki. Doświadczony stoper sam zresztą w pewnym momencie zapędził się w ślepy zaułek. Nie mógł już odwrócić się i bezpiecznie zagrać do któregoś ze swoich obrońców. W zasadzie pozostawało mu zagranie dłuższej piłki na prawą stronę do Kacpra Chodyny albo podanie do bramkarza. Problem w tym, że Arsenić nawet nie spojrzał w kierunku Otto Hindricha.
Pozostali zawodnicy Legii również byli dobrze odcięci od podań. Motor nie biegał bezmyślnie za rywalami, tylko przede wszystkim zamykał możliwości rozegrania piłki. I właśnie tak powinien wyglądać pressing.
Obrońca musi mieć poczucie, że każda opcja podania została mu zabrana. Wtedy zaczyna się stres, wtedy pojawiają się błędy i właśnie wtedy można odzyskać piłkę wysoko na boisku. Arsenić ostatecznie sam popełnił błąd i stracił futbolówkę, ale cała akcja zaczęła się zdecydowanie wcześniej, od bardzo dobrego ustawienia zawodników Motoru i odcięcia możliwości rozegrania piłki.

I dlatego warto docenić to, co wydarzyło się w doliczonym czasie gry. Tym razem to Legia zastosowała pressing dokładnie tak, jak powinna. Bartosz Kapustka dał sygnał do ataku i świetnie odebrał piłkę Ivo Rodriguesowi. To właśnie od tego odbioru rozpoczął się kontratak, który ostatecznie zakończył się zwycięską bramką. I tutaj Kapustce należy się pochwała.
Nie będę udawał, że w tym sezonie często mam za co go chwalić, bo mam wrażenie, że Bartosz Kapustka nadal nie dźwiga na swoich barkach Legii i nie jest zawodnikiem, który potrafi samodzielnie nadać tej drużynie odpowiedni poziom. Tym razem jednak zrobił dokładnie to, czego oczekuje się od środkowego pomocnika. Zauważył moment, zaatakował rywala, odebrał piłkę i uruchomił akcję, która dała Legii zwycięstwo.
I właśnie dlatego ta sytuacja jest tak istotna. Pokazuje, że pressing Legii może działać. Nie jest to żadna abstrakcja ani element niemożliwy do wykonania przez ten zespół. Kiedy zawodnicy odpowiednio się ustawiają, skracają przestrzeń i wspólnie atakują przeciwnika, efekty mogą przyjść natychmiast.
Problem w tym, że Legia robi to zdecydowanie zbyt rzadko. Czasami wygląda to tak, jakby jeden zawodnik ruszał do pressingu, a reszta tylko przyglądała się jego poczynaniom. Wtedy oczywiście nie ma to większego sensu, bo rywal jednym czy dwoma podaniami jest w stanie ominąć pierwszą linię nacisku.
Pressing musi być zespołowy. Albo wszyscy wiedzą, kiedy i gdzie zaatakować rywala, albo lepiej w ogóle nie udawać, że się go stosuje. A akcja Kapustki z doliczonego czasu pokazuje, że kiedy Legia wreszcie zrobi to dobrze, może z tego mieć dokładnie to, czego najbardziej potrzebuje, czyli odbiór wysoko na boisku, szybki atak i bramkę.
4. Duch
Pod nieobecność Pawła Wszołka swoją drugą szansę na grę na prawym wahadle otrzymał Kacper Chodyna. I niestety był to kolejny występ tego zawodnika pod tytułem „duch”. Były zawodnik między innymi Zagłębia Lubin może właściwie napisać w swoim CV, że znalazł się w protokole meczowym i tyle. Po prawej stronie nie zrobił żadnej sensownej akcji, nie wyróżnił się również niczym szczególnym w defensywie, a do tego zaliczył kilka strat.
Owszem, na pierwszy rzut oka jego statystyka podań może wyglądać całkiem przyzwoicie - 18 celnych na 22 próby. Tylko co z tego, skoro dalej wygląda to już zdecydowanie gorzej? Chodyna stracił piłkę aż 10 razy, wygrał zaledwie 4 z 10 pojedynków, a jego jedyna próba dośrodkowania była niecelna. Czyli z jednej strony możemy powiedzieć: 82% celnych podań. Z drugiej: praktycznie żadnego wpływu na grę. I to jest właśnie problem z Chodyną.
Kolejny koszmarny występ zawodnika, którego jeszcze niedawno wielu kibiców zaczynało skreślać, a później pojawiła się nadzieja, że może jednak udało się go „uratować”. Wszystko dlatego, że u Marka Papszuna zaliczył dwa czy trzy przyzwoite występy.
Tylko że równie dobrze moglibyśmy dziś napisać, że Mileta Rajović pasuje do Legii i będzie seryjnie strzelał gole, bo raz czy dwa razy trafił do siatki. Albo powiedzieć, że każdy zawodnik, który zagrał dwa dobre spotkania, nagle rozwiązał swój problem z jakością.

Tak to nie działa. Dwa przyzwoite mecze nie mogą wymazać kilkunastu słabych występów.
Chodyna po prostu nie daje Legii tego, czego potrzebuje od prawego wahadłowego. Brakuje mu przebojowości, jakości w pojedynkach, dobrego dośrodkowania, dynamiki w ofensywie, a przede wszystkim regularności. Kiedy dostaje szansę, bardzo często przechodzi obok spotkania. I dlatego trudno mi uwierzyć, że Kacper Chodyna jest zawodnikiem, który pasuje do Legii, zarówno pod względem sportowym, jak i, w mojej ocenie, charakterologicznym.
Teraz do rywalizacji na prawym wahadle z Pawłem Wszołkiem dołączył Shinnosuke Fukuda. I bardzo dobrze, bo Legia potrzebowała tam kolejnej opcji. Problem w tym, że wszystko wskazuje na to, że Chodyna pozostanie w zespole. Tylko po co? Jeżeli Fukuda będzie zdrowy, a Wszołek wróci do gry, dla Chodyny może zwyczajnie zabraknąć miejsca. I wtedy pozostaje pytanie, co Legia zrobi z zawodnikiem, który ma kontrakt i pensję na poziomie, przy którym trudno będzie znaleźć chętnego na jego transfer. Bo może się okazać, że zamiast rozwiązać problem, klub po prostu będzie go miał na ławce lub trybunach przez kolejny sezon.
A Legia naprawdę nie jest w sytuacji, w której może pozwalać sobie na trzymanie zawodników tylko dlatego, że kiedyś zagrali dwa dobre mecze. Potrzebujemy piłkarzy, którzy regularnie dają jakość, a nie takich, których trzeba co kilka tygodni tłumaczyć i szukać argumentów na ich obronę.
5. Kubuś!
Nareszcie do kadry meczowej wrócił Jakub Żewłakow. Bardzo lubię tego chłopaka, bo jest na Legię po prostu niekonwencjonalny. Ma w sobie coś, czego bardzo często brakuje tej drużynie, czyli odwagę, przebojowość i chęć zrobienia czegoś inaczej.
Dla takich zawodników przychodzi się na mecze. Dla piłkarzy, którzy nie tylko są związani z klubem, ale przede wszystkim potrafią dać zespołowi coś ekstra. Nie zawsze wszystko im wyjdzie, czasami podejmą złą decyzję, stracą piłkę czy przegrają pojedynek. Ale kiedy wchodzą na boisko, widać, że chcą coś zmienić.
Młody „Żewłak” pojawił się na murawie w 71. minucie i szybko stał się jednym z bohaterów Legii. To właśnie on zdobył swoje dwie pierwsze bramki w barwach pierwszego zespołu z Warszawy. Ale nawet nie chodzi tutaj wyłącznie o gole. Żewłakow po prostu rozruszał Legię. Zaczął utrzymywać się przy piłce, brał na siebie odpowiedzialność i nie bał się wejść w pojedynki. Wszedł na boisko bez kompleksów, jakby gra w pierwszym zespole Legii była dla niego czymś zupełnie naturalnym.

I właśnie taki przykład pokazuje, dlaczego w Legii warto stawiać na młodych zawodników. Nie każdy z nich odpali od razu. Jeden mecz może mu nie wyjść. Drugi również. Czasami nie wyjdzie czwarty czy piąty. Ale jeśli taki zawodnik pokazuje zaangażowanie, charakter i wolę walki, to warto dać mu kolejną szansę.
Bo młody piłkarz może popełniać błędy, ale kibic często znacznie łatwiej mu je wybaczy, jeśli widzi, że ten zawodnik gryzie trawę za Legię. I tego właśnie oczekuję. Nie każdy młody zawodnik musi być od razu gwiazdą. Nie każdy musi w każdym meczu strzelać albo asystować. Chcę jednak widzieć ludzi, którzy po wejściu na boisko próbują coś zmienić, szukają rozwiązań i nie boją się odpowiedzialności. Żewłakow jest tego świetnym przykładem.
Dlatego tak bardzo szkoda, że takich zawodników w Legii jest tak niewielu. Szczególnie że w przypadku części doświadczonych piłkarzy momentami trudno dostrzec podobną energię i determinację. Oczywiście nie wrzucam wszystkich do jednego worka, bo są zawodnicy, których zaangażowania nie można kwestionować. Ale kilku takich „ananasów” w Legii zdecydowanie się znajdzie.
Dlatego pozwólmy przy obecnych problemach finansowych, młodym grać. Niech się mylą. Niech czasami przegrają pojedynek. Niech czasami zagrają źle. Jeśli jednak będą wychodzić na boisko z takim nastawieniem jak Jakub Żewłakow - z odwagą, energią i przekonaniem, że mogą coś dać tej drużynie - to właśnie na takich zawodnikach warto budować przyszłość Legii.
Kamil Dumała

