Jakie jest życie "po Legii"?
Andrzej Zarajczyk: Moje? Dużo spokojniejsze...
Nie jest Panu przykro, że kiedy Pol-Mot odchodził z Łazienkowskiej, wszyscy odetchnęli z ulgą?... Cieszyli się z tego.
- Kupując Legię, szybko się przekonałem, że nie staję się jej jedynym właścicielem. To własność Warszawy, kibiców, ma ogromną tradycję. Gdybym kupił większość akcji w firmie samochodowej, to bez problemów mógłbym realizować swój plan. Tu własność była bardziej ograniczona niż w jakiejkolwiek innej spółce prawa handlowego. Musieliśmy się liczyć z ogromną widownią, z tym, że istnieje pojęcie "nasza Legia". I nie jest ona tylko własnością tego, kto kupił jakieś akcje. Wierzę, że ITI to rozumie, ale w ich przypadku problem będzie mniejszy. To spółka medialna. Im zależy także na rozgłosie, zainteresowaniu mediów, kibiców.
Dlatego właśnie klub piłkarski jest tak atrakcyjny. Nigdzie nie zdobywa się takiej popularności jak tutaj, ale za tym idą zobowiązania. Pol-Mot właścicielem stał się przypadkowo. Przejęliśmy udziały od Daewoo po to, by odkupił je wielki angielski bank. Nie było nas wtedy stać na utrzymanie klubu na poziomie kosztów. Były niebotyczne. Odziedziczyliśmy je zresztą po poprzednim właścicielu.
Ile wtedy kosztowało utrzymanie drużyny? W skali miesiąca.
- Trzy-cztery razy więcej niż dzisiaj. Teraz podstawowe wydatki na drużynę, nie mówię o całości kosztów, wynoszą niewiele ponad 500 tys. zł. Ta oszczędność została na nas wymuszona. I przez to byliśmy tak niepopularni. Były jednak i dobre strony oszczędności. Choćby te, które zrobiliśmy na transferach. Saganowskiego, Surmę, Choto, Sokołowskiego II i Włodarczyka w sumie kupiliśmy za kwotę, jaką Groclin zapłacił za sprowadzenie jednego tylko Sikory.
Zastał Pan Legię...
- Kibice cały czas oczekują sukcesów, miasto ma ogromne aspiracje. Dostaliśmy zadłużony klub. Z zawodnikami, którzy nie grali, a którym trzeba płacić niebotyczne pieniądze. Z niezapłaconymi kwotami za poprzednie transfery... Poza tym wtedy to drużyna rządziła, a nie jej trener... To było na samym początku. Najrozsądniejszy, cieszący się powszechnym szacunkiem zawodnik przyszedł do mnie i powiedział: "szkoda, że się rozstajemy z trenerem, bo ze Stefanem to my się dogadujemy". W związku z tym musieliśmy zejść na ziemię, by nie doprowadzić klubu do bankructwa. I uporządkować wszystkie sprawy.
Kondycja Legii nie była zła. A zawodnicy, być może, nawet lepsi niż teraz. Tylko nie było prawidłowych relacji na linii trener - drużyna i płace - piłkarze. Prostowaliśmy to wszystko. Gdybym powiedział o wynagrodzeniach zawodników, którzy nie grali z powodu cukrzycy, bali się latać samolotem albo jedną nogę mieli krótszą od drugiej, byście się za głowy złapali...
... Legia była winna Siadaczce 900 tys. zł.
- Właśnie... To były wielkie kwoty, a niska przydatność do gry. Ja bym może i zaakceptował te płace, gdyby oni grali. A oni albo nie mogli, albo nie chcieli grać. To nie wina Siadaczki, że był chory, tylko tego, kto go kupił i nie zbadał dokładnie.
Jaką zostawia Pan Legię?
- W przyzwoitym stanie. Organizacyjnie na pewno w lepszym.
Kiedy Pol-Mot kupował udziały, długi wynosiły 8 mln złotych. Teraz, doliczając pożyczkę z ITI, już 19.
- Gdybyśmy jesienią grali w pucharach i tak jak rok temu przeszlibyśmy przez dwie rundy, bilans roczny byłby na zero. Ale nie graliśmy, stąd są straty. O wzroście długów zdecydowały dwa moje błędy. Mając w zarządzie klubu swoich przedstawicieli, nie zapewniłem należytej - adekwatnej do stopnia ryzyka - kontroli nad podejmowanymi jednoosobowo decyzjami prezesa.
Pierwszy błąd to premia za tytuł mistrza. Prezes Leszek Miklas zaproponował 4 mln złotych. Ja zapytałem, czy na pewno będzie miał na to pieniądze. Powiedział, że tak. Przeliczył się.
A druga sprawa. Wtedy, jako jeden z dwóch klubów zapłaciliśmy podatki na czas. Inne drużyny oczekiwały wtedy ustawy oddłużeniowej i... się doczekały. Nie zapłaciły podatków. A my zapłaciliśmy 2 mln złotych. Na premie za tytuł nie starczyło.
Płacenie podatków to obowiązek...
- Oczywiście, dlatego zapłaciliśmy w terminie, nie czekając na żadne ustawy. Takie zasady obowiązują we wszystkich spółkach holdingu Pol-Mot. My przyszliśmy spoza sportu, a jego siłą jest to, że od czasu do czasu ktoś daruje długi albo przymknie na coś oko. Nie znaliśmy wtedy piłkarskich zwyczajów. Szybko ich się nauczyliśmy, ale wówczas świętością było zapłacenie podatków.
Pol-Mot stracił na Legii?
- Tak. Ponad 2 mln dolarów. Kupiliśmy udziały za około 3 mln, sprzedaliśmy za 750 tys. Kupiliśmy za szybko i za drogo. Chcieliśmy to wszystko przyspieszyć, bo już w kolejce czekali Anglicy, którym mieliśmy sprzedać udziały z niewielkim zyskiem.
W holdingu nie było żadnej reakcji na te straty?
- Rada nadzorcza nigdy nie oceniała pozytywnie wyników finansowych związanych z Legią. Akceptowała pierwotną inwestycję, bo mieliśmy sprzedać udziały. Nie stało się tak, ponieważ padło imperium medialne Kircha. Kryzys dotknął Europę, wielkie kłopoty przeżywały kluby w Bundeslidze. A bank chciał przygotować Legię do wejścia na giełdę w Londynie. W tamtej sytuacji nie było o tym mowy.
Pamięta Pan pierwszą chwilę po tym, jak dowiedział się o od odstąpieniu Anglików od finalizacji transakcji?
- Tak. Ale miałem nadzieję, że szybko znajdę nowego inwestora. Że cena i siła Legii to przesłanki do dobrej inwestycji. Tak nie było. Upadek Kircha miał i konsekwencje w Polsce. Canal+ zmniejszył umowę z PZPN o 40 proc. To także miało wpływ na nasz budżet.
Dużo było potencjalnych nabywców Legii? Mówimy o poważnych, a nie takich, jak panowie Dorosiewicz i jemu podobni.
- Dużo mniej, niż oczekiwałem. Do poważnych zaliczyłbym pana Andrzeja Jakubasa oraz jeszcze trzy - dwie z zagranicy, jedna z Polski. Ta krajowa pojawiła się w momencie, gdy już negocjowaliśmy z ITI - jako konkurencja dla niej. Też firma z branży medialnej. Ponieważ w takich sytuacjach pojawiają się rozmaite spekulacje, spotkałem się i z twierdzeniem, że kupnem Legii zainteresowana jest Agora. Ale oczywiście nie o nią tu chodzi.
Z zagranicy Legią zainteresowała się spółka angielska specjalizująca się w obrocie piłkarzami. Jej przedstawiciele myśleli o wzięciu na siebie całości wydatków związanych z drużyną. W pierwszym okresie funkcjonowania w Legii interesowałby ich mniejszościowy pakiet udziałów. My w takim układzie mielibyśmy pokrywać resztę kosztów, czyli np. organizację imprez. Ale - co bardzo istotne - na nasze konto wpływałyby wszystkie przychody. Anglicy zabieraliby nam właściwie tylko wpływy z transferów. Z nadwyżki budżetowej moglibyśmy spłacać zadłużenie przez najbliższe trzy lata. Chodzi tu o wpływy z reklam, biletów itp. Ostatecznie postawiliśmy na ITI i w moim przekonaniu to najlepszy wybór. Nikt tak szybko jak ten koncern medialny nie byłby w stanie uregulować stosunków z miastem. Dla ITI kupno Legii jest o tyle korzystne, że należąca do koncernu stacja telewizyjna TVN została, jeżeli chodzi o dział sportowy, wyraźnie z tyłu za konkurentami. Przez taką inwestycję w sposób naturalny nadganiałaby dystans.
Warto być właścicielem klubu piłkarskiego?
- Legii warto. Mimo rozmaitych kłopotów - finansowych, stresów. Ale to pytanie z gatunku tych, czy warto zostać mistrzem. To tak jak z moim synem, który trenował pływanie, trochę tych medali zdobył, a po wyjściu z wody powiedział: Tata, ty mi kilka ładnych lat z życia zabrałeś. Po kilka godzin dziennie spędzałem w basenie, a teraz widzę znacznie więcej. Gdyby Legia nie zdobyła mistrzostwa Polski, to prawdopodobnie dziś byłbym trochę bardziej zgorzkniały. A tak po siedmiu latach nieudanych prób odzyskania tytułu cel został osiągnięty. I niech kto mówi co chce, a my wiemy, że jakąś pozytywną rolę w tym spełniliśmy.
Żal Panu sprzedawać Legię?
- Zintegrowaliśmy się z klubem także jako rodzina. Bywaliśmy na meczach nie tylko przy Łazienkowskiej, ale też na większości wyjazdowych. Teraz nie jestem już właścicielem, a jednak pojechałem do Poznania i Białegostoku. Transakcji towarzyszyły mieszane uczucia, bo przecież także ulga.
A po co była umowa przedwstępna z ITI ogłoszona w grudniu? Ostateczną podpisano w kwietniu, czyli po pięciu miesiącach. Miało to nastąpić dwa razy szybciej.
- Nasz kontrahent chciał chyba mieć pewność, że nikt go nie ubiegnie. Potem długo to trwało, bo ITI miał kilka spraw towarzyszących przejęciu klubu i chciał je wszystkie załatwić. Inne oferty były atrakcyjne, ale bałem się, że kontrahenci znowu będą musieli się uczyć i cała procedura zacznie się od nowa. A ile razy można cierpieć z powodu audytu w klubie? Mam zresztą trochę żalu do przedstawicieli ITI, że tak często - do dzisiaj jeszcze - opowiadają o "trupach w szafie". Gdyby bowiem jakiś "trup" - po badaniu pana Jakubasa, który o mało nie przejął Legii w zeszłym roku oraz długotrwałych badaniach - teraz się objawił, byłby to prawdziwy cud. Legia, o czym dzisiaj się zapomina, była przygotowywana do wejścia na giełdę. Został sporządzony prospekt emisyjny. Ustawa o obrocie publicznymi papierami wartościowymi jest bardzo surowa i wymaga totalnego negliżu. Dlatego nasza sytuacja była dokładnie znana. Bałem się jednak sytuacji, gdyby cała procedura ruszyła od nowa. To przecież żywy organizm, to piłkarze, którzy domagali się wypłaty zaległości. W klubie się gotowało i trzeba było coś tym ludziom powiedzieć.
W ubiegłym roku Legię już prawie kupił Zbigniew Jakubas. Ostatecznie jednak nie kupił. Dlaczego?
- Niejasna była przyszłość naszego obiektu, czyli stadionu i otaczających go gruntów. Tak myślę.
Gdy w stolicy stanie wreszcie nowy stadion, zamierza Pan wykupić sobie na nim lożę?
- To nasze marzenie.
Dożyje Pan tych czasów?
- Trochę się boję. Dla mnie od początku najlepszą była formuła partnerstwa publiczno-prywatnego. Na niej zbudowano większość autostrad w Europie, stadionów również. Polega to na tym, że miasto nieodpłatnie użycza ziemię, a prywatni inwestorzy tam budują w zamian za prawo do czerpania korzyści. Miasto zatrzymuje swój skarb w postaci ziemi, a jednocześnie powstaje nowa infrastruktura. Była jedna bardzo ciekawa oferta, ale wymagała akceptacji miasta. Włoska firma chciała wybudować stadion w innym miejscu - w północnej części Warszawy. W zamian za pozwolenie na budowę dużego centrum handlowego.
Teraz miasto zadeklarowało, że wybuduje stadion, ale przecież Warszawa ma tyle bieżących potrzeb. Dało na budowę 8 mln złotych. Ale osiem to jednak nie 130. Wierzę, że uda się wygospodarować środki, jednak czy kolejne rady miejskie zaakceptują budżet, to trudno powiedzieć. Każda burda na stadionie powoduje zwiększenie niechęci do tego typu inwestycji.
Jednym z bardziej oryginalnych pomysłów w polskiej rzeczywistości było zatrudnienie trenera z zagranicy. I Dragomir Okuka znakomicie się sprawdził.
- Miałem dwie kandydatury. Ta Vernera Liczki nigdy oficjalnie do mnie nie wpłynęła. A druga to wynik mojej dobrej znajomości Bałkanów. Wcześniej znałem Miljana Miljanicia i środowisko zbliżone do Partizana i Crvenej Zvezdy Belgrad. Najpierw przywieźliśmy do Warszawy młodego trenera Dusana Savicia, który wcześniej był asystentem selekcjonera reprezentacji Jugosławii. Bardzo sympatyczny chłopak.
Mieliśmy zdiagnozowaną sytuację, że polskiej piłce nożnej towarzyszą rozmaite mechanizmy. Nam bliżej nieznane, ale od razu po przejęciu klubu zdążyliśmy o nich usłyszeć - o prowizjach od transferów, próbach przejęcia władzy przez grupy zawodnicze. Chcąc to wszystko przeciąć, postanowiliśmy zatrudnić kogoś z zewnątrz. Okuka ma bardzo silną osobowość i wiedzieliśmy, że nawet nie znając realiów ani języka, będzie umiał sobie poradzić.
Początkowo niewiele wskazywało, że to dobry wybór. Legia zanotowała niespotykaną serię porażek.
- Postanowiliśmy jednak konsekwentnie stawiać na Okukę. Po spotkaniu z Amicą, ostatnim w serii, zaprosiłem go do siebie i powiedziałem mu: Słuchaj, to był twój pierwszy przyzwoity mecz. Będzie dobrze. Tak powiedziałem, mimo że wybitnym specjalistą od futbolu nigdy nie byłem i nadal nie jestem. A wówczas ogłosiłem w prasie, że Okuka może być tak pewny posady jak żaden z trenerów. Wiedziałem, że w tych sprawach bardzo ważna jest konsekwencja.
A Dariusz Kubicki? Nie jest regułą, że trener, któremu się nie powiodło, zostaje w klubie, a potem pozwala mu się drugi raz wejść do tej samej rzeki.
- Początkowo w spółce byłem mniejszościowym, pasywnym akcjonariuszem. Czyli na dobrą sprawę nie miałem nic do powiedzenia, ale od czasu do czasu pan Sok (reprezentant Daewoo w FSO) spotykał się ze mną i pytał o niektóre rzeczy. O kwestię trenera też pytał - w momencie gdy odszedł Stefan Białas. Akurat wtedy dostałem CV "Kuby". Powiedziałem: Niech pan zobaczy, jaki to jest dobrze przygotowany trener. Chyba najlepiej w Polsce i to w dodatku młodego pokolenia. Wie, co to jest dobra piłka, grał w Anglii, pokończył dobre szkoły. Może więc dajmy młodemu szansę. To, niestety, za bardzo się nie udało. Sytuacja mogła jeszcze się ułożyć, ale Koreańczycy nie wytrzymali presji podpowiadaczy z Łazienkowskiej i go zwolnili.
Oni mieli taki styl, że pytali mnie, czy ja mógłbym się zgodzić na Smudę. Mimo że decyzje należaly do nich. Zaprosiłem więc do siebie Smudę razem z ówczesnym prezesem Legii Markiem Pietruszką. Powiedziałem: Panie Franciszku, niewątpliwie jest Pan najlepszym trenerem, bo zdobył Pan trzy mistrzostwa. Ale po pierwsze, komuś trzeba przekazywać tę wiedzę, a po drugie, różne krążą opinie, jeżeli chodzi o pański warsztat. Kubickiemu można wszystko zarzucić, ale nie to, że nie ma warsztatu. To może byście razem popracowali?
On wyszedł, a potem Pietruszka przekazał mi, że Smuda się nie godzi. Powiedziałem więc, że nie ma mojego poparcia. Potem Smuda udzielił wywiadu, w którym ział do mnie niechęcią.
Potem jednak mu się nie powiodło, a na wiosnę Pol-Mot stał się większościowym właścicielem i zdecydowaliśmy, że trenerem będzie Okuka. A po pewnym czasie Kubicki został jego asystentem.
Dlaczego w Legii został zatrudniony Jerzy Engel?
- Na skutek podpowiedzi Okuki. Engel miał przyjść razem z panem Jakubasem. Gdy nadal byliśmy właścicielami, odchodzący z klubu Okuka powiedział: Jeśli marzysz o tym, aby bez przerwy nie dzwonili do ciebie dziennikarze i nie pytali o długi, transfery zawodników, to znajdź taką silną osobowość, która zdejmie z ciebie ten ciężar. Niech to będzie Kosecki, niech to będzie Engel.
A był konflikt z Engelem?
- Był ewidentny i to na tle jego wypowiedzi dla "Gazety Wyborczej". Mieliśmy dość ostrą rozmowę, z której wyszliśmy jakoś ułożeni. On stwierdził, że nigdy nie pozwoliłby sobie na stwierdzenie, że sprzedając Stanko Svitlicę do Hannoveru, działaliśmy na szkodę spółki. Życie tę wypowiedź bardzo szybko zweryfikowało. Wypowiedź, na którą pracownik Legii nie powinien sobie pozwolić. Najważniejsze, że ani z punktu ekonomicznego, ani sportowego pan Engel nie miał racji. Svitlica odszedł, zdążyliśmy na nim zarobić, a obecny duet napastników Saganowski - Włodarczyk tworzy nowe możliwości dla drużyny. Brak Saganowskiego w meczu z Wisłą? Manuel Garcia to znakomity zawodnik i gdyby tylko częściej dostawał szanse...
Jaki wynik padnie w sobotę w Krakowie?
- To nie do przewidzenia. Decyduje bardzo wiele subiektywnych momentów - dyspozycja dnia, kto strzeli pierwszą bramkę, czy w składzie będzie Saganowski, także poziom sędziowania. Uważam, że obecnie najlepszy polski zespół jest z Warszawy. To wcale nie znaczy, że ma najlepszych graczy. Jeżeli chodzi o zespołowość, to porównywalna z Legią jest tylko Amica. Wisła ma być może najsilniejszy skład. Wierzę jednak, że zespół Legii jest lepszy.