Wytrzymać do zimy; z dystansu; słaba druga połowa; ma zalety, ale…; niepotrzebna frustracja - to najważniejsze punkty po sobotnim meczu Legii Warszawa z Cracovią, w którym padł remis 1-1.
Punkty po meczu z Cracovią
1. Wytrzymać do zimy
Taka jest prawda: w obecnym stanie kadrowym Legia musi przede wszystkim dotrwać do zimy i liczyć na dwa cuda. Pierwszy? Nie stracić kontaktu z czołówką Ekstraklasy, by wiosną wciąż mieć realną szansę na walkę o najwyższe cele. Dobrze byłoby przystąpić do rundy rewanżowej z niewielką stratą punktową do takich zespołów jak Górnik Zabrze czy Lech Poznań. Wtedy odpowiednio przepracowana przerwa zimowa i kilka trafionych transferów mogłyby pozwolić Legii włączyć się do walki o czołowe lokaty. Jeśli jednak strata urośnie, nawet najlepsze wzmocnienia mogą nie wystarczyć, by nadrobić wszystkie zaległości.
Drugi cud jest jednak ważniejszy: właściciel, prezes i dyrektor sportowy muszą wreszcie zrozumieć, że tej drużynie potrzeba prawdziwych wzmocnień. Nie kolejnych nazwisk, które zwiększą liczebność kadry, ale zawodników zdolnych od razu podnieść poziom podstawowej jedenastki. Letnie okno transferowe pokazało, że samo sprowadzenie kilku piłkarzy nie rozwiązuje problemów, jeśli nie odpowiadają oni na najważniejsze potrzeby zespołu. Część ruchów Frediego Bobicia wyglądała bardziej na uzupełnianie składu niż na konsekwentne budowanie drużyny, która ma walczyć o czołówkę.
Na dziś Marek Papszun próbuje wycisnąć z tej kadry maksimum. Również popełnia błędy, do których jeszcze wrócę, ale trudno oczekiwać, że samą organizacją gry rozwiąże wszystkie problemy Legii. Trener może poprawiać ustawienie, szukać nowych wariantów taktycznych i rozwijać poszczególnych zawodników, lecz nie zastąpi w ten sposób brakującej jakości. Jeśli zimą klub ponownie ograniczy się do transferów, które nie zmienią poziomu zespołu, wiosną Legia może znaleźć się w jeszcze trudniejszym położeniu niż obecnie.
Wystarczy spojrzeć na spotkanie z Cracovią. O ile Wisła Kraków nie potrafiła po stracie bramki znaleźć odpowiedzi na grę Legii, bo była bardzo słabo dysponowana, o tyle Cracovia zaprezentowała się znacznie lepiej i pokazała, że potrafi postawić warszawianom trudne warunki. Nie zabrakło jej ambicji, zaangażowania ani odwagi w rywalizacji. Legia natomiast miała problemy ze stwarzaniem sytuacji i przejęciem takiej kontroli nad meczem, która pozwoliłaby jej narzucić przeciwnikowi własne warunki.
Można argumentować, że Wojskowi starali się zarządzać spotkaniem i nie podejmować niepotrzebnego ryzyka. To prawda, ale kontrolowanie przebiegu meczu nie zawsze oznacza kontrolowanie rywala. Można utrzymywać względny porządek w ustawieniu, ograniczać niektóre zagrożenia i jednocześnie mieć problem z wykreowaniem czegoś konkretnego w ofensywie. W mojej ocenie właśnie tak wyglądała część gry Legii z Cracovią. Goście nie potrafili narzucić swojej przewagi, a to rywale byli bliżej wywalczenia trzech punktów.
Nie zmienia tego nawet sytuacja Bohdana Wjunnyka, która mogła przynieść Legii bramkę. Pojedyncza okazja nie powinna przesłaniać szerszego obrazu spotkania. Cracovia potrafiła skuteczniej postawić się warszawianom, a Legia zbyt często miała problem ze znalezieniem sposobu na sforsowanie defensywy przeciwnika. Jeśli podobne trudności będą się powtarzać, trudno oczekiwać, że drużyna regularnie będzie zdobywać punkty wyłącznie dzięki organizacji gry czy indywidualnym zrywom.
Dlatego zimowe okno transferowe będzie tak ważne. Legia musi nie tylko utrzymać się w pobliżu czołówki, ale również wykorzystać przerwę na uzupełnienie braków, które już teraz ograniczają możliwości Papszuna. Potrzebuje zawodników gotowych do gry na wysokim poziomie, a nie kolejnych piłkarzy, których dopiero trzeba będzie sprawdzać i wdrażać do zespołu. Jeśli klub naprawdę chce walczyć o czołowe miejsca, musi wreszcie przełożyć ambicje na konkretne decyzje transferowe.
Pierwszy cud to utrzymanie kontaktu z czołówką. Drugi - znacznie trudniejszy - to przekonanie władz Legii, że bez jakościowych wzmocnień nie da się zrobić kolejnego kroku. Papszun może poprawiać grę zespołu, ale nie powinien być zmuszony do ciągłego nadrabiania błędów popełnionych przy budowie kadry. Jeśli zimą znów zabraknie odpowiednich decyzji, obecne problemy mogą okazać się jedynie zapowiedzią znacznie trudniejszej rundy wiosennej.
2. Z dystansu
Zarówno Legia, jak i Cracovia miały problem ze stwarzaniem klarownych sytuacji w polu karnym. Gospodarze mogli wprawdzie zagrozić bramce Wojskowych po uderzeniach Ajdina Hasicia, które minęły bramkę, oraz w sytuacji, w której Bohdan Wjunnyk nie trafił czysto w piłkę i tej w której uderzenie Damiana Szymańskiego obronił Madejski, ale poza tym trudno wskazać wiele konkretów w ofensywie obu drużyn. Brakowało składnych akcji, dobrych wejść w pole karne i sytuacji, po których bramkarze musieliby wykazać się czymś wyjątkowym. W takim meczu o wyniku mogła więc zdecydować jedna indywidualna próba. I dobrze, że przy golu dla Legii Michal Ševčík zdecydował się na uderzenie z dystansu.

Czeskiego pomocnika trzeba pochwalić za tę decyzję. Jak widać na screenie, możliwości rozegrania akcji nie było zbyt wiele. Mógł jeszcze poszukać podania na lewą stronę do Kacpra Chodyny, ale trudno powiedzieć, czy takie rozwiązanie przyniosłoby Legii jakąkolwiek korzyść. Ševčík postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i uderzył sprzed pola karnego. Nie potrzebował idealnej okazji ani kilku kolejnych podań, by spróbować zaskoczyć bramkarza. Właśnie takiej odwagi często brakuje Legii, gdy rywal skutecznie zamyka przestrzeń przed własnym polem karnym.
Oczywiście trzeba uczciwie przyznać, że swoją cegiełkę do tego trafienia dołożył również Sebastian Madejski. Bramkarz Cracovii nie popisał się przy interwencji i powinien zachować się lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że Ševčík podjął właściwą decyzję. Przy tak niewielkiej liczbie klarownych sytuacji nie zawsze da się rozmontować defensywę rywala za pomocą składnej akcji. Czasami trzeba spróbować z dystansu, zmusić przeciwnika do błędu i wykorzystać okazję, która pojawia się niemal z niczego. Tym razem Legii się to opłaciło.

Niestety, podobną drogą poszedł również Lasse Nordås, który zdobył bramkę wyrównującą. Napastnik Cracovii zdecydował się na uderzenie sprzed pola karnego i tym razem to Legia nie potrafiła odpowiednio zareagować. Przy tym golu trudno wskazać wyłącznie jednego winnego, ponieważ błędy pojawiły się na kilku etapach akcji. Nie oznacza to jednak, że wszyscy zasługują na taką samą krytykę.
Po pierwsze, źle zachował się Rafał Augustyniak, który zbyt łatwo dał się ograć Nordåsowi. Napastnik Cracovii, w przeszłości łączony z Legią, dostał zbyt dużo swobody, a doświadczony obrońca nie potrafił skutecznie zatrzymać jego akcji. W takich sytuacjach nie można pozwalać rywalowi na tak łatwe stworzenie sobie przestrzeni do oddania strzału. Szczególnie gdy mówimy o zawodniku, który powinien dawać drużynie spokój i pewność w defensywie.
Następnie do piłki ruszył Wojciech Urbański. Ogólnie oceniam jego występ w środku pola lepiej niż grę Bartosza Kapustki, ale przy straconej bramce również nie uniknął błędu. Zamiast skutecznie zamknąć przestrzeń i utrudnić rywalowi oddanie strzału, nie zdołał zapobiec rozwojowi sytuacji i zrobił zbędny wślizg, by próbować zablokować uderzenie. Oczywiście nie można oczekiwać, że pomocnik za każdym razem zatrzyma przeciwnika, ale w takim spotkaniu, w którym obie drużyny miały problem z kreowaniem okazji, każdy błąd w okolicach pola karnego może mieć poważne konsekwencje.
Na końcu pozostają Kamil Piątkowski i Otto Hindrich. Obaj mogli zachować się lepiej przy samym uderzeniu i jego obronie. Mam wrażenie, że Hindrich nie był optymalnie ustawiony, co utrudniło mu skuteczną interwencję. Nie obarczałbym jednak naszego bramkarza największą odpowiedzialnością za stratę gola. Zanim piłka dotarła do niego, Legia miała już kilka okazji, by zatrzymać akcję i nie dopuścić do strzału. Piątkowski również nie zdołał skutecznie zareagować, ale najważniejsze błędy wydarzyły się wcześniej.
3. Słaba druga połowa
Jednym z powodów do niepokoju w przypadku Legii są zdecydowanie słabsze drugie połowy spotkań wyjazdowych. Problem ten widzieliśmy już w meczach z Koroną Kielce i Piastem Gliwice, a także w pucharowym starciu z Motorem Lublin. Po przerwie warszawianie tracili kontrolę nad wydarzeniami, pozwalali rywalom przejmować inicjatywę, a w spotkaniach z Koroną i Piastem kończyło się to utratą bramek i punktów. Można oczywiście szukać różnych przyczyn poszczególnych wyników, ale gdy podobny scenariusz powtarza się kolejny raz, trudno traktować go jako zwykły zbieg okoliczności.
Mecz z Cracovią niestety wpisał się w ten schemat. W wielu fragmentach drugiej połowy to gospodarze wyglądali lepiej i potrafili zepchnąć Legię do defensywy. Zamiast regularnie przenosić grę na połowę przeciwnika, legioniści coraz częściej bronili się blisko własnego pola karnego. Brakowało pomysłu na wyjście spod pressingu, utrzymanie piłki i stworzenie zagrożenia pod bramką Cracovii. W efekcie oglądaliśmy zespół, który coraz bardziej skupiał się na odpieraniu ataków, a coraz rzadziej potrafił samemu zmusić rywala do głębszej defensywy.
Niepokojące jest to, że nie był to wyłącznie problem obrońców. Zawodził przede wszystkim środek pola, który nie potrafił zapewnić drużynie odpowiedniej kontroli nad meczem. Bartosz Kapustka, słusznie chwalony za poprzednie występy, tym razem zagrał słabo. Tracił piłkę w newralgicznych strefach boiska, a takie błędy przy wyjazdowej grze i napierającym przeciwniku są szczególnie kosztowne. Każda strata w środku pola otwierała Cracovii możliwość szybkiego przejścia do ataku i zmuszała pozostałych legionistów do kolejnej interwencji w defensywie.

Wojciech Urbański próbował wziąć na siebie część odpowiedzialności za rozegranie. Szukał wolnych przestrzeni, starał się tworzyć przewagę w środkowej strefie i pomagać drużynie w przenoszeniu piłki do przodu. Jego aktywność była widoczna, ale tym razem to nie wystarczyło, by Legia odzyskała kontrolę. Sam jeden pomocnik nie rozwiąże problemu, jeśli reszta zespołu nie zapewnia mu odpowiednich możliwości rozegrania, a drużyna po odbiorze piłki nie potrafi utrzymać jej wystarczająco długo, by odciążyć defensywę.
Zastrzeżenia mam również do decyzji Marka Papszuna - trener zdecydował się na tak zwane odwrócone wahadła, czyli ustawienie lewonożnego zawodnika po prawej stronie i prawonożnego po lewej. Sam pomysł nie musi być zły, takie rozwiązanie może pozwalać zawodnikom schodzić do środka i otwierać przestrzeń dla innych graczy. Problem w tym, że przeciwko Cracovii nie przyniosło Legii oczekiwanych korzyści.
Ani Arkadiusz Reca, ani Kacper Chodyna nie dali odpowiedniej jakości w ofensywie. Brakowało skutecznych dośrodkowań, które mogłyby wykorzystać obecność trzech napastników na boisku. Skoro Legia miała w polu karnym zawodników gotowych walczyć o piłkę, należało dostarczyć im odpowiednie zagrania. Tymczasem wahadłowi nie potrafili stworzyć wystarczającego zagrożenia z bocznych sektorów, a drużyna traciła kolejne możliwości na przeniesienie ciężaru gry pod bramkę rywala.
Zastanawiam się więc, w jakiej formie znajduje się Shinnosuke Fukuda, skoro wciąż nie dostał szansy debiutu, a zarówno Reca, jak i Chodyna nie przekonują swoją grą. Oczywiście nie wiemy, jak Japończyk prezentuje się na treningach ani czy jest już gotowy do rywalizacji na tym poziomie, dlatego nie ma sensu zakładać, że automatycznie rozwiązałby problem. Trudno jednak nie zadawać pytań, gdy zawodnicy otrzymują kolejne szanse, ale nie potrafią wnieść do ofensywy tego, czego zespół potrzebuje.
4. Ma zalety, ale…
Szansę od pierwszych minut w starciu z Cracovią otrzymał Michal Ševčík, który w podstawowym składzie zastąpił Mateusza Szczepaniaka. Czech zaprezentował się przyzwoicie. Był aktywny w ofensywie, zdobył bramkę i próbował zagrań prostopadłych, których w grze Legii wciąż brakuje. Nie ograniczał się do bezpiecznego podawania piłki do najbliższego partnera, lecz szukał rozwiązań mogących otworzyć drogę do bramki. Właśnie takiej odwagi i kreatywności oczekuję od zawodników występujących w ofensywie.
Mam wrażenie, że jeśli Ševčík przepracuje z Markiem Papszunem cały okres przygotowawczy, może stać się jednym z ważniejszych piłkarzy Legii. Ma dobry zmysł do gry ofensywnej, potrafi szybko wymienić podanie, lubi grać na jeden kontakt i szuka niekonwencjonalnych rozwiązań. Nie jest zawodnikiem, który musi długo prowadzić piłkę, by spróbować stworzyć zagrożenie. Czasami wystarczy mu odpowiednie ustawienie i chwila przestrzeni, by zagrać piłkę, której inni nawet nie próbowaliby posłać. W drużynie mającej problemy z kreowaniem sytuacji takie umiejętności są na wagę złota.
Jest jednak pewne „ale”, które może tłumaczyć, dlaczego wcześniej częściej oglądaliśmy w podstawowym składzie Mateusza Szczepaniaka. Czech ma atuty w ofensywie, ale pod względem pracy bez piłki nie daje drużynie tyle, ile młody Polak. I właśnie ten element był widoczny w spotkaniu z Cracovią.

Szczepaniak to zawodnik, który potrafi pracować na całej długości boiska. Nie ogranicza się do szukania miejsca pod polem karnym przeciwnika, lecz regularnie wraca, pomaga w odbiorze i wspiera kolegów w zabezpieczaniu poszczególnych stref. Szczególnie ważna jest jego współpraca z Pawłem Wszołkiem. Nasz wahadłowy lubi włączać się do akcji ofensywnych, ale takie wyjścia wiążą się z ryzykiem pozostawienia wolnej przestrzeni za plecami. Ktoś musi wtedy odpowiednio zareagować i zabezpieczyć prawą stronę.
Szczepaniak potrafił wykonywać tę pracę, a w razie potrzeby podobną rolę mógł pełnić również Rafał Adamski. Dzięki temu Wszołek miał większą swobodę w ofensywie, a Legia nie pozostawiała tak łatwo przeciwnikom miejsca do przeprowadzenia kontrataku. W przypadku Ševčíka wyglądało to gorzej. Czech nie angażował się w asekurację z taką intensywnością, a Cracovia potrafiła wykorzystać wolną przestrzeń po naszej prawej stronie. Gdy Wszołek ruszał do przodu, za jego plecami pojawiała się luka, której Ševčík nie zawsze próbował załatać.
Nie chodzi o to, by wymagać od każdego zawodnika identycznego stylu gry. Ševčík ma inne predyspozycje niż Szczepaniak i właśnie dlatego może być dla Legii cenny. Nie można jednak oczekiwać, że jego ofensywne umiejętności automatycznie zrekompensują brak pracy w defensywie. Jeśli jeden zawodnik rusza do przodu, drugi musi rozumieć sytuację i odpowiednio reagować. W przeciwnym razie drużyna traci równowagę, a przeciwnik dostaje prostą drogę do stworzenia zagrożenia.
To szczególnie istotne w zespole Marka Papszuna. Trener wymaga od swoich piłkarzy nie tylko realizowania zadań ofensywnych, ale również zaangażowania w odbiór, asekuracji i odpowiedzialności za kolegów. Niezależnie od nazwiska każdy musi pracować dla drużyny. Ševčík może mieć większe umiejętności w kreowaniu akcji niż Szczepaniak, ale dopóki nie będzie w stanie zapewnić odpowiedniego zaangażowania w obu fazach gry, jego miejsce w podstawowym składzie nie będzie oczywiste.
Ševčík ma coś, czego Legii brakuje - pomysłowość, odwagę i umiejętność zagrania piłki otwierającej drogę do bramki. Teraz musi udowodnić, że potrafi połączyć te atuty z pracą dla całego zespołu. Jeśli poprawi grę bez piłki i lepiej będzie asekurował prawą stronę, może stać się bardzo ważnym zawodnikiem Legii. Potencjał ofensywny już pokazał. Teraz czas, by przekonał Papszuna, że potrafi realizować również te zadania, których nie widać w statystykach goli i asyst.
5. Niepotrzebna frustracja
Trochę nie poznaję ostatnio Pawła Wszołka. Mam wrażenie, że w ostatnim czasie jest bardziej podminowany i nerwowy niż zwykle. Nie wiem, z czego to wynika, ale sytuacja z 41. minuty meczu z Cracovią wydała mi się co najmniej dziwna.
Oczywiście, Paweł był faulowany i miał prawo być niezadowolony z zachowania rywala. Uważam jednak, że jego reakcja była zdecydowanie przesadzona. Tak mocne naskakiwanie na Bruleta i popychanie go nie miało większego sensu. Widać było frustrację Wszołka, ale trudno mi zrozumieć, dlaczego dał się ponieść emocjom aż do tego stopnia. Nie był to przecież brutalny faul, który mógł poważnie zagrozić jego zdrowiu. Rywal nie trafił go nawet w twarz, a mimo to Paweł zachował się tak, jakby wydarzyło się coś znacznie poważniejszego.

Efekt? Zupełnie niepotrzebna i głupio złapana żółta kartka. A przecież takie zachowanie nie przynosi żadnych korzyści ani samemu zawodnikowi, ani całej drużynie. Prędzej czy później Wszołek uzbiera kartki i będzie musiał pauzować. Wtedy Legia zostanie pozbawiona jednego ze swoich najważniejszych piłkarzy.
Nie można zapominać, jak wiele „Wszoła” daje zespołowi w ofensywie. To nasz najlepszy asystent, zawodnik potrafiący napędzać akcje, tworzyć przewagę i dostarczać piłki kolegom. Jego znaczenie dla drużyny widać szczególnie wtedy, gdy spojrzymy na zawodników, którzy mogą go zastąpić. Legia bez Wszołka na boisku jest wyraźnie słabsza, a jego absencja może oznaczać nie tylko problem z obsadzeniem prawego wahadła, lecz także utratę ważnego elementu naszej gry.
Dlatego tym bardziej szkoda, że tak doświadczony zawodnik daje się wciągać w niepotrzebne przepychanki. Emocje są częścią futbolu, ale trzeba jeszcze umieć nad nimi panować. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy problem, bo Legia zdecydowanie bardziej potrzebuje Wszołka skupionego na grze niż zawodnika, który przez własną frustrację łapie kartki i naraża zespół na kolejne osłabienie.
Kamil Dumała
