Bez ofiar; Papszunowa gra; bramkarze nawet się nie spocili; Urbańskich dwóch; energia Wjunnyka - to najważniejsze punkty po piątkowym meczu Legii Warszawa z Górnikiem Zabrze w którym padł bezbramkowy remis.
Punkty po meczu z Górnikiem Zabrze
1. Bez ofiar
Chyba wszystkich oczy bolały podczas oglądania piątkowego spotkania. Obie drużyny sprawiały wrażenie, jakby zapomniały, że w piłce nożnej najważniejsze jest zdobycie jednej bramki więcej od przeciwnika. Zamiast tego skupiły się przede wszystkim na tym, żeby nie zrobić krzywdy ani sobie, ani rywalowi. Trudno było odnieść wrażenie, że któremukolwiek zespołowi szczególnie zależy na zdobyciu trzech punktów. Legia i Górnik grały zachowawczo, jakby remis od początku był wynikiem, który obie strony chętnie zaakceptują.
Z perspektywy tabeli taki obrót spraw nie jest dla Legii najgorszy. Przewaga Górnika Zabrze nad nimi się nie powiększyła. Zadowolone mogą być więc obie drużyny, choć pewnie jeszcze bardziej zespoły, które próbują dogonić tę dwójkę, a także Lech Poznań, który może wykorzystać potknięcia rywali w walce o czołowe lokaty.
Ofiar nie było, punkt został dopisany, a mecz w końcu dobiegł końca. I chyba właśnie to ostatnie było dla kibiców największą ulgą. Naprawdę ciężko oglądało się to spotkanie, zwłaszcza o takiej porze. Brakowało tempa, odwagi, pomysłu i przede wszystkim emocji, których oczekujemy od meczów na tym poziomie.
Przed Legią teraz pięć kolejnych spotkań i jeśli zespół chce utrzymać dobrą średnią punktową oraz pozostać w grze o najwyższe cele, powinien zdobyć w nich przynajmniej 12 punktów. Nie będzie to łatwe zadanie, ale też trudno wyobrazić sobie, żeby podopieczni trenera Marka Papszuna mogli pozwolić sobie na kolejne takie występy. Potrzebujemy drużyny, która będzie grała z większą odwagą, będzie potrafiła narzucić rywalowi swoje warunki i przede wszystkim regularnie punktować.Tym bardziej że mecz z Lechem pokazał, iż Legia potrafi zaprezentować się znacznie lepiej. W tamtym spotkaniu było więcej intensywności, walki, sytuacji i piłkarskich emocji. Paradoks polega na tym, że rozegrali znacznie lepsze zawody, a mimo to nie zdobyli nawet punktu. Teraz dopisali jedno oczko, ale po spotkaniu, które trudno będzie komukolwiek wspominać z przyjemnością.
Miejmy nadzieję, że był to tylko chwilowy przestój, a Legia wróci na dobre tory. Przed nami pięć ważnych spotkań i nie ma już zbyt wiele miejsca na takie przestoje. Punkt z Górnikiem można zaakceptować, ale styl, w jakim został wywalczony, zdecydowanie nie powinien być dla nikogo powodem do zadowolenia.
2. Papszunowa gra
Piątkowy mecz bardzo przypominał tak zwane „papszunowe granie”. Legia mocno skupiona na defensywie, gra, która momentami bolała, sytuacji podbramkowych praktycznie jak na lekarstwo i trener, który może być zadowolony z wywalczonego remisu. Pamiętam, że za kadencji Marka Papszuna w Rakowie takich spotkań nie brakowało. Wiele razy oglądaliśmy drużynę, która przede wszystkim pilnowała własnej bramki, ograniczała ryzyko i nie zamierzała za wszelką cenę rzucać się do ataku. Dlatego wcale mnie nie dziwi, że piątkowy wieczór w Zabrzu zakończył się właśnie w taki sposób.
Bardziej może dziwić, że Legia potrafiła wcześniej naprawdę dobrze zagrać z Lechem Poznań, a także z Jagiellonią Białystok czy Wisłą Kraków. W tamtych spotkaniach zespół z Warszawy dało się oglądać. Nawet porażka z zespołem z Poznania nie zmienia faktu, że pod względem piłkarskim był to bardzo dobry występ, jeden z tych, które pokazują, że Legia potrafi grać odważniej, kreować sytuacje i stawiać trudne warunki mocnym przeciwnikom. Właśnie tego mi najbardziej szkoda, że nie potrafimy oglądać takiej Legii regularnie.
W kilku spotkaniach zespół zbyt mocno koncentruje się na defensywie i niedopuszczaniu rywala pod własną bramkę, ale robi to kosztem ofensywy. Brakuje pomysłu na rozegranie akcji, jakości w ostatniej tercji boiska i zawodników, którzy potrafiliby wziąć odpowiedzialność za kreowanie sytuacji. W Zabrzu szczególnie zawiodły wahadła. Nie potrafiły zrobić niczego konkretnego pod bramką Schulze, nie dawały odpowiedniej jakości w ofensywie i nie stanowiły realnego zagrożenia dla defensywy Górnika. Kreowanie stało na niskim poziomie, podobnie zresztą jak jakość całej kadry Legii.
Szkoda, że nie udało się chociaż raz ukłuć Górnika. Zwłaszcza że pojawiły się dwie sytuacje, które przy lepszym rozegraniu mogły dać nam coś ekstra i pozwolić wrócić z Zabrza z kompletem punktów. Nie można jednak zapominać o tym, co Legia zrobiła dobrze. Nie odmówię tej drużynie woli walki, charakteru i zaangażowania. Utrzymać takiego przeciwnika jak Górnik bez ani jednego celnego strzału na własną bramkę również trzeba potrafić. To zasługa organizacji gry, odpowiedzialności w defensywie i pracy całego zespołu. Nie każdy potrafi tak skutecznie ograniczyć ofensywne atuty rywala.

Tylko że bądźmy szczerzy - w obecnej Legii naprawdę brakuje piłkarzy, którzy potrafią grać w piłkę na odpowiednio wysokim poziomie. I nie chodzi mi o brak zaangażowania czy chęci, bo tego akurat nie można zespołowi Papszuna odmówić. Problemem są umiejętności, jakość techniczna, kreatywność i zdolność do rozstrzygania spotkań indywidualnymi zagraniami. Możemy świetnie pracować bez piłki, walczyć o każdy centymetr boiska i skutecznie neutralizować przeciwnika, ale kiedy trzeba samemu stworzyć coś z przodu, nagle okazuje się, jak niewiele mamy argumentów.
Sama organizacja gry i charakter nie wystarczą, żeby budować silną Legię. Papszun może wycisnąć z obecnej kadry więcej, poprawić jej funkcjonowanie i sprawić, że drużyna będzie trudniejsza do pokonania. Nie wyczaruje jednak umiejętności, których poszczególnym zawodnikom zwyczajnie brakuje. Dlatego tak ważne będą zimowe transfery. Bez kilku naprawdę jakościowych wzmocnień nadal będziemy oglądać Legię, która potrafi świetnie bronić, ale ma ogromne problemy, kiedy sama musi wziąć odpowiedzialność za wynik spotkania.
3. Bramkarze nawet się nie spocili
Legia w trzydziestym meczu pod wodzą Marka Papszuna zanotowała dziesiąte czyste konto. To niewątpliwie bardzo dobra wiadomość zarówno dla całego bloku defensywnego, jak i bramkarza Otto Hindricha. Szczególnie jeśli spojrzymy na to, jak w tym sezonie radzi sobie ofensywa Górnika Zabrze. Zespół z Górnego Śląska tylko w dwóch spotkaniach Ekstraklasy nie potrafił zdobyć bramki, przeciwko Motorowi Lublin i właśnie Legii. Warto jednak zauważyć, że w meczu z Motorem zabrzanie oddali trzy celne strzały, natomiast przeciwko zespołowi z Warszawy nie udało im się ani razu trafić w światło bramki.
To pokazuje, jak dobrze Legia potrafiła ograniczyć możliwości ofensywne przeciwnika. Owszem, Górnik miał uderzenie Ondreja Zmrzly’ego w poprzeczkę oraz główkę Jarosława Kubickiego, po której piłka minęła bramkę, ale poza tym trudno wskazać sytuacje, które naprawdę mogły zagrozić Hindrichowi. Pod względem defensywnym był to więc solidny występ Legii. Blok obronny funkcjonował odpowiedzialnie, zawodnicy dobrze zabezpieczali dostęp do własnego pola karnego, a rywal, który w większości ligowych spotkań potrafi znaleźć drogę do siatki, tym razem został całkowicie zatrzymany.
Niestety, kiedy przejdziemy na drugą stronę boiska, obraz Legii wygląda już znacznie gorzej. Uderzenie głową Łukasza Zjawińskiego nad bramką oraz strzał Bohdana Wjunnyka w boczną siatkę bramki strzeżonej przez Schulze to zdecydowanie za mało, żeby realnie myśleć o czymś więcej niż jeden punkt w takim spotkaniu. Trudno mówić o skutecznym kreowaniu sytuacji, kiedy przez większość meczu brakuje pomysłu na sforsowanie defensywy przeciwnika, a nieliczne próby nie zmuszają bramkarza do poważniejszej interwencji.
Najbardziej wymowne jest chyba to, że obaj golkiperzy właściwie nie mieli się czym zmęczyć. Hindrich nie musiał bronić ani jednego celnego uderzenia, a Schulze również nie został wystawiony na szczególnie trudną próbę. To dość osobliwy obraz spotkania, w którym Legia potrafiła całkowicie zneutralizować ofensywę Górnika, ale sama nie była w stanie stworzyć wystarczającego zagrożenia.
I właśnie w tym tkwi największa niejednoznaczność obecnej Legii. W defensywie zespół potrafi wyglądać naprawdę dobrze, zachować koncentrację i skutecznie ograniczać nawet mocnych przeciwników. W ofensywie natomiast momentami przypomina drużynę z dolnych rejonów tabeli, której brakuje jakości, kreatywności i pomysłu na zdobywanie bramek.
Dziesiąte czyste konto jest powodem do zadowolenia, ale bez poprawy gry ofensywnej trudno będzie przekuwać takie występy w zwycięstwa. Nie można wiecznie liczyć na to, że defensywa wykona całą pracę, a z przodu jakoś uda się zdobyć jedną bramkę. Solidna obrona daje fundament, ale Legia potrzebuje jeszcze piłkarzy, którzy potrafią zrobić z niej użytek.
4. Urbańskich dwóch
Mecz z Górnikiem Zabrze stał pod znakiem starcia dwóch Urbańskich – Kacpra i Wojtka. Ten pierwszy podczas letniego okna transferowego opuścił szeregi Legii Warszawa i został zawodnikiem naszych rywali. Sam byłem zwolennikiem podpisania tego piłkarza, bo uważam, że ma umiejętności pozwalające na grę na dobrym poziomie. Do jego odejścia można jednak podejść z dwóch stron. Z jednej strony straciliśmy stosunkowo młodego zawodnika z konkretnymi umiejętnościami, którego nie potrafiono odpowiednio wprowadzić do zespołu. Z drugiej - odszedł piłkarz, który w Warszawie nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, a przy tym sporo zarabiał. Jak wiadomo, dzięki znakomitemu zarządzaniu finansami przy Łazienkowskiej Legia musi dziś szukać oszczędności praktycznie wszędzie.
Patrząc na to, jak Kacper rozwija się w Górniku, jestem przekonany, że przy odpowiednim zaufaniu również w Legii mógłby sobie poradzić. Tego jednak w Warszawie nie dostał. Szkoda, bo to zawodnik, który potrafi zrobić na boisku coś niekonwencjonalnego. Chyba wszyscy doskonale wiemy, komu możemy podziękować za to, jak obecnie wygląda sytuacja naszego klubu.
Przechodząc jednak do samego spotkania, Kacper był jednym z piłkarzy napędzających grę Górnika. Potrafił nieoczywistym zagraniem, choćby efektowną piętką, otworzyć przestrzeń na boisku i przyspieszyć akcję swojej drużyny. Właśnie takich niekonwencjonalnych rozwiązań czasami brakuje mi w obecnej Legii.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja Wojtka. Czasami zastanawiam się, skąd bierze się aż tyle negatywnych komentarzy pod jego adresem. Widać, że u trenera Marka Papszuna pełni zupełnie inną rolę niż Kacper w Górniku. Jego podstawowe zadania to odbiór piłki w środkowej strefie boiska, zabezpieczanie przestrzeni i próby zagęszczania środka pola. Nie jest to zawodnik, od którego powinniśmy oczekiwać przede wszystkim ofensywnych fajerwerków. Ma wykonywać określoną pracę w defensywie i pod tym względem trudno mieć do niego większe pretensje po meczu z Górnikiem.
Wystarczy zresztą spojrzeć na statystyki. Wojtek wykonał 42 podania, z których 39 dotarło do adresata, co daje 93% celności. Jego kolega ze środka pola (Kapustka) zanotował 41 celnych zagrań na 50 prób, czyli 82%. Oczywiście trzeba pamiętać, że Wojtek częściej wybiera bezpieczne podania do najbliższego partnera, a większa część jego zagrań przypada na własną połowę. Nie oznacza to jednak, że całkowicie rezygnuje z prób uruchamiania ofensywy. Zdarza mu się szukać prostopadłych podań do kolegów ustawionych wyżej.
Do tego zaledwie sześciokrotnie stracił piłkę, co jak na zawodnika występującego w środku pola jest dobrym wynikiem. Pięć razy ją odzyskał, a do tego zanotował dwa przechwyty. To liczby pokazujące, że realizował zadania, które zostały mu powierzone.
Kacper i Wojtek to po prostu dwaj zupełnie różni piłkarze. Pierwszy jest bardziej nastawiony na ofensywę, potrafi szukać nieszablonowych rozwiązań i przyspieszać grę. Drugi ma przede wszystkim zabezpieczać środek pola, odbierać piłkę i pomagać drużynie w utrzymaniu odpowiedniej struktury. Nie jest to więc obrona Wojtka na zasadzie adwokata diabła. Uważam po prostu, że pod wodzą Papszuna przede wszystkim ustabilizował swoją formę. Nie gra wybitnie, ale prezentuje solidny, dobry poziom i trudno odmówić mu przydatności dla zespołu.
Jednocześnie nadal żałuję, że Legia nie znalazła sposobu, by odpowiednio wykorzystać potencjał Kacpra. Nie twierdzę, że jego pozostanie automatycznie rozwiązałoby nasze problemy, ale brakuje mi w tej drużynie zawodnika, który jednym nieoczywistym zagraniem potrafi zrobić na boisku coś wyjątkowego. A właśnie takiego piłkarza mogliśmy mieć w swoich szeregach.
5. Energia Wjunnyka
Trzeba jasno powiedzieć, że Bohdan Wjunnyk dał Legii zdecydowanie więcej pozytywnej energii niż Mateusz Szczepaniak w spotkaniu z Górnikiem Zabrze. Młody zawodnik miał spore problemy z utrzymaniem się przy piłce, często ją tracił i nie potrafił odpowiednio zastawić się przed rywalem. A właśnie umiejętność utrzymania futbolówki na połowie przeciwnika, szczególnie w ostatniej tercji boiska, jest jednym z istotnych elementów, na które zwraca uwagę trener Marek Papszun. Nie może więc dziwić, że już w przerwie zdecydował się na zmianę i wprowadził wypożyczonego z Lechii Gdańsk Bohdana Wjunnyka.
Ukrainiec pojawił się na murawie z dobrą energią i od razu było widać, że potrafi dać drużynie coś więcej. Umiał utrzymać się przy piłce na połowie rywala, dobrze zastawiał się przed przeciwnikami i potrafił zgrywać futbolówkę zarówno do Łukasza Zjawińskiego, jak i do środkowych pomocników. Nie ograniczał się przy tym do prostych podań, ale starał się uczestniczyć w budowaniu akcji. To właśnie on posłał bardzo dobre dośrodkowanie w pole karne, po którym Zjawiński uderzył głową ponad bramką Górnika. Była to jedna z ciekawszych prób Legii w tym spotkaniu.

Nie oznacza to jednak, że do Wjunnyka nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Jedno poważniejsze ale pojawia się przy sytuacji z 81. minuty. Zawodnik Legii ruszył wtedy do przodu, minął kolejnych rywali i znalazł się w obiecującej sytuacji. Problem w tym, że zamiast zachować chłodną głowę i poszukać podania w pole karne, zdecydował się na strzał z ostrego kąta, trafiając jedynie w boczną siatkę.
A szkoda, bo w szesnastce czekali lepiej ustawieni Łukasz Zjawiński i Wahan Biczachczjan. Obaj mogli znaleźć się w znacznie dogodniejszej sytuacji, a odpowiednie zagranie Wjunnyka dawało szansę na przechylenie szali zwycięstwa na korzyść Legii. Zabrakło jednak opanowania i właściwej decyzji. Ukrainiec trochę się podpalił, chciał sam zakończyć akcję i zmarnował okazję na stworzenie naprawdę groźnej sytuacji.
Mimo tego jednego błędu jego wejście należy ocenić pozytywnie. Wjunnyk dał Legii więcej utrzymania piłki, energii i konkretów w ofensywie niż Szczepaniak przed przerwą. To kolejny sygnał, że potrafi być przydatny w zespole Papszuna, choć wciąż musi pracować nad podejmowaniem właściwych decyzji w kluczowych momentach.
Kamil Dumała
