Jest jedynym piłkarzem Legii, który zdobył wszystkie w historii klubu tytuły mistrza Polski. Pierwsze cztery Lucjan Brychczy wywalczył jako zawodnik, a trzy pozostałe w roli trenera.
Jego kariera od 1954 roku związana jest z Legią. Przyjechał do Warszawy z małej osady śląskiej Łabędy. Z gliwickim Piastem zamierzał walczyć o I ligę. - Do stolicy jechałem ze strachem - opowiada Lucjan Brychczy. - Młody chłopak występujący dotychczas w A-klasowym klubie miał stanąć w szeregu z kilkunastoma reprezentantami Polski. Powołano mnie oczywiście do wojska. Żonie powiedziałem, że odsłużę dwa lata i wrócimy, pozostałem w stolicy do dzisiaj - wspomina.
Strach szybko minął. Został doceniony, choć zdawał egzamin u Ernesta Pohla, Mieczysława Szymkowiaka, Jerzego Woźniaka. Znalazł się na Łazienkowskiej, ponieważ podczas towarzyskich spotkań wpadł w oko trenerowi Janosovi Steinerowi. Błyskawicznie został powołany do wojska, pół roku przed terminem.
- Na Łazienkowskiej w tych czasach z najlepszych piłkarzy w kraju brakowało tylko Gerarda Cieślika - mówi Brychczy. - Skoszarowano nas na wzór budapeszteńskiego Honvedu. W kraju byliśmy bezkonkurencyjni. Stopniowo jednak zespół rozsypywał się.
Najlepszych kusiły śląskie kluby. Ja także zamierzałem odejść. Mieszkanie i niezła pensja już czekały w Zabrzu. Gdy byłem w Górniku, aby załatwić formalności, odezwał się telefon. Ówczesny I sekretarz PZPR w Katowicach poradził działaczom Górnika, aby z wojskiem nie zaczynali. Wróciłem więc na Łazienkowską. Zresztą w Legii obiecano mi, że po zakończeniu kariery pozwolą mi na grę za granicą.
Kończyłem karierę, mając 36 lat. Czy wypadało w tym wieku błąkać się po świecie? Gdy miałem 32 lata, na Łazienkowskiej zjawił się Jaroslav Vejvoda. Zamierzałem właśnie kończyć karierę. Czech popatrzył, jak poruszam się po boisku i zaczął mnie namawiać. Wychwalał technikę, strzał..., długo zresztą nie musiał. I był to chyba najlepszy okres w mojej karierze. Przyszli wtedy do klubu młodzi, bardzo zdolni piłkarze: Deyna, Gadocha, trochę później Ämikiewicz.
Ale i ta drużyna po 1970 roku zaczęła się rozpadać. Dobiła nas afera przemytnicza na lotnisku. Zrezygnowałem ostatecznie z gry, dość niespodziewanie zostając trenerem. Później jeszcze dwukrotnie prowadziłem pierwszy zespół, ale stwierdziłem, że to nie dla mnie.
Nie chcę porównywać dawnych lat z obecnymi, drużyn, a tym bardziej zarobków. Za półfinał Pucharu Europy otrzymaliśmy po 300 zł, tyle co nic. Dzisiaj za takie osiągnięcie piłkarze otrzymaliby po mercedesie.
Największą satysfakcję miałem po meczu RFN - Polska w Hamburgu w 1959 r. Podszedł do mnie trener Herberger i powiedział, że chciałby mieć w składzie takiego jak ja napastnika - zakończył Brychczy.
Felieton
Kici był niezastąpiony
środa, 19 maja 2004 08:53
Życie Warszawy