Właściwie wdarł się przebojem do pierwszego składu Legii. W niej zresztą zaczął piłkarską przygodę, by później pójść na - całkiem znośne, a nawet miłe - zesłanie do Agrykoli. Gdy skończył wiek juniora, władze klubu z Łazienkowskiej przypomniały sobie o "Jarzy", chłopaku mającym już za sobą występy w reprezentacji Polski juniorów. I tak Tomasz Jarzębowski - bo o nim mowa ponownie trafił do wojskowego klubu. Z reguły wychowanek lub prawie wychowanek ma największe kłopoty z "załapaniem się" w pierwszej jedenastce, bo ci kupieni są drożsi czyli... mają pierwszeństwo, jako że trzeba uzasadnić wydatek.
"Jarza" miał jednak sporo szczęścia. Wpadł w oko ówczesnemu trenerowi, Franciszkowi "Franzowi" Smudzie i zaczął grywać "ogony". Czyli był wchodzącym w ostatniej fazie gry. Trwało to krótko, umiejętności i nieco szczęścia - bez tego elementu nie ma czego w polskiej piłce szukać - pozwoliły na awans do pierwszej jedenastki. Przy okazji powstała legenda równie piękna jak prawdziwa, co ta o Smoku Wawelskim. Były w szatni słowne przepychanki, jedna grupa była "za" druga "przeciw", wygrała frakcja popierająca Tomka i on wybiegł na boisko w podstawowym składzie. - To ornitologiczna zagadka - mówi sam zawodnik - bo z szatni nic nie wychodzi. A ornitologia to "kaczka", jasna rzecz, że dziennikarska. Było inaczej, ale to tajemnica czterech ścian.
Co jednak tajemnicą nie jest? Ano fakt, iż pan Tomasz grał - z krótką październikową przerwą - do końca rozgrywek 2001 roku. I u młodego chłopaka zaczęły się zdrowotne kłopoty.
- Jak to było, a właściwie jak to jest?
Tomasz Jarzębowski: Zacząłem odczuwać bóle w kolanie. Przeprowadzono zabieg, miałem jakieś zwapnienie rzepki, nie orientuję się zbytnio w terminach medycznych. Usunięto mi coś zbędnego, trenowałem, grałem...
- I odnowiło się?
- Podczas obozu na Cyprze. Coś było nie w porządku. Trzeba było zacząć raz jeszcze.
- Leczył pana doktor Stanisław Machowski?
- Tak. To prawdziwy fachowiec.
- Jednak zdecydował się pan na wyjazd do Berlina, do lekarza Herthy?
- To była moja decyzja. Doktor Machowski powiedział, że mam pełne prawo, by decydować o własnym zdrowiu.
- Czyli Legia nie zapłaciła za wyjazd?
- Nie. Bo to była moja decyzja.
- A wszystko inne?
- Klub jest w całkowitym porządku. Teraz biorę serię zastrzyków, niedługo powinienem już truchtać, później trenować i wreszcie... grać!
- W pierwszym zespole?
- Cały czas jestem w kadrze Dragomira Okuki, ale jasne, że najpierw będą rezerwy, później "ogony".
- Nie obawia się pan, że ktoś będzie lepszy; brutalnie, że pana "wygryzie"?
- To jest sport. Gra lepszy. Liczę, że po powrocie do zdrowia wygram - choć z trudem - walkę o miejsce.
- Znowu boczna obrona? W Agrykoli i juniorskiej reprezentacji grał pan na środku pomocy.
- Tak ustawił mnie trener Smuda.
- Ciężko się było przestawić?
- Trzeba było. Najgorsze, że jak się wyrwę do przodu, to mogę grać w jedną stronę. Bo z drugiej jest ta cholerna linia boczna. I wtedy dosłownie i w przenośni wyląduję na aucie.
- Po minie widać, że jednak optymizm?
- Tak, choć wiem już, że nie będę mógł wykonywać pewnych ćwiczeń z pełnym obciążeniem. Nadrobię innymi elementami.
- Leczenie, rehabilitacja, co poza tym? Studia?
- Nie udało się połączyć AWF z treningami, a w dodatku obowiązkami rodzinnymi. Mogę się pochwalić...
- To niech pan się chwali!
- Moja córeczka, Julia. Urodzona... 1 stycznia tego roku. Absorbuje i zachwyca.
- Co lubi najbardziej?
- Kąpiel.
- To obowiązek pański czy żony, Agnieszki?
- Mój. Bardzo przyjemny.
I w tym momencie rozmowa została przerwana. Zadzwonił bowiem wynalazek, zwany telefonem komórkowym i pan Tomasz usłyszał głos małżonki: - "Słuchaj, czy pamiętasz, że za chwilę masz kapać naszą córeczkę?". - Zdążę - zabrzmiała odpowiedź - i, jak zdołaliśmy ustalić, naprawdę zdążył.
Rozmawiał Krzysztof Bazylow