Panathinaikos na meczu Euroligi z Fenerbahce w obecności 17,5 tys. kibiców - fot. Bodziach
REKLAMA

LL! on tour: Grecja fanatyczna czy przereklamowana? (1)

Bodziach, źródło: Legionisci.com - Wiadomość archiwalna

Tydzień przed świętami Bożego Narodzenia wybraliśmy się we trzech na wyjazd do Grecji, bynajmniej nie w celu szukania dawnych świątyń Zeusa. Naszym celem było sprawdzenie tego słynnego greckiego fanatyzmu, który sięga daleko poza stadiony piłkarskie, bowiem miejscowe kluby wspierają wszystkie sekcje swoich klubów - od koszykówki, przez piłkę wodną, po siatkówkę kobiet. W ciągu trzech dni udało się nam obejrzeć trzy "sekcyjne" spotkania klubów ze stolicy oraz jedno spotkanie piłkarskie.

Wyjazd do Grecji zaplanowaliśmy dwa miesiące wcześniej, wybierając najlepsze możliwe mecze w tym okresie. Punktem "zaczepienia" miał być mecz Euroligi Panathinaikos - Fenerbahce lub Olympiakos - Crvena Zvezda. Ten pierwszy uznając za "dziki", drugi, będący meczem przyjaźni, za być może zbyt lajtowy, ustaliliśmy wstępny plan meczowy oraz zakupiliśmy bilety lotnicze. W międzyczasie kolejne osoby wykruszały się. Termin bliski świąt, więc niektórzy mieli niezłe suszenie głów przez małżonki. I tak wykruszyła się połowa składu, tak zwani pantoflarze, którzy zamiast posmakować greckiej sceny ultras i miejscowych specjałów, wybrali lepienie pierogów i innych świątecznych potraw. Pierniki.

Im bliżej było do terminu wylotu, tym bardziej sprecyzowane plany meczowe - ze względu na pewne już terminarze. Niestety, jak się okazuje, kilka meczów pokrywało się ze sobą, do tego zupełnie nieświadomi w momencie zakupu biletów, nie pomyśleliśmy o meczach Pucharu Grecji, na który nie załapaliśmy się, bo wylądowaliśmy w Atenach, gdy rozbrzmiewał już ostatni gwizdek spotkania Appolonu Smyrnis z Panathinaikosem.

Naszą przygodę z greckim kibolstwem rozpoczęliśmy w piątkowy wieczór. Bilety na Euroligę ogarnęliśmy wcześniej, w obawie przed wykupieniem wszystkich wejściówek. Zdobycie tych biletów wcale nie było takie proste, bowiem sprzedaż on-line nie wymagała ani kart kibica, ani greckich danych osobowych, konieczna zaś była... grecka karta płatnicza. "To ze względów bezpieczeństwa" - poinformował nas mailowo jeden z pracowników koszykarskiego Panathinaikosu. Na szczęście ostatecznie, po interwencji jednego z Greków, udało się nam nabyć bilety (20 euro, czyli jedne z najtańszych), robiąc przelew na konto PAO, w zamian otrzymując PDF z gotowymi do druku wejściówkami. Jeden kłopot mniej.

Zdjęcia z meczu piłki wodnej - 9 zdjęć Bodziacha

W piątkowy wieczór, na przystawkę, wybraliśmy się więc na jedyne możliwe do obejrzenia spotkanie - piłki wodnej w wykonaniu drużyny Olympiakosu. Na miejsce przybyliśmy odpowiednio wcześniej, najpierw zaopatrując się w bilety na niedzielne spotkanie piłkarzy, następnie zaś przejechaliśmy jedną stację metra w stronę portu i rozpoczęliśmy kilometrową wyprawę w poszukiwaniu basenu, na którym miały się odbyć transmitowane przez telewizję zawody na szczycie. Przemieszczaliśmy się konkretnymi zadupiami, które prawdopodobnie nie dostaną nagrody w konkurencji "Dzielnica Seksu i Biznesu". W końcu trafiliśmy pod odpowiedni adres, a mając jeszcze pół godziny zapasu, ruszyliśmy na poszukiwanie jakiejś knajpy, co wcale nie wydawało się zadaniem prostym. Bilety na mecz piłki wodnej z Ν.O.B. kosztowały 5 euro. Na jedynej trybunie zebrało się ponad 350 widzów, czyli niewiele więcej niż 1/3 pojemności obiektu. Ten wypełnia się do ostatniego miejsca głównie przy okazji meczów derbowych, a dobra frekwencja jest również na europucharach. Tym razem szału nie było, szczególnie pod względem liczebności młyna.



Na ogrodzeniu wywieszono tymczasem aż dziesięć, ale niewielkich, flag Olympiakosu. Trudno powiedzieć, czy akcje na lokalnych rywali są tu tak rzadkie, czy może czerwono-biali wiedzieli o mobilizacji PAO na mecz z Fenerbahce i nie przejmowali się swoim oflagowaniem. Z pewnością 20-osobowa zorganizowana banda bez problemu przejęłaby cały dorobek wywieszony tego dnia przez miejscowych. Nie nasz to jednak problem. Samo spotkanie było wyjątkowo jednostronne i prowadzący w tabeli gospodarze pewnie pokonali wicelidera. Trzeba przyznać, że nawet osoby nieznające się na tej dyscyplinie mogły docenić efektowne rozgrywanie piłki i skuteczne rzuty. Przez cały mecz kilka osób śpiewało bardzo melodyjnie, ale nie da się ukryć, że śledząc to, jak potrafią pokazać się na innych meczach waterpolistów, liczyliśmy na znacznie więcej. Jako że dystans pomiędzy halą waterpolistów a obiektem, w którym grają koszykarze PAO i AEK dzieli godzinna podróż metrem, z piłki wodnej zawinęliśmy się kilka minut przed końcem spotkania. Uczyniliśmy to jako jedyni obecni na basenie, więc przyszło nam mierzyć się wzrokiem z miejscowymi ;).

Zdjęcia z meczu Euroligi Panathinaikos - Fenerbahce - 13 zdjęć Bodziacha

Przed halę Nikosa Galisa, która znajduje się w centrum olimpijskim i została wybudowana w 1995 roku, dotarliśmy z odpowiednim zapasem czasowym. Wychodząc z metra, szliśmy wraz ze sporym tłumem fanów Panathinaikosu, dla których metro stanowi główny środek dojazdu do tego obiektu. Od stacji Irini mieliśmy do przejścia dobrych kilkaset metrów, a po drodze masę straganów z szalikami i innymi pamiątkami Panathinaikosu, jak i możliwością zakupu miejscowych specjałów w bułce. Jakoś nie dostrzegliśmy kas biletowych - te zlokalizowaliśmy dopiero następnego dnia, ale trudno nam powiedzieć, czy aby na pewno w dniu meczu sprzedaż wciąż była prowadzona, przynajmniej w okolicy hali. Ostatecznie, oficjalna frekwencja (17 500) była zbliżona do maksymalnej pojemności hali wynoszącej 18 989 miejsc.
Przy wejściu na teren w pobliżu hali odbywała się pierwsza i jedyna kontrola osobista. Mocno pobieżna, a do tego załapywały się na nią tylko osoby "podejrzane" - z naszej trójki tylko jeden został przeszukany. Następnie znalezienie odpowiedniej bramki, bilet do czytnika i już jesteśmy w środku obiektu, który robi wrażenie. Całą halę można przejść dookoła wewnętrzną promenadą, na której znajduje się mnóstwo oficjalnych sklepików PAO, jak i bufety, które jednak ku naszemu zdziwieniu, nie oferują piwa.



Nie powiem, oczekiwania mieliśmy bardzo duże. Po ostatniej wizycie na koszu w Belgradzie ciągle czas mamy przed oczami widok całej (!) hali skaczącej i śpiewającej na maksymalnych obrotach od pierwszej do ostatniej minuty - robiło to lepsze wrażenie niż na derbach Belgradu, gdzie było przecież wielokrotnie więcej fanów. Tutaj liczba kibiców była naprawdę konkretna! Na ostatnich spotkaniach piłkarzy Panathinaikosu w Lidze Europy były zaledwie 4 tysiące fanów (wcześniej stracili szanse na wyjście z grupy), a łącznie na dwóch meczach LE frekwencja była niższa niż na tym jednym spotkaniu Euroligi z Fenerbahce. Widząc liczny młyn, konkretne oflagowanie (główne płótna PAO), w tym "Gate 13" czy "West Block", już widzieliśmy ten kocioł i "Horto Magico", które wgniecie nas w plastikowe krzesełka w rzędzie trzydziestym ósmym, z którego przyszło nam obserwować spotkanie. Dokładnie po przekątnej głównego młyna, tak, aby mieć jak najlepszą perspektywę.



Wyjście koszykarzy na rozgrzewkę faktycznie pokazało, że może być nieźle. "To rozgrzewka, jak zaczną grać, będzie naprawdę nieźle" - obiecywaliśmy sobie głośno. Problem w tym, że... poziom dopingu w trakcie meczu był niewiele lepszy niż podczas prezentacji drużyny. Szczerze mówiąc, byliśmy zawiedzeni tym, co dane nam było zobaczyć na żywo. Nie licząc oczywiście rywalizacji sportowej, bo ta faktycznie stała na nieco wyższym poziomie niż pierwsza liga koszykówki w stoLicy ;). Widząc przewagę zawodników gospodarzy, którzy dodajmy faworytem meczu nie byli, po cichu trzymałem kciuki za przyjezdnych, aby mecz nie rozstrzygnął się zbyt szybko i w końcówce były mega emocje. Tego się nie doczekaliśmy - Panathinaikos zwyciężył dość spokojnie, kontrolując przebieg spotkania przez cały czas. Ekipa z Turcji nie była tak mocno wygwizdywana i wyklinana, jak to miało miejsce w Serbii (tam to była czysta nienawiść, na parkiet leciały różne przedmioty). Fanów Fenerbahce nie zaobserwowano, nie licząc dwóch osób w żółtych koszulkach w strefie VIP, którą mieliśmy na wyciągnięcie ręki.

W trakcie meczu w młynie kilka razy było naprawdę głośno, ale tylko przez krótką chwilę - dość szybko poziom decybeli wracał do mocno przeciętnego, jak na taką liczbę osób, poziomu. Nie pomagał fakt, że wszystkie pozostałe sektory nie podłączały się do dopingu nawet na moment. Nie licząc jedynie radości po trafionych rzutach czy skutecznej obronie. Doping prowadzony był przez całe spotkanie, ale nie ukrywajmy - czuliśmy się nieco "oszukani" - spodziewając się niemiłosiernego ryku... "Horto Magico" było kilka razy, ale uwierzcie - na YT prezentuje się o wiele okazalej niż w rzeczywistości, przynajmniej biorąc pod uwagę to właśnie spotkanie.

Także pod względem atrakcji ultras było zdecydowanie skromniej niż na wielu innych meczach PAO - raptem jedna raca i jedna petarda. Oczywiście, nikt nie myślał o przerywaniu spotkania z powodu piro - podobnie zresztą dzieje się, gdy rac w tej hali płonie znacznie więcej. Dla Greków to nic nadzwyczajnego, a i pewnie ewentualne kary nakładane przez organizatora rozgrywek są niższe niż te, którymi co mecz zasypuje polskie kluby PZKosz... za przeklinanie. Chociaż akurat pod względem "uprzejmości" gospodarze byli wyjątkowo kulturalni, obierając sobie za cel tylko jednego zawodnika Fenerbahce, który - wszystko na to wskazuje - niedawno występował w ich klubie. Gwizdano na niego przy każdym kontakcie z piłką, dodając słowo "dupek", które było najbardziej wyróżniającym się z ich strony, jeśli chodzi o "bluzgi".

W hali rozdawane były ulotki zachęcające do wyjazdu na mecz PAO w Kazaniu (30 grudnia) - za taką przyjemność - przelotu z drużyną i kilkudniowego pobytu na miejscu - trzeba zapłacić 500 euro. Raczej nie skorzystamy, choć pewnie wśród Greków chętnych nie zabraknie. Po meczu fani podziękowali drużynie za wygraną, flagowi zdjęli z barierek swoje płótna i hala szybko zaczęła pustoszeć. Na pobliskiej stacji metra był niesamowity kocioł, ale oczywiście nikt nie pomyślał o tym, by podstawić pociągi z większą częstotliwością. Po 24 godzinach spędzonych w tym kraju ani trochę nas to nie dziwiło i do naszej kwatery w centrum miasta dotarliśmy przed 1 w nocy.

Zdjęcia z meczu kosza AEK - Doxa Lefkadas - 10 zdjęć Bodziacha

Następnego dnia mieliśmy do wyboru mecz siatkówki kobiet lub spotkanie koszykarskiej ekstraklasy w wykonaniu AEK-u. Śledząc, na co stać ich na meczach kosza - w tym podczas meczów wyjazdowych (w ostatnich tygodniach np. 1000 fanatyków w oddalonej o 300 km Trikali) - liczyliśmy, że pomimo z pewnością niższej frekwencji niż na Eurolidze, będzie większe zaangażowanie fanów AEK-u. Tym bardziej, że ich piłkarze swoje spotkanie grali dopiero dwa dni później - w poniedziałek.

Na miejsce docieramy oczywiście metrem - jedynym sensownym środkiem komunikacji w Atenach. Po twarzach można było poznać, kto z miejscowych jedzie w to samo miejsce co my, mimo że barw klubowych trudno było się doszukiwać. Tak naprawdę zarówno Panathinaikos, jak i AEK po mieście chodzi raczej bez barw, a te wyciągają spod kurtek dopiero blisko hali/stadionu. Jedynie Olympiakos, według naszych obserwacji, śmiga po mieście w barwach.

Tym razem biletów wcześniej nie kupowaliśmy i dopiero dojechawszy na miejsce, zlokalizowaliśmy dwie kasy biletowe, znajdujące się kilkaset metrów od hali. Wybraliśmy najtańsze wejściówki w cenie 5 euro, znając klimaty greckie, gdzie tak naprawdę na tych wejściówkach moglibyśmy usiąść wszędzie, gdzie tylko byśmy chcieli, z lożą VIP włącznie. Do ich zakupu musieliśmy jedynie okazać dokumenty tożsamości i już mogliśmy zajmować miejsca w hali. Jako że AEK na swoich meczach wystawia młyn w innym narożniku niż PAO, wybraliśmy te same miejsca co dzień wcześniej - siadając dokładnie na wprost młyna... który tego dnia był niestety mało aktywny.



Co ciekawe, wystrój hali w ciągu kilkunastu godzin został zmieniony diametralnie. Sklepiki PAO były pozamykane roletami antywłamaniowymi, zmienione zostały reklamy na parkiecie, fotele na najniższym poziomie (w barwach i z herbem klubu), podobnie jak tunel dla zawodników (również z herbem i w barwach) czy podwieszone pod sufitem płachty z największymi sukcesami klubu.

AEK wywiesił kilkanaście flag wzdłuż boiska, jak również kilka kolejnych w narożniku za jednym z koszów. W miejscu, gdzie zasiada młyn zebrało się raptem kilkadziesiąt osób chętnych do wspólnego dopingu, ale zapału starczyło im na kilka minut. Raz na jakiś czas ożywiali się i coś tam pomruczeli - głównie na dwa sektory, ale generalnie - obraz nędzy i rozpaczy. Jedynym ciekawym akcentem spotkania była jedna z akcji w trakcie meczu, kiedy nagle na środku trybuny zakotłowało się i kilkadziesiąt osób tratując się ruszyło do wyjść. Podobno zlokalizowali kogoś z lokalnych rywali zainteresowanego ich oflagowaniem, ale pewności nie mamy. Awantury jednak jako takiej nie było - najpierw cała grupa wybiegła z hali (choć to też za duże słowo, bo nie spieszyło im się aż tak bardzo), by po kilku minutach ponownie zasiąść na swoich miejscach. Na trybunie za jednym z koszyków pojawiło się 450 dzieciaków, którzy wyposażeni byli w żółte i czarne baloniki. Frekwencja w hali wyniosła ok. 2 tysiące, na parkiecie gospodarze wygrali bardzo pewnie (84:60), więc i pod tym względem emocji nie było. Jako ciekawostkę można dodać, że pod koniec stycznia z AEK-iem zagra Stelmet Zielona Góra.

Tak wyglądały trzy mecze "sekcyjne" w Grecji, które zaliczyliśmy. Zdecydowanie zawiedzeni wracaliśmy do hotelu, licząc że ostatni - jedyny piłkarski mecz jaki obejrzymy w Grecji - przyniesie w końcu spodziewany przez nas poziom fanatyzmu. Ale o tym przeczytacie w kolejnym "odcinku".

Poprzednie kibicowskie relacje ze stadionów Polski i świata w dziale Na stadionach.

REKLAMA
REKLAMA
© 1999-2020 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.