Drugi raz z rzędu Legia pożegnała się z Pucharem Polski już po pierwszym meczu. We wtorek legioniści przegrali na wyjeździe z Motorem Lublin aż 0-3, odpadając z dalszej gry w krajowym pucharze. "Wojskowi" zaprezentowali się na murawie wyjątkowo słabo, szczególnie jeśli chodzi o formację ofensywną.
Pucharowe déjà vu. Kompromitacja...
Legia bardzo źle rozpoczęła spotkanie w Lublinie. Już w 3. minucie gospodarze objęli prowadzenie po błędzie defensywy stołecznego klubu. Robert Deziel Jr. nie opanował niedokładnego zagrania, piłkę przejął Fábio Ronaldo i prostopadłym podaniem uruchomił Karola Czubaka, który w sytuacji sam na sam pokonał Otto Hindricha.
Pierwsze minuty były w wykonaniu Legii bardzo chaotyczne. Warszawianie mieli problemy z utrzymaniem się przy piłce, często tracili ją w środku pola i nie potrafili uspokoić gry. Motor korzystał z tych błędów i próbował szybko przedostawać się pod bramkę gości.
Z czasem Legia zaczęła częściej pojawiać się w pobliżu pola karnego gospodarzy. W 15. minucie po dalekim wyrzucie Rafała Augustyniaka do uderzenia głową doszedł Łukasz Zjawiński, jednak Gašper Tratnik popisał się bardzo dobrą interwencją. Pięć minut później to Motor był bliski drugiego gola. Augustyniak przegrał pojedynek z Czubakiem, napastnik gospodarzy zgubił nieco tempo biegu, ale finalnie zdołał oddać uderzenie. Na całe szczęście chybił obok słupka.
W kolejnych minutach warszawianie częściej utrzymywali się na połowie Motoru, choć nadal mieli problemy z tworzeniem dogodnych sytuacji. Po dośrodkowaniu Chodyny głową wprost w bramkarza uderzył Adamski, a po rzucie rożnym Augustyniak posłał piłkę obok bramki.
Legia próbowała jeszcze doprowadzić do wyrównania przed przerwą, ale jej ataki były zbyt niedokładne. Gospodarze skutecznie bronili dostępu do własnego pola karnego i po nieco ponad 40 minutach podwyższyli prowadzenie... Wówczas indywidualną akcją popisał się Ronaldi, który przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów, a następnie płaskim strzałem pokonał Hindricha. Był to jednocześnie kolejny fatalny błąd obrony legionistów, którzy na to spotkanie ewidentnie jak na razie "nie dojechali".

Na drugą połowę drużyny wyszły bez zmian w składach. Nieco lepiej na boisku początkowo prezentowała się Legia, która częściej utrzymywała się przy piłce. Niedługo po rozpoczęciu kontaktowego gola mógł zdobyć Zjawiński. Napastnik dostał dobre podanie z głębi pola od Kapustki, lecz przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem Motoru. To była znakomita okazja, aby "Wojskowi" w mocnym stylu zaczęli drugą odsłonę, lecz niestety napastnikowi zabrakło zimnej krwi.
W 55. minucie Motor strzelił trzeciego gola, ale po analizie VAR arbiter zdecydował się na zmianę pierwotnej decyzji. Okazało się, że skaczący do główki Czubak faulował Hindricha, który interweniował we własnej szesnastce. To był kolejny sygnał ostrzegawczy dla legionistów, którzy tym razem mieli masę szczęścia.
Legia próbowała zwiększyć tempo i częściej przenosiła grę pod pole karne gospodarzy. Najbliżej zdobycia kontaktowej bramki była po... dośrodkowaniu Kacpra Chodyny, po którym piłka trafiła w słupek. Paradoksalnie była to jedna z najlepszych okazji warszawian na kontaktowego gola w drugiej połowie.
Czas ubiegał, a obraz gry nie zmieniał się. Na niewiele zdało się nawet wprowadzenie Jana Kuchty, który notował wiele nieudanych zagrań i strat. Przez długie fragmenty gra Legii wyglądała jak "bicie głową w mur". Bardzo nieporadnie wyglądały wszelkie ataki, które rzadko kiedy kończyły się choćby oddaniem celnego strzału. Wreszcie w samej końcówce dwa celne uderzenia w wykonaniu wprowadzonego Mateusza Szczepaniaka - dwukrotnie na posterunku był Tratnik. W doliczonym czasie gry wynik ustalił Ndiaye.
Tym samym Legia powtórzyła swój "wyczyn" sprzed roku, kiedy również po pierwszym meczu rozgrywek odpadła z Pogonią Szczecin...


