fot. Legionisci.com

Tune(L) czasu: Jacek Magiera

Qbas, źródło: Legionisci.com - Wiadomość archiwalna

15. lecie redakcji LL! uświadomiło nam, jak długo jesteśmy związani z Legią. Dla większości z nas ta miłość trwa już ponad 20 lat. W związku z tym, ludziom z naszego pokolenia chcemy przypomnieć, a młodszym kibicom przybliżyć tamte lata. I legijnych bohaterów końcówki XX i początków XXI wieku. Zapraszamy Was w podróż w czasie, ale nie wehikułem. U nas w podróż zabiera nowy cykl: Tune(L) czasu.

Gdy parę lat temu rozmawialiśmy z Miro Radoviciem, to żartował on, że w Legii jest już tak długo, jak „Babcia”. Tą „Babcią” nazywany był Jacek Magiera, który wkrótce będzie świętował swoją „osiemnastkę” w Legii. W Warszawie pojawił się w styczniu 1997 r., ma więc co wspominać i opowiadać. I opowiedział: o seledynowych marynarkach, mistrzostwie Europy, wąsach byciu najdroższym w historii ligi, zarobkach w milionach, trudnych pierwszych latach przy Łazienkowskiej, relacjach z „Franzem” Smudą, korupcji, buractwie Cracovii i miłości do Warszawy.

Zapraszamy do lektury!

* * *

Pamięta Pan jeszcze swój debiut na boiskach Ekstraklasy? W przyszłym roku minie 20 lat. Szmat czasu…
- To było dokładnie 18 marca 1995 r. Mecz Rakowa Częstochowa ze Stalą Mielec, wybiegłem w podstawowym składzie i grałem na prawej pomocy. W Stali grał jeszcze Boguś Cygan, Janusz Kaczówka. To były ostatnie lata tego klubu w Ekstraklasie, ale jeszcze wtedy to była silna drużyna. Pewnie młodsi kibice nie pamiętają, że takie drużyny, jak Raków, czy Stal Mielec grały na najwyższym poziomie. Ja zaś czekałem na ten debiut pół rundy. Postawił na mnie trener Gothard Kokott, który wcześniej wprowadził mnie do Rakowa.

Grał Pan z Rakowem jeszcze w II lidze.
- Debiutowałem z Wartą Poznań w marcu 1993 r. Miałem 16 lat, 3 miesiące i 21 dni, z tego co pamiętam. 1 czerwca 1993 r. pojechałem na swój drugi mecz ligowy i strzeliłem bramkę na Arce Gdynia. Tych meczów w II lidze mam łącznie 8 i na koncie też awans do I ligi (Ekstraklasa – przyp. red.).



Mariusz Kukiełka mówił kiedyś, że jak wchodził do szatni Siarki to najpierw pukał.
- (śmiech) Pukać nie pukałem, ale mówiłem „dzień dobry”. Nie siedziałem też na ławce, a na krzesełku. Mi jednak było łatwiej o tyle, że do pierwszej drużyny wchodziliśmy większą grupą. To były zupełnie inne czasy niż dzisiaj. Wtedy młodzież wchodziła do drużyny pełnej dorosłych, często prawie 20 lat starszych facetów, mających rodziny i zupełnie inne sprawy na głowie niż dziś. Teraz ta różnica wieku została trochę zatarta, inne jest podejście młodych do sporo starszych piłkarzy. Kiedyś to było wielkie halo, krępowało się odezwać w szatni. Dziś tego nie ma.

Można powiedzieć, że miał Pan szczęście. Gdyby debiutował Pan wtedy w GKS Katowice, ŁKS Łódź czy Legii, trzeba byłoby zapuścić wąsy.
- Piekarczyk, Janoszka, Maciejewski z GKS, w Legii Pisz, Mandziejewicz, Fedoruk, Kruszankin, Kowalczyk, w ŁKS Chojnacki… W Rakowie też było kilku wąsaczy – Witek Gwiździel, Zbyszek Sieja, czy Janusz Bodzioch. Wówczas piłkarze byli potężniejsi niż dzisiaj i … bardziej owłosieni. U większości z nich dwudniowy zarost wyglądał, jak półroczny u współczesnych piłkarzy.

Skąd to się bierze? Jak się np. patrzy na zdjęcia Zbigniewa Mandziejewicza z połowy lat 90., to gość wyglądał, jakby miał z 50 lat, a przecież miał mniej więcej tyle samo, co my teraz.
- A to więcej takich wtedy było w Legii. Marek Jóźwiak, Jacek Zieliński, Maciej Szczęsny czy Krzysiek Ratajczyk też byli niczego sobie i też wyglądali na znacznie starszych. Porównajmy ich nawet z Legią sprzed powiedzmy dwóch lat: Tomek Kiełbowicz, Kuba Kosecki, Dominik Furman, czy Daniel Łukasik. Gdyby tak mieli ze sobą zagrać, to wyglądałoby, że seniorzy grają z juniorami. Takie mamy teraz czasy, że później się dojrzewa, również na boisku.

Pan to nigdy nie szokował ani wyglądem, ani fryzurą.
- Ale jak dzisiaj oglądam te zdjęcia sprzed 20 lat, to szokuję sam siebie, że takie fryzury, krawaty, czy garnitury były (śmiech).



A`propos garniturów, to pamiętam zdjęcie z powrotu młodzieżówki U-16 z Mistrzostw Europy w 1993 r. w Turcji, gdzie zdobyliście złoty medal. W tych „garniakach” wyglądaliście przednio (śmiech)



- To były garnitury, które sami sobie kupiliśmy z premii za tytuł. Chcieliśmy wyglądać, jak profesjonalna drużyna. Nie wiem już kto, ale ktoś z kierownictwa drużyny znalazł zakład, który uszył je nam za pół ceny, bo z premii by nie starczyło. Mieliśmy swoje pierwsze garnitury, no i byliśmy dumni! Ten kolor to była taka morska zieleń. A trenerzy mieli czerwone marynarki. Wyglądali i kozacko, i śmiesznie (śmiech). Ogólnie to była fajna ekipa, w której panowała świetna atmosfera, ale przede wszystkim mieliśmy wyniki. Zdobyliśmy tytuł mistrza Europy i brąz na mistrzostwach świata. Było się czym chwalić.

Możecie się pochwalić, że należycie do nielicznej grupy polskich piłkarzy, która zdobywała złote medale (IO 1972 r., ME U-16 1993 i ME U-19 2001- przyp. red.). Do tego wielu zawodników z tamtego zespołu poważnie zaistniało w ligowej piłce. Szulik, Terlecki, Bledzewski, Szymkowiak, Kukiełka, czy Pan …

- Mogę wymienić cały skład tamtego zespołu, łącznie z numerami. Byli jeszcze m. in. Andruszczak, Marek Kowalczyk, Janowski, Wyczałkowski, Radomski czy Wichniarek. Z powodu kontuzji nie załapał się jeszcze Maciek Murawski.

Przypomniał pan Sylwestra Janowskiego. To był bardzo charakterystyczny zawodnik. Długowłosy bramkarz Siarki Tarnobrzeg, który tym swoim wyglądem wbijał się w pamięć.
- No wbijał się. Ale najbardziej wbijał się tym, że jak mieliśmy jakąś imprezę, to każdy przychodził z dziewczyną, a on przychodził ze szwagrem (śmiech).

Jak się ma 16 lat i osiąga się takie wynik, to potem łatwo może w głowie zaszumieć. Większość z was jednak dała radę, graliście na poziomie Ekstraklasy, nawet reprezentacji, graliście z sukcesami w klubach zagranicznych
- Na pewno u niektórych mocno zaszumiało i mimo ogromnych możliwości, pokończyli w IV ligach, czego, jak sami przyznają, bardzo tego żałują. Wtedy pojawili się wokół nas pierwsi menadżerowie, ale to nie byli menadżerowie z prawdziwego zdarzenia, tylko ludzie, którzy próbowali na nas szybko zarobić. Kręcili się, obiecywali złote góry i mącili w głowach. W moim przypadku było tak, że te sukcesy mi nie zaszkodziły, bo potraktowałem je, jako … coś normalnego. Ich rangę doceniłem dopiero po latach. Zacząłem wówczas przeglądać zapiski z tamtych mistrzostw i doszedłem do wniosku, że dokonaliśmy naprawdę wielkiej sztuki. Byliśmy drużyną laną za każdym razem przez Rumunię, choć przecież budowaną przez dwa lata. Mówiliśmy sobie, że jedziemy po medal, ale nikt od nas tego nie oczekiwał. Podeszliśmy więc na luzie i m. in. dlatego tak dobrze nam poszło.

Początek mieliście nieszczególny.
- Graliśmy ze Szwajcarią, która na turniejach towarzyskich lała wszystkich. Nie zdążyłem jeszcze kopnąć piłki, a już przegrywaliśmy 0-1. I tak przez myśl przeszło mi, że i nam wbiją jeszcze parę bramek, ale szybko wzięliśmy się w garść. Maciek Terlecki wyrównał w 30 minucie, spotkanie zakończyło się podziałem punktów i uwierzyliśmy, że można. Gdy wracaliśmy autokarem puściliśmy sobie kasetę Saragossa Band i wszyscy śpiewaliśmy, klaskaliśmy w rytm muzyki. Tworzyło się coś fajnego, prawdziwy zespół. Wygraliśmy dwa następne mecze i wyszliśmy z grupy. W ćwierćfinale wpadliśmy na Belgię i mieliśmy chyba z 10 sytuacji, ale nic nie chciało wpaść. Zakończyło się bezbramkowym remisem po dogrywce. Doszło do rzutów karnych, w których wygraliśmy… 2-0 po świetnych interwencjach Andrzeja Bledzewskiego. W półfinale była już Francja i tu pewna ciekawostka. To był turniej, na którym testowano wznawianie gry za autu nogą. Każdy więc aut był jakby rzutem rożnym. Do przerwy prowadziliśmy 1-0 po indywidualnej akcji Maćka Terleckiego. Francuzi wyrównali po zmianie stron i zaczęła się nieprawdopodobna obrona Częstochowy. Cisnęli nas strasznie, ale my wyprowadzaliśmy kontry. Udało się jednak doprowadzić do dogrywki, a tam obowiązywała zasada złotego gola. W drugiej części dogrywki rozpoczynaliśmy grę i po wznowieniu ruszył Artur Wyczałkowski, który sam popędził na bramkę i dał nam awans do finału.

A w finale Włosi: Buffon, Totti…
- Z Włochami mieszkaliśmy w jednym hotelu i oni bardzo śmiali się z naszych dresów, bo rzeczywiście wyglądaliśmy w nich tragicznie. Wyposażyła nas firma Senior, a były to czasy, gdy PZPN nie zapewniał jeszcze swoim drużynom markowych strojów. Mieliśmy więc te śmieszne dresiki i wyglądaliśmy naprawdę zabawnie. Nawet jeden z Włochów chciał się z nami wymienić po turnieju, a oni mieli wtedy sprzęt Diadory, by pokazać u siebie, jak my wyglądaliśmy.



Mimo tych dziadowskich dresów, to wy byliście górą.
- No bo dres nie gra, koszulka nie gra, a decydują umiejętności. Mecz z Włochami był najlepszym w historii tamtej reprezentacji. Do przerwy powinniśmy prowadzić już z 5-0, ale świetnie w bramce bronił Buffon. W końcu jednak pokonał go Szulik, który tak dziwnie biegał, bo miał nogi w „iksa”. Ostatnie 15 minut broniliśmy się rozpaczliwie, ale udało się utrzymać wynik i zostaliśmy mistrzami. Dostaliśmy medale, potem mieliśmy wielkie świętowanie w hotelu w Stambule.



Dużo Pan z tego turnieju pamięta. Widać, że jest on dla Pana bardzo ważny.
- Piękne wspomnienia, każdemu życzę, by mógł coś takiego przeżyć. Do dziś, gdy spotykamy się z trenerem Zamilskim, to wspominamy tamten turniej. Mam gdzieś jeszcze nagrany ten finał na kasecie VHS.

Wspomniał Pan o strojach. I tak sobie pomyślałem, że dla młodych kibiców, czy piłkarzy rozmowa o tym, to trochę jak czytanie wspomnień pana Lucjana Brychczego. Pieniądze, infrastruktura, stroje. Przeskok jest ogromny. Teraz młodzież ma wszystko, i bardzo dobrze zresztą, ale jakby tych umiejętności brakowało.
- Kiedyś się szło na dwór i cały czas grało się w piłkę. A teraz są aparaciki, telefony, komunikatory. Ludzie przestają wychodzić z domu, przestają rozmawiać ze sobą. Komunikują się za pośrednictwem sms, maili i innych wiadomości. Nie jest sztuką zostawić wiadomość. Sztuką jest powiedzieć, wziąć udział w dyskusji. Koszulki rzeczywiście nie grają, ale człowiek lepiej się w nich czuje. Kiedyś się wyłącznie myślało o piłce, teraz widać jak zawodnicy sami robią sobie zdjęcia w szatni i wrzucają to na jakieś fejsbuki. Wydają się być bardziej zakochani w sobie, a mniej zaangażowani w to, co mają robić. Nie piję tu jednak tylko piłkarzy polskich. Tak jest na całym świecie i tamci zdobywają tytuły mistrzostw Europy, czy świata. To nie jest więc przyczyna słabości naszej piłki, to byłoby to za proste. Przyczyn jest mnóstwo, ale innych. Upieram się jednak, że mamy bardzo utalentowaną młodzież i przy ich mądrej współpracy z trenerami, którzy się rozwijają, chcą się ciągle czegoś uczyć, poziom polskiej piłki musi się podnieść i z roku na rok będzie się podnosił.

Pogadamy trochę o pieniądzach?
- No. (uśmiech) Nie da się w ogóle porównać tamtych pieniędzy z tymi obecnymi. To tak, jakby porównać moje ówczesne zarobki z tym, co otrzymywał Lucjan Brychczy w latach 50., gdy dostawali trampki, czy radyjko, a do tego zaprosili ich na obiad. W tej chwili pieniądze w piłce są przeogromne. Moje pierwsze zarobki pochodziły z… Huty Częstochowa. Podczas gry w Rakowie byłem tam zatrudniony na stanowisku instruktora sportu i miesięcznie dostawałem 8 milionów zł brutto.

Był Pan milionerem! (śmiech). Tyle, że to było przed denominacją, czyli w obecnym systemie to jest 800 zł.
- Na rękę to było 600, co było moją pensją jako zawodnika drugoligowego, a potem pierwszoligowego. Z klubem podpisałem kontrakt w drugim sezonie, już w Ekstraklasie. Opiewał on na kwotę 150 milionów złotych rocznie, czyli obecnie 15 tys. PLN. Wychodziło więc ok. 1200 zł na rękę miesięcznie. A byłem przecież podstawowym zawodnikiem, mistrzem Europy. Na szczęście wtedy mieszkałem z rodzicami, więc było mi znacznie łatwiej się utrzymać.

W Legii chyba było już znacznie lepiej?
- Gdy w 1997 r. przyszedłem na Łazienkowską, to miałem 2 tys. zł miesięcznie i tak było przez kilka lat.

A dostał Pan mieszkanie od klubu?
- Musiałem sobie sam wynajmować. Pierwsze mieszkanie miałem na ulicy Maltańskiej 4. Pamiętam, że płaciłem wtedy 500 dolarów za wynajem, co było dla mnie bardzo dużym wydatkiem, choć dolar kosztował dużo mniej, bo jakoś 1,8 zł. W pierwszym okresie pobytu w Warszawie mieszkał ze mną tata. Przyjeżdżał na dwa tygodnie, potem wyjeżdżał, za jakiś czas wracał i tak to trwało przez pewien okres. Później na chwilę przeprowadziłem się na Kabaty, aż w końcu kupiłem mieszkanie na Gocławiu i tam czułem się najlepiej.

Czemu w ogóle Legia? Co Pana przekonało do gry w Warszawie?
- Nie będę mówił, że gra w Legii była moim marzeniem, bo była nim gra w Rakowie. Chciałem zagrać w tym klubie, bo wychowywałem się w pobliżu. Oglądałem zaś Legię w telewizji i nigdy nie sądziłem, że tu zagram. Po prostu nie miałem marzeń, że będę grał w najlepszych polskich klubach. Propozycję gry przy Łazienkowskiej dostałem podczas meczu Legii z Rakowem. Miałem wtedy dobry okres. Strzelałem bramki w Rakowie, byłem kapitanem reprezentacji olimpijskiej. Przyjechaliśmy do Warszawy i strzeliłem „Szamo” gola na 0-1. Legia w końcu wygrała 2-1 po bramce Jacka Zielińskiego w ostatniej minucie meczu. Po spotkaniu podszedł do mnie kierownik Ireneusz Zawadzki, z którym znałem się już z młodzieżówki i powiedział mi, że Legia się mną interesuje i ogląda moje występy. Zapytał też, czy chcę przyjść, a ja od razu potwierdziłem. To był sierpień 1996 r., a 19 grudnia podpisałem kontrakt.



Ile Pan kosztował Legię?
- Milion złotych. To był czas, gdy wchodziło Daewoo i były to bardzo duże pieniądze. Przez miesiąc byłem nawet najdroższym piłkarzem w Polsce (śmiech), ale potem przebił mnie Czereszewski.

To były pierwsze i niestety właściwie ostatnie wielkie transfery Daewoo. Do klubu trafili wtedy Czereszewski ze Stomilu, Włodarczyk z KP Wałbrzych i Pan ze Skrzypkiem z Rakowa. Jak przywitała was szatnia?
- Na początku czułem się dziwnie. Było bowiem tak, że ja zawsze miałem swoje zdanie i często robiłem odwrotnie niż chłopaki. Jak oni szli na imprezę, czy na piwo, to ja do domu do książek. Jak oni jechali na urlop do Mielna, bo to był wtedy modny kierunek, to ja wracałem do Częstochowy, albo na uczelnię. I rzeczywiście odczuwałem, że jestem traktowany inaczej, pojawił się więc problem z aklimatyzacją. Wtedy jednak powiedziałem sobie, że się nie zmienię, że pozostanę sobą. Dzięki temu swoje w życiu osiągnąłem, skończyłem studia, byłem jednym z założycieli akademii na Legii, a dziś jestem trenerem. Zapracowałem na to swoim zachowaniem, postawą i sumiennością. Cieszę się, że wtedy nie uległem, choć miałem problemy, nie byłem akceptowany w drużynie i przez kibiców. Po jakimś czasie to się jednak zmieniło. Stałem się jedną z wiodących postaci, od 2000 r. byłem w radzie drużyny. Udało się wejść na odpowiednie tory i jestem dumny, że swoją konsekwencją przekonałem do siebie ludzi, którzy wcześniej krzywo na mnie patrzyli.

Jak to wtedy w tej szatni Legii było? Jak się czyta wspomnienia ówczesnych legionistów, to wychodzi na to, że była tam prawdziwa mieszanka wybuchowa.
- Czasami bywało ostro, a nawet dochodziło do rękoczynów. Młodzi walczyli ze starymi o swoje, tworzyły się grupy. Ale to wszystko odbywało się poza boiskiem. Na murawie jednak stanowiliśmy zespół. Jasne, że były pretensje, że ten nie gra, a tamten gra, ale nie miało to przełożenia na postawę w meczach. Wydaje mi się, że w latach 90. młodzież bardziej walczyła o swoje, nie bała się wyrażać głośno tego, co myśli i to prosto w twarz, a nie jak teraz na jakichś twitterkach.

Jak Pan mówi, w 2000 r. stał się Pan jedną z wiodących postaci w zespole. Ale nim to nastąpiło, odszedł Pan z Legii do Widzewa. Legię trenował wówczas Franciszek Smuda. Wyczuwam tu jakieś problemy z „Franzem”.
- Tak, były problemy ze Smudą. Nie widział dla mnie miejsca w składzie, bo ściągnął wtedy swój łódzki zaciąg – Łapiński, Wojtala, Siadaczka, Citko. Byłem młody, chciałem grać, a pojawiła się oferta wypożyczenia do Łodzi, z której skorzystałem. To był specyficzny okres. Bywałem więcej w Warszawie i Częstochowie niż w Łodzi, ale byłem tam podstawowym zawodnikiem. Co ciekawe, Widzew ostatni raz wygrał z Legią wówczas, gdy ja tam grałem (śmiech).



A te relacje ze Smudą?
- Smuda oddał mnie do Widzewa, co mi się nie podobało i powiedziałem o tym wprost w wywiadzie. Był wtedy na mnie wściekły. Wydawało się, że mnie na dobre skreślił. Gdy wróciłem z Łodzi dokonałem rzeczy niemal niemożliwej, bo porozmawiałem z trenerem, wyjaśniliśmy sobie wszystko, a nasza współpraca zakończyła się tym, że byłem u niego podstawowym zawodnikiem, postacią, która dowodziła w obronie. Dziś mamy świetny kontakt i jak się spotykamy, to zawsze przyjemnie sobie porozmawiamy. Nie żywię do niego żadnej urazy, a jako trener sporo się też od niego nauczyłem.

Po Smudzie pojawił się Okuka, który również mocno na Pana stawiał.
- I zdobyliśmy mistrzostwo. Ten tytuł zawsze będę najmilej wspominał. Mieliśmy wówczas drużynę głodną sukcesów, bo większość z nas niczego wcześniej w piłce jeszcze nie osiągnęła. Za Legią ciągnęło się 5 długich lat bez trofeów. Ciągle 2, 3 czy 4 miejsce. W 2001 r. przegraliśmy bodajże 5 meczów z rzędu pod koniec sezonu 00/01 i na początku 01/02. Wróżono nam spadek do II ligi, pisano, że tak słabej Legii to jeszcze w historii nie było.

A potem przydzwoniliście na wyjeździe Ruchowi 4-0.
- Najpierw jednak przegraliśmy 1-2 u siebie z Amiką. Wtedy w 3/4 drużyny poszliśmy do Kredensu i radziliśmy, co tu zrobić. Było w nas tyle entuzjazmu, że poczuliśmy, że to ma sens. W następnej kolejce pojechaliśmy do liderującego Ruchu i rozwaliliśmy ich 4-0, co zapoczątkowało naszą serię 30 meczów bez porażki i dało nam upragniony tytuł mistrzowski.

Wielkiej piłki jednak wtedy nie graliście.
- To była drużyna, która mogła zabiegać każdego. Za trenera Okuki mieliśmy bardzo intensywne treningi biegowe, uważam zresztą, że do przesady. W zespole mieliśmy jednak koni do biegania – Kiełbowicza, Jóźwiaka, Zielińskiego, Omeljańczuka, Karwana, Czereszewskiego, Kucharskiego i mnie. Nie zatrzymywaliśmy się w tych meczach. Wiele bramek zdobywaliśmy po 70 minucie meczów, gdy trzeba było wrzucić piąty bieg. Były spotkania, gdy traciliśmy gola na 1-1 w 90. minucie, a minutę później zdobywaliśmy zwycięską bramkę. Był duch, był charakter i była drużyna.



Tego brakowało w końcówce lat 90.?
- Tak. Dużo było indywidualności, które nie miały wspólnego celu. Nie da się stworzyć drużyny z 11 indywidualności. Każdy musi podporządkować się celom zespołu. W Legii był taki problem, że przychodzili piłkarze, którzy byli gwiazdami w swoich klubach, a tutaj okazywali się być jednymi z wielu i często musieli pracować na nazwiska innych. Z tym najczęściej sobie nie radzili, nie potrafili tego zaakceptować.



W 2002 r. przełamaliście monopol Wisły na mistrzostwa, ale potem przez parę lat już nie mogliście ich dogonić.
- Wtedy z Wisłą było tak, jak teraz jest z Legią. Wisła wtedy i Legia teraz odjechały innym klubom we wszystkich aspektach. W Krakowie budowano drużynę za wielkie pieniądze. My sportowo jednak od nich tak bardzo nie odstawaliśmy, ale problemem było to, że nie potrafiliśmy grać ze słabszymi zespołami. Traciliśmy punkty na wyjazdach z Odrą Wodzisław, Szczakowianką Jaworzno, czy RKS Radomsko. Wisła zaś potrafiła nawet wymęczyć 1-0, ale jednak takie spotkania wygrywała i tym się od nas różniła. Mieli to doświadczenie, cwaniactwo, którego nam brakowało.



Co ciekawe, wy tę Wisłę bodajże 3 razy z rzędu ogrywaliście w Warszawie. 3-2, 4-1, 5-1. W tych dwóch ostatnich meczach strzelał Pan bramki. Mam wrażenie, że to wtedy uległy znacznej poprawie Pana relacje z kibicami.
- To już było po zdobyciu tytułu w 2002 r. Do tego momentu nie było zbyt sympatycznie i nie czułem wsparcia trybun. Potem te relacje się poprawiły i byłem z tego bardzo zadowolony. Natomiast tamte bramki dały mi mnóstwo satysfakcji.





Wtedy w Legii nie było za ciekawie pod względem finansowym.
- Było krucho. Dochodziło do takich sytuacji, że chodziliśmy do włodarzy Legii po jakieś zaliczki, byśmy mieli na życie. Wiadomo, że jak ma się oszczędności ulokowane w różny sposób, to bez regularnych wypłat czasami nie starcza na wydatki bieżące. Już po tytule z 2002 r. nie zostały nam wypłacone obiecane premie, a miały być one bardzo wysokie, bo prezesi byli przekonani, że i tak nie wygramy ligi, więc łatwo zgodzili się na nasze żądania. Te pieniądze odzyskaliśmy dopiero, gdy do klubu weszło ITI.

Gdy pojawił się Walter i spółka sytuacja się ustabilizowała?
- Tak, pierwszy raz od lat wszystko było realizowane na czas. Poza tym zapraszano nas na różne spotkania z władzami ITI. Rozmawialiśmy o planach na przyszłość, budowie stadionu, akademii. Poczuliśmy, że jesteśmy partnerami dla właścicieli klubu. Obudziło to w nas nadzieje, że te plany zostaną zrealizowane.

Najważniejszym był plan budowy stadionu.
- Gdy pierwszy raz wtedy usłyszałem, że ruszamy z budową stadionu, to nie chciałem wierzyć. Od 1997 r. takich obietnic słyszałem wiele, ale zawsze kończyło się na zapowiedziach. Jak trafiłem na Łazienkowską, to ówczesny kierownik Autonomicznej Sekcji Piłki Nożnej Legia Warszawa Artur Mazurek powiedział mi, że za 2 lata zagram na nowym stadionie. I tak odliczałem te 2 lata i kolejne dwa, aż po 13 latach się doczekałem. Mam dużo uznania dla osób, które do tego doprowadziły, bo bez tego stadionu na pewno nie byłoby takiej Legii, jak jest teraz.



Planów sportowych nie udało się jednak zrealizować. Jakie błędy popełniło ITI?
- Legia jest specyficznym klubem. Ci, którzy tu trafiają muszą zdawać sobie sprawę z tego, że tu gra się pod ciągłą presją, że liczy się tylko mistrzostwo i nic więcej. Po zdobyciu tytułu w 2006 r. ściągnięto za grube pieniądze piłkarzy zagranicznych, którzy nie zdawali sobie z tego sprawy. Oni tego nie udźwignęli. Podobnie było w 2010 r., gdy z zawodników, może poza Vrdoljakiem, nieznanych zrobiono gwiazdy, jak tylko wysiedli z samolotu. Tym samym wiązano z ich przyjściem ogromne oczekiwania. Gdy zespół przegrał parę meczów, to zaczęły się duże kłopoty, bo oni po prostu nie byli w stanie pociągnąć za sobą drużyny. Nie mieli takich umiejętności, nie byli też gotowi na to, co ich spotkało w Warszawie. Ja ich w ogóle nie znałem. Nigdy nie widziałem ich w akcji. Polecił ich Marek Jóźwiak, który wziął za to odpowiedzialność. Nie wiem, czy te transfery uzgadniał ze Skorżą. Pewne jest natomiast jedno – ich umiejętności nie były warte pieniędzy, które na nich wydano. Zaciąg z 2010 r. uważam za największy sportowy błąd ITI – po prostu postawili na nieodpowiednich ludzi i to za ogromną kasę.

Gdy grał Pan w piłkę, to były czasy ustawiania meczów w lidze i pod tym kątem ciemne lata dla naszego futbolu.
- To jest trudny temat. Akurat ja miałem szczęście, że w młodym wieku trafiłem do Legii, która nie bawiła się w takie rzeczy. Nie było handlowania meczami, klub zawsze chciał grać o zwycięstwo. Wiadomo jednak, że po latach, gdy się tak zastanowić nad niektórymi spotkaniami, to można dojść do wniosku, że nie wszystkie były czyste. Bardzo wkurzało, że niektórzy nie wygrywali umiejętnościami, a cwaniactwem, chamstwem i, nazwijmy to, zdolnościami organizacyjnymi. Bardzo cieszę się, że nie mam sobie nic do zarzucenia. Miałem w karierze taki moment, gdy w 2005 r. za Wdowczyka odchodziłem z Legii i dostałem trzy oferty: z Górnika Łęczna, z Ruchu i z Polonii Warszawa. Byłem umówiony z prezesem Górnika na podpisanie kontraktu. Miałem być na 12, zjawiłem się kwadrans wcześniej. Czekałem w sekretariacie przez godzinę. Gdy okazało się, że sekretarka nie umie powiedzieć, kiedy będzie prezes wsiadłem w auto i pojechałem do Częstochowy. Po drodze zdecydowałem, że wrócę do Rakowa. I okazało się, że był to strzał w 10. Górnik miał potem problemy z korupcją i wielu zawodników, słusznie, czy niesłusznie, zostało oskarżonych o ustawianie meczów i ciągano ich po prokuraturach. Można powiedzieć, że prezes, na którego byłem tak wściekły uratował mi nazwisko.

Jak Pan się odnalazł w III lidze, gdy wrócił Pan do Rakowa?
- Było trudno. Z moim powrotem wiązano duże oczekiwania. Poza tym, ja przez wiele lat pomagałem organizacyjnie i finansowo Rakowowi. Czułem się odpowiedzialny przed samym sobą za ten klub. I nagle wróciłem, jako zawodnik. Tam było do poprawienia wiele spraw organizacyjnych, które brałem wówczas na siebie. Ówcześni działacze nie do końca rozumieli to, co trzeba było w Rakowie naprawić. Ale sportowo jestem zadowolony, bo wygrzebaliśmy się ze strefy spadkowej na 4. miejsce, a mogliśmy nawet powalczyć o awans. Miło wspominam ten czas, z tym, że wiedziałem, że zbyt długo tam nie wytrzymam, bo to jednak zbyt słaba organizacja, zbyt niski poziom.

No i przeszedł Pan do Cracovii.
- I tam po niezłym początku zaczęły się problemy z działaczami. Jeden z nich chodził po stadionie i namawiał kibiców, by na mnie gwizdali, bo jestem z Legii. Wzięło się to stąd, że gdy Legia grała w eliminacjach do Ligi Mistrzów, to zostałem zaproszony do studia telewizyjnego. Pojechałem tam jako zawodnik Cracovii i bardzo pozytywnie wypowiadałem się o Legii. To się bardzo temu panu nie spodobało. Poszedłem więc do profesora Filipiaka i powiedziałem, co myślę o tym panu i oświadczyłem, że jeśli nie zamierza nic z tym zrobić, to rozwiązujemy kontrakt. Jako, że nie chciał, to za parę dni podpisaliśmy stosowne dokumenty i tak się zakończyła moja przygoda z tym klubem.



Nie do końca, bo z tego co pamiętam, to Filipiak nie wywiązał się ze zobowiązań finansowych.
- Nie zapłacono mi premii za kilka meczów. Jakieś tam uzasadnienie było, że nie zasłużyłem, bo byłem słaby (śmiech). Rzecz w tym, że wszyscy zawodnicy dostali, nawet rezerwowi. Wyszedł więc brak profesjonalizmu u tych ludzi…

Mówiąc wprost: buractwo wyszło.
- Gdy potem pojawiłem się na Cracovii jako trener, to zaproponowałem im, by te 8 tysięcy z kawałkiem przekazali na jakiś dom dziecka w Krakowie, ale nie wiem, czy Cracovia w końcu zdecydowała się na taki ruch.

Pan za to nagle zdecydował się zakończyć karierę…
- Grałem w Legii, w najlepszym klubie w Polsce, ciągle walczącym o najwyższe cele. Zrozumiałem, że gra gdzie indziej, to już nie byłoby to samo. Nie chciałem być minimalistą, grać dla samego grania i tułać się po klubach bez ambicji. Gdy odchodziłem z Legii ówczesny prezes Piotr Zygo powiedział, że jeśli tylko zechcę to mogę wrócić do sztabu szkoleniowego. Uznałem, że to dobry moment. Trenerka zawsze mnie pociągała, a tu dostałem szansę pracy w sztabie szkoleniowym Legii. Niedługo skończę dopiero 38 lat, a mam już 8 lat doświadczenia w pracy trenerskiej. To dla mnie ogromny kapitał i jestem zadowolony, że podjąłem wtedy taką decyzję.



Gdy patrzy się na Pana karierę piłkarską, to wydaje się, że w jej rozwoju najbardziej zaszkodziły zmiany pozycji.
- W lidze debiutowałem na prawej pomocy, potem grałem na środku pola, jako defensywny i ofensywny pomocnik, ale zdarzyło mi się też występować na bokach obrony. Na pewno masz rację. Łatwiej jest przecież wygrać rywalizację o miejsce w składzie z jednym kolegą niż z 10. W pewnym momencie czułem się jak zapchajdziura. Bywało tak, że grałem dobrze na środku pomocy, ale z zespołu wypadał stoper, czy prawy obrońca i trenerzy przerzucali mnie do obrony. Potem wracał do składu taki Jacek Zieliński, ale ten co występował za mnie zagrał bardzo dobry mecz i brakowało miejsca.

A na ataku Pan nie grał?
- Grałem! Raków – Lech w 1995 r.

To wtedy strzelił Pan Lechowi dwa gole?
- Nie, to było rok później i grałem wówczas w pomocy. U nich bronił Arek Onyszko, a ja miałem szansę na hattricka. Ogólnie bardzo dobre spotkanie i moje ostatnie gole dla Rakowa w Ekstraklasie.

Jak się Pan teraz czuje w Warszawie?
- Częstochowa to mój dom. Szkoły, boiska, przyjaciele. Kiedyś nie wyobrażałem sobie życia poza tym miastem, z dala od tych ludzi. Nawet, jak trafiłem do Legii, to każdą wolną chwilę starałem się spędzać w Częstochowie – wracałem do domu, rzucałem torbę i szedłem spotkać się ze znajomymi. Wtedy jeszcze nie sądziłem, że Warszawa będzie moim drugim domem, a teraz nawet tym pierwszym. Na początku przyjechałem tu na 5 lat kontraktu. Potem przedłużyłem o 3 lata, a potem o kolejne dwa i wyszło 10. Następnie zostałem trenerem i z roku na rok plany powrotu do Częstochowy, co zawsze zakładałem, stawały się coraz bardziej odległe. Warszawa jest moim miastem, czuję się w nim wspaniale. Tu poznałem żonę, mam rodzinę, spotkałem wielu przyjaciół, jestem znany. Jestem szczęśliwy.



A na koniec jeszcze pytanie o kumpli z boiska.
- Gdy trafiłem do I drużyny Rakowa, to zaopiekował się mną Andrzej Wróblewski, który, gdyby mógł grać dzisiaj, to dorobiłby się ogromnych pieniędzy, bo takie miał umiejętności. Miałem 17 lat, a on 34. Przez 17 lat grał w Rakowie i był tam prawdziwą instytucją. A tak to rówieśnicy moi Piotrek Bański, Artur Lampa, Krzysiek Stępień. W Legii od początku trzymałem się z „Włodarem”…



A Paweł Skrzypek, z którym graliście wcześniej w Rakowie?
- Ze Skrzypkiem nigdy nie trzymaliśmy się razem. Szanowaliśmy się, ale nadawaliśmy na innych falach. Mieliśmy innych kumpli. Ja się trzymałem z Piotrkiem Włodarczykiem, Sylwkiem Czereszewskim, Tomkiem Sokołowskim, potem z Bartkiem Karwanem, Wojtkiem Szalą, Tomkiem Kiełbowiczem, a już pod koniec mojej kariery wprowadzałem do zespołu „Rzeźnika”, czy Maćka Korzyma.

Fajne jest to, że oni to dalej pamiętają i doceniają Pańską pomoc.
- No fajne. Do tego trzeba by jeszcze dołączyć „Fabiana”. Pamiętam, że jak przechodziłem na drugą stronę i zostałem trenerem, a oni z kolegów stali się podopiecznymi, to nie bardzo wiedzieli jak się zachować, jak się do mnie zwracać. Dla „Rzeźnika” w klubie byłem trenerem, ale jak Korzym przyjeżdżał do Warszawy na kadrę, to mówiliśmy sobie po imieniu. W klubie zaś musi być szacunek. Dla mnie miłe jest to, że nawet ci młodzi zawodnicy, którzy odchodzą, to nie zrywają kontaktu. Dzwonią, dostaję koszulki z ich nowych klubów. Niby niedużo, a jednak bardzo wiele.



Rozmawiał Qbas


przeczytaj więcej o:
REKLAMA
REKLAMA
© 1999-2019 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.