Nowe spojrzenie na kulisy funkcjonowania pierwszej drużyny Legii Warszawa. Jak od kuchni wygląda planowanie mikrocyklu pod wodzą Marka Papszuna? Jak naprawia się stałe fragmenty gry? W jaki sposób sztab zamierza odblokować Miletę Rajovicia i przygotować zespół na każdy mecz? W obszernym wywiadzie na te i wiele innych pytań odpowiada pierwszy asystent trenera stołecznych, Artur Węska – człowiek, którego droga do pracy przy Łazienkowskiej trwała czternaście lat.
Artur Węska: Napastnik w polu karnym musi być killerem
Wielu trenerów po pracy w roli pierwszego szkoleniowca nie chce wracać do roli asystenta. Dla Pana przejście z pracy w II lidze do sztabu w Ekstraklasie było naturalnym ruchem?
Artur Węska: – Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. Ja byłem pierwszym trenerem przez cztery lata w Zniczu Pruszków czy rezerwach Lecha. Gdy dostałem propozycję wejścia do Ekstraklasy do sztabu trenera Marka Papszuna, uważałem to za ogromny krok do przodu i szansę na samorozwój. Mamy z Dawidem Szwargą czy Dawidem Kroczkiem po 36-37 lat. Wszystko przed nami. Praca u boku najlepszych to przywilej, a nie krok w tył.
Co Panu dał ten czas?
–Przede wszystkim poznałem tam poziom Ekstraklasy. To był mój pierwszy klub, w którym mogłem z bliska zobaczyć rozgrywki na najwyższym poziomie w Polsce, ale też pracę z zawodnikami, którzy zdobywali mistrzostwo Polski. To był niezwykle doświadczony zespół. Bardzo dużo się w tym klubie nauczyłem, zwłaszcza w ostatnim półroczu, kiedy łączyliśmy grę w lidze z występami w europejskich pucharach. To był szalenie owocny czas dla mojego rozwoju.
Obserwując potem z boku to, co działo się w Częstochowie po zmianach w sztabie – patrzył Pan na to chłodnym okiem trenera, czy jednak pojawiały się tam emocje?
– Trudno oceniać sytuację, kiedy już cię tam nie ma i patrzysz tylko z zewnątrz. Patrząc stricte na wyniki i na to, ile pracy włożyliśmy w ten zespół, na którym miejscu w tabeli go zostawialiśmy, nie wspominając o Lidze Konferencji i Pucharze Polski... Mając ciągły kontakt ze sztabem, ludźmi z klubu i zawodnikami – bo to są też żywe relacje – nie powiem, że to był jakiś głęboki dramat emocjonalny z mojej strony, ale na pewno z punktu widzenia trenerskiego zastanawiałem się, co tam się wydarzyło. Analizowałem, jak wpływ nowego trenera, sztabu i zmian organizacyjnych doprowadził do takiej sytuacji. Obserwowałem to z czystej ciekawości pod kątem własnego rozwoju: co się stało z uwzględnieniem czynników piłkarskich, mentalnych, fizycznych i samego łączenia rozgrywek, bo nam przecież udało się to połączyć w sposób naprawdę bardzo dobry.
Wielu ekspertów ocenia Marka Papszuna wyłącznie przez pryzmat surowości. Jaki on jest w codziennej współpracy?
– Trener Papszun w mojej ocenie – a pracuję z nim już ponad dwa i pół roku jako jego asystent – jest zdecydowanie najlepszym trenerem w Polsce i mogę się pod tym podpisać obiema rękami. Zdaję sobie sprawę, że każdy ma prawo oceniać jego pracę, styl gry drużyny czy przygotowanie motoryczne i mentalne na swój sposób. Natomiast jeśli chodzi o wynik – to jest kwestia nie do podważenia. Średnia punktowa, liczba wygranych meczów w Ekstraklasie, chęć i umiejętność zwyciężania u niego są ogromne. Kiedy dostałem od niego propozycję, by zostać jego asystentem, nie zastanawiałem się długo, mimo że wcześniej w II lidze byłem pierwszym trenerem. Media kreują go w określony sposób, ale na co dzień to bardzo dobry, niezwykle oddany ludziom człowiek. Kochający porządek, organizację, sumienność i perfekcyjne przygotowanie do roli. Jeśli to funkcjonuje i ludzie wokół dają mu tę jakość, praca z nim to czysta przyjemność.
Jak w praktyce wygląda Pana rola jako pierwszego asystenta? Gdzie kończy się zakres obowiązków sztabu, a zaczyna ostateczna decyzja pierwszego trenera?
– Przede wszystkim odpowiadam za planowanie mikrocyklu. Zazębiają się tu trzy kluczowe działy: motoryka, strategia na przeciwnika oraz budowa naszej własnej strategii gry. Wspólnie z Łukaszem Cebulą, głównym analitykiem, planujemy środki treningowe, strukturę mikrocyklu i to, jak chcemy zagrać w najbliższym meczu. Przedstawiamy ten plan trenerowi Papszunowi. On go analizuje – albo akceptuje w całości, albo wprowadza korekty: zmieńcie ten środek, wyrzućcie tamten, tu zmienimy czas, tu cel, a tu trzeba mocniej zaakcentować coaching. Potem nakładamy na to działania techniczne, pozycyjne i formacyjne, by każdy zawodnik był dopatrzony pod kątem rozwoju indywidualnego.
A sam wybór wyjściowego składu? Dyskutujecie o personaliach?
– Mamy bardzo otwartą dyskusję. Po każdym meczu piszę raport pomeczowy, w którym oceniamy graczy w skali 1–10. Na koniec muszę przedstawić trenerowi swoją propozycję składu na kolejnego przeciwnika. Wtedy zaczyna się debata: dlaczego ten, a nie inny, co uważasz o tamtym. Trener wielokrotnie podkreśla, że traktuje mnie jak pierwszego trenera w kontekście merytorycznym, mam realny wpływ na decyzje i strategię. Świetne jest to, że nie dowiadujemy się o składzie w piątek z tablicy, tylko bierzemy czynny udział w jego tworzeniu. Oczywiście na końcu to trener jest liderem, „bossem” – jak na niego mówimy – i do niego należy ostateczne słowo.

Jak od tego sezonu wygląda dokładny podział ról w sztabie Legii po zmianach personalnych?
– Po odejściu Inakiego Astiza dołączył do nas Rafał Figiel. Ja jestem pierwszym asystentem i głównym trenerem prowadzącym treningi na boisku. Łukasz Cebula odpowiada za proces analizy przeciwnika i zarządza na w treningu drugim zespołem, który odwzorowuje rywala – ustawia go w odpowiedniej strukturze i subfazach pod kątem tego, czy gramy np. z Pogonią, czy z innym zespołem. Pomaga mu Dominik Ciarkowski jako analityk techniczny. Rafał Figiel odpowiada stricte za stałe fragmenty gry i proces przygotowania pod tym kątem, w czym wspiera go Kamil Kuprianowicz, zajmujący się też analizą indywidualną. Marek Wasiluk odpowiada z kolei za rozwój indywidualny graczy i detale formacyjne na boisku.
Prowadzicie też podział formacyjny?
– Tak, wprowadziliśmy go teraz, by zachować ciągłość pracy, bo w poprzedniej rundzie z racji zawirowań było to trochę zwariowane. Ja odpowiadam za napastników, Marek Wasiluk za stoperów, Rafał Figiel za środkowych pomocników, a Łukasz Cebula za skrzydłowych. Przekłada się to na odprawy formacyjne oraz analizę indywidualną.
W poprzedniej rundzie stałe fragmenty gry były dla Legii ogromnym mankamentem. Z czego to wynikało i jak to naprawiacie?
– Nie ma co ukrywać, był problem i każdy to widział – trzy czy cztery mecze z rzędu ze straconą bramką po stałym fragmencie. Cierpieliśmy przez to bardzo. Poziom rozpracowania i egzekucji stałych fragmentów na świecie poszedł strasznie w górę. W trakcie rundy doszło do momentu, w którym przejąłem odpowiedzialność za stałe fragmenty i– podobną sytuację przeżyłem zresztą wcześniej w Rakowie. Uszczelniliśmy obronę i poszliśmy do góry w strzelonych golach: dobrałem role pod atuty graczy, wykorzystaliśmy daleki wrzut Rafała Augustyniaka, ataki Radovana Pankova w blokach czy wykończenia drugich piłek przez Miletę Rajovicia. Strzeliliśmy wtedy cztery bramki.
Teraz ten obszar został całkowicie zreorganizowany?
– Tak, dzisiaj Rafał Figiel i Kamil Kuprianowicz prowadzą to dedykowanie, a ja z trenerem Papszunem możemy patrzeć na to z boku, holistycznie. Do tego uwagi pierwszego trenera są bezcenne – my potrafimy zastanawiać się nad analizą pomeczową trzy godziny, a trener jedną trafną uwagą potrafi nas natchnąć i wskazać kluczowy detal.

Co z perspektywy sztabu było najtrudniejszym momentem w poprzedniej rundzie?
– Cała ta runda była męcząca pod kątem napięcia. Mimo że wygrywałeś lub remisowałeś, ciągle byliśmy w tabeli nisko i brakowało tego ostatecznego przełamania, żeby odskoczyć. Najcięższym ciosem mentalnym był chyba pierwszy mecz z Koroną Kielce – dostajesz dzwona na otwarcie, pojawiają się głosy zwątpienia, nowa otoczka. Ale obroniliśmy się pracą. Wierzymy w proces, w trening, i wiedzieliśmy, że jeśli zespół dobrze funkcjonuje motorycznie i taktycznie, to wynik w końcu przyjdzie. Ostatecznie skończyliśmy rundę na trzecim miejscu.
Przejął Pan bezpośrednią opiekę nad napastnikami. Kibiców i dziennikarzy najbardziej elektryzuje przypadek Milety Rajovicia. Co go blokuje i jak z nim pracujecie?
– Dla mnie to wyzwanie zawodowe. W Rakowie odpowiadałem za napastników i świetnie pracowało mi się z Jonatanem Brautem Brunesem czy Ante Crnacem. Lubię zostawać z napastnikami po treningach, rozmawiać z nimi i pokazywać im analizy na przykładach z topu. Jeśli chodzi o Miletę – odbyliśmy z nim dłuższą odprawę pierwszego dnia na obozie. On ma motorykę, profil, umiejętność znalezienia się w polu karnym.
Wyliczyliśmy, że Mileta miał w poprzedniej rundzie trzynaście sytuacji. Gdyby zamienił to na osiem goli, miałby 15 bramek w sezonie. To byłby bardzo przyzwoity wynik. Rozwiązanie tej sytuacji jest gdzie indziej.
Więc gdzie leży pies pogrzebany?
– W mentalu i pewnym okiełznaniu elegancji wykończenia. Mocno pracujemy nad pewnością siebie Milety i sposobie finalizacji akcji. A napastnik w polu karnym musi być bezwzględnym killerem. Obrońcy muszą czuć strach przed nim. Prosty przykład z ostatniego sparingu: wychodzi na czystą pozycję i zamiast uderzać, próbuje odgrywać do partnera. Stara się być otwarty na naszą pracę, mam nadzieję, że zacznie strzelać regularnie, bo pole manewru ma ogromne. Będziemy go w tym wspierać.
Ataku Legii to jednak nie tylko Rajović.
– Mamy w kadrze czterech napastników: Rajovicia, Adamskiego, Colaka i Zjawińskiego. Rozłożenie ciężaru zdobywania bramek na całą formację jest kluczowe. Ponad 15 bramek zdobytych łącznie przez napastników w rundzie to nie jest zły wynik. Każdy z nich ma inny profil: Adamski daje niesamowitą intensywność w pressingu, Colak świetnie operuje między liniami, a Zjawiński ma najlepszą grę głową z nich wszystkich. Dobieranie ich w pary lub dopasowywanie do struktury rywala daje nam mnóstwo możliwości taktycznych.

Obserwując treningi, rzuca się w oczy niesamowita dyscyplina organizacyjna. Każdy z członków sztabu ma dokładnie przypisaną rolę, piłki są podawane w sekundy, fizjoterapeuci wbiegają z wodą natychmiast. Z czego wynika ten rygor?
– Z jednego słowa, które jest naszym DNA: intensywność. Mecz trwa 90 minut plus przerwy. Trening trwa 60–70 minut. Nie stworzymy idealnych warunków meczowych, jeśli nie narzucimy najwyższego tempa na zajęciach. Podczas gdy zawodnicy piją wodę przez kilkanaście sekund, ja już czytam skład do kolejnego ćwiczenia, bramki są przesuwane, sztab ustawia pachołki. Wchodzą, jedziemy, nie ma straconej sekundy. Zarządzam tym rytmem, koledzy dają coaching, a trener Papszun nadzoruje całość. Dzięki temu zawodnicy są cały czas na najwyższych obrotach.
Częstym zarzutem w mediach była mała liczba minut przyznawana młodym zawodnikom z akademii. Jak ten proces wygląda od wewnątrz?
– Ten proces zaczął się na nowo i jest bardzo mocno akcentowany. Przyjście Bartka Zalewskiego na stanowisko szefa akademii to pierwszy krok, by cały klub – od najmłodszych roczników po pierwszy zespół – mówił tym samym językiem. W Lechu Poznań wprowadzałem wraz ze sztabem – bo to praca zespołowa w różnym okresie dojrzewania zawodnika - z rezerw do pierwszej drużyny Michała Gurgula czy Antoniego Kozubala. Dzisiaj grają na najwyższym poziomie. Chłopcy z akademii Legii, tacy jak Janek Leszczyński, mają wielki potencjał wśród swoich rówieśników w Polsce.
Ale wiosną dostał bodajże dwie „wędki”.
– To nie są żadne „wędki”! To jest decyzja taktyczna mająca na celu wygranie meczu. Wychodząc w barwach Legii Warszawa na boisko w Ekstraklasie, musisz wygrać. Niezależnie od tego, kto jest na boisku – jeśli widzę, że potrzebujemy korekty struktury albo reakcji na boiskowe wydarzenia, roszada jest konieczna. Naszą odpowiedzialnością jako sztabu jest wkomponować tych młodych chłopców poprzez trening indywidualny, motoryczny i mentalny, by przeskoczyli z piłki młodzieżowej do seniorskiej bez szoku.

Legia celuje w grę w pucharach i łączenie jej z ligą. Jak organizuje się mikrocykl, gdy gra się mecz co trzy dni?
– Przerabiałem to w Rakowie, gdy zagraliśmy ponad 30 meczów w rundzie i zrobiliśmy historyczny wynik. Kluczem jest perfekcyjne planowanie. Gdy grasz co trzy dni, dzień po meczu grupa, która nie grała, trenuje w pełnym wymiarze 11 na 11. Bierzemy dziesięciu chłopców z akademii i ustawiamy ich dokładnie w strukturze taktycznej naszego najbliższego rywala. Podczas gdy galowa jedenastka się regeneruje, rezerwowi przechodzą pełny, żywy trening taktyczny przeciwko odwzorowanemu przeciwnikowi.
A na dzień przed meczem?
– Dwa dni po meczu, czyli dzień przed kolejnym spotkaniem, robimy taktykę, która polega na odpowiednim przesuwaniu się zawodników i formacji. Zmęczenie motoryczne jest wtedy najwyższe, więc nie obciążamy nóg przyspieszeniami. Przechodzimy schematy krokowo: „zobaczcie, rywal wychodzi czwórką, więc dziesiątka wyskakuje tu, skrzydłowy zamyka tam”. Do tego stałe fragmenty. Pokonasz w ten sposób półtora kilometra, ale głowa zawodnika jest w pełni zaprogramowana na mecz. Nigdy nie było u nas bezczynnego siedzenia w hotelu.
Jak wygląda Pana codzienny harmonogram dnia w klubie?
– Dzień zaczynam bardzo wcześnie. Wstaję o 5:45, bo mieszkam na Bemowie. O 6:30 jestem w Legia Training Center w Książenicach. O 7:30 mamy pierwszą odprawę z trenerem Papszunem i sztabem zarządzającym. O 8:30 siadamy całym sztabem piłkarskim i omówimy szczegółowo plan treningowy. O 10:15 jest odprawa z zawodnikami, o 11:30 wychodzimy na boisko. Po treningu jest obiad, a około 15:30 siadamy do analizy i omówienia zajęć, co zajmuje około godziny z kawałkiem. Dzień w LTC zamykam około 17:00 i wracam do domu, do rodziny.
Praca w Legii to dla Pana po prostu kolejny przystanek w CV, czy coś znacznie więcej?
– Zrobię małe osobiste wyznanie, bo to historia, która zatoczyła pełne koło. Skończyłem grać w piłkę w wieku 24 lat w Motorze Lublin. Moja żona pochodzi z Lublina, ja z jego okolic. Kiedy zdecydowaliśmy się przeprowadzić do Warszawy na jej studia, moim marzeniem było zostać trenerem i pracować w Legii Warszawa. Nie miałem układów ani znajomości. Dzięki koledze udało mi się umówić na rozmowę ze świętej pamięci trenerem Jackiem Magierą. Przekierował mnie do akademii, przeszedłem pierwszy etap rozmów z dyrektorami Mazurkiem i Wójcikiem. Trafiłem do dziesiątki kandydatów na trening pokazowy na boisku sztucznym przy Łazienkowskiej.
I jak się to wtedy skończyło?
– Dyrektor Mazurek zadzwonił i powiedział: „Artur, nie tym razem”. Podziękowałem, że mogłem chociaż zobaczyć obiekty i poprowadzić zajęcia. Nie poddałem się. Zaczynałem w Zniczu Pruszków, gdzie spędziłem siedem wspaniałych lat, robiąc awans z II do I ligi u boku trenera Banasika. Potem były Radomiak, Siedlce, 3,5 roku w rezerwach Lecha Poznań i wreszcie Raków Częstochowa.
Powrót do Warszawy po tylu latach musi być wyjątkowy.
– Niezwykle emocjonalny. W Warszawie wziąłem ślub, tu kupiliśmy dziesięć lat temu mieszkanie na Bemowie, tu urodził się mój syn. Kiedy wyjeżdżałem pracować do Poznania czy Częstochowy, żona płakała, nosząc dziesięciomiesięczne dziecko na rękach po klatce schodowej. Kiedy wróciłem do pracy w Legii, żona powiedziała mi wprost: „Super, że jesteś w Legii, ale ja już z Warszawy nigdzie się nie ruszam!”. Mój syn ma dzisiaj sześć lat, jest zakochany w Legii, zna przyśpiewki i całuje herb na koszulce. Czekałem na pracę w tym klubie czternaście lat. Dziś jestem w miejscu, o którym marzyłem jako młody chłopak i oddam temu klubowi całe swoje serce, by Legia wygrywała w każdym kolejnym meczu.
Rozmawiał Woytek
