Michał Kopczyński - fot. Mishka / Legionisci.com
REKLAMA

Cieszę się, że wreszcie gram w domu - wywiad z Michałem Kopczyńskim

Qbas, źródło: Legionisci.com - Wiadomość archiwalna

Rok 2016 był najlepszym w jego karierze. Nie tylko wygrał mistrzostwo i Puchar Polski oraz awansował do Ligi Mistrzów, ale po latach starań i kłopotów stał się podstawowym zawodnikiem Legii. O zaufaniu, spełnianiu marzeń, uśmiechu i życzeniach na przyszły rok porozmawialiśmy z Michałem Kopczyńskim, wychowankiem naszego klubu, dla którego gra już od 16 lat.

Czerwiec 2016 r. – Michał Kopczyński gra w podstawowym składzie w Legii II przeciwko Ursusowi Warszawa na czwartym poziomie rozgrywkowym i przegrywa 1-4. Listopad 2016 r. – grająca w Lidze Mistrzów Legia Warszawa z Michałem Kopczyńskim w wyjściowym zestawieniu remisuje 3-3 z Realem Madryt. To było szalone pół roku?
Michał Kopczyński: - Na pewno bardzo intensywne. W moim życiu sporo się zmieniło. Wreszcie zacząłem grać w poważniejszych meczach, a co za tym idzie pojawiło się też większe zainteresowanie mną. Nagle okazało się, że życie piłkarza, to nie tylko treningi i mecze, ale też wywiady, charytatywna pomoc, akcje marketingowe itd. Zdarza się, że czasami brakuje mi na to wszystko czasu. To dla mnie coś nowego, ale bardzo przyjemnego.

fot. Mishka / Legionisci.com

Przed rozpoczęciem sezonu na koncie miałeś pięć występów w pierwszym zespole. W tej rundzie, we wszystkich rozgrywkach, zaliczyłeś aż 23 spotkania. Jak fizycznie wytrzymujesz większe obciążenia?
- Po to się trenuje, by grać jak najwięcej. Cieszę się, że uzbierałem tyle meczów i nie mam żadnych problemów. Pewien kłopot pojawił się na początku sezonu, kiedy pięć razy z rzędu spędzałem na boisku po 90 minut, a spotkania odbywały się co trzy dni. Na szczęście wtedy uniknąłem kontuzji i mogłem koncentrować się tylko na regeneracji i przygotowaniu do kolejnego występu. Co więcej, w środku rundy grałem mniej, bo trener Jacek Magiera na początku nie dawał mi pograć zbyt wiele. Dopiero pod koniec roku wróciłem do regularnych występów, więc przemęczony na pewno nie jestem.

Co takiego się zmieniło, że wreszcie pełnisz ważną rolę w Legii?
- Sam się nad tym zastanawiam. Przez lata byłem w pierwszym zespole, ale nie miałem wielu szans na granie. Nawet jeśli wystąpiłem w jednym spotkaniu, to w kolejnym nie wchodziłem na boisko. Trenowałem i grałem ze świadomością, że jeśli już znajdę się w podstawowym składzie, to będzie to tylko wyjątek. Brakowało mi ciągłości, a jestem zawodnikiem, który potrzebuje czuć zaufanie ze strony szkoleniowca. Muszę jednak też przyznać, że czasami paliłem się psychicznie. To nie takie proste grać z myślą, że trzeba koniecznie czymś się wyróżnić, a jak się nie uda, to na kolejną okazję trzeba będzie znów długo poczekać. Latem było inaczej. Pogodziłem się z myślą o odejściu z Legii. Nie mogłem sobie pozwolić na zmarnowanie kolejnych miesięcy. Trener Besnik Hasi chciał mnie jednak jeszcze przytrzymać, sprawdzić w spotkaniu z Jagiellonią Białystok. Wyszedłem na nie z odpowiednim nastawieniem, spokojem i myślą, że nie mam nic do stracenia. Albo pokażę się z dobrej strony i dam sygnał, że warto na mnie postawić, albo po prostu pójdę w swoją stronę. Może po prostu to, że poczułem zaufanie? Uwierzyłem, że ktoś daje mi prawdziwą szansę?

Którą pięknie wykorzystałeś.
- Złożyło się na to wiele czynników. Jak wspomniałem, ominęły mnie kontuzje, byłem dobrze przygotowany się fizycznie, kilku piłkarzy odeszło, a trener akurat rotował składem. Byłem więc gotowy, by wykorzystać swoją szansę. Co ciekawe, latem nie czułem się piłkarzem dużo lepszym niż rok czy dwa lata temu. Kluczowe dla mojej formy było natomiast zaufanie i szczerość ze strony trenera.

fot. Mishka / Legionisci.com

To w związku z tym, dwa pytania. Po pierwsze: nie bałeś się, że ze swoją charakterystyką nie będziesz pasował do systemu Hasiego? Na początku graliście bez klasycznego defensywnego pomocnika.
- Trener powiedział, że nie widzi miejsca w drużynie dla kogoś takiego. Wiedziałem więc, że może być mi trudniej. Jak jednak przychodzi co do czego, to potrzebny jest ktoś od czarnej roboty, dzięki któremu drużyna lepiej funkcjonuje. Nie pomyliłem się.

A czy nie przeszło ci przez myśl, że Hasi skorzysta z ciebie tylko w meczach, w których nie będzie dysponował pełną kadrą, a po miesiącu znów wrócisz do rezerw?
- Przez lata praktycznie co rundę odbyłem wiele rozmów z trenerami i dyrektorami sportowymi, którzy zapewniali mnie, że w trakcie sezonu będę potrzebny, a później nie grałem wcale. Zawsze powtarzano, że widzi się we mnie potencjał. Teraz było podobnie, ale tym razem ja byłem bardziej zdeterminowany. Powiedziałem, że mam dobrą propozycję i chcę odejść z Legii, bo nie mam już czasu na przesiadywanie na ławce, albo grę w rezerwach. Hasi tymczasem powiedział mi, że … widzi we mnie potencjał (śmiech) i chce bym został w klubie jeszcze przez dwa tygodnie. Przez ten czas mi się przyjrzy i jeśli zdecyduje, że nie będę się mieścił w składzie, to mi o tym powie wprost. Jestem mu bardzo wdzięczny, bo w poprzednich latach za słowami nie szły czyny, a on dotrzymał obietnicy. Dał mi szansę, a ja odwdzięczyłem się najlepiej jak umiałem.

Kluczowy dla twojej pozycji w drużynie był mecz z Trenczynem w eliminacjach LM?
- Był bardzo ważny, ale najpierw zagrałem przeciwko Jagiellonii. Gdybym nie spisał się dobrze w tamtym meczu, to nie otrzymałbym kolejnej szansy. Niemniej, spotkanie z Trenczynem utwierdziło mnie w przekonaniu, że mogę odgrywać w Legii istotną rolę. Na Słowacji zagrali przecież wszyscy najlepsi wówczas piłkarze, a awans do Champions League był naszym priorytetem na lato.

fot. Woytek / Legionisci.com

Czego nauczyła cię gra w Lidze Mistrzów?
- Liga Mistrzów uczy tempa, gry na dużej szybkości i bez chwili wytchnienia. Tego, że nieustannie musisz próbować przechytrzyć przeciwnika, bo inaczej to on oszuka ciebie. To było bezcenne doświadczenie, bo mierzyłem się z najlepszymi piłkarzami na świecie. Mogłem zobaczyć jak się poruszają, jak się ustawiają. Tempo w jakim to robili było imponujące - czasami wiedziałem co mają zamiar zrobić, ale akcja zadziała się tak szybko, że ciężko zdążyć z reakcją. Jeden piłkarz podaje, drugi przemieszcza się w inny sektor boiska, a trzeci wchodzi w jego miejsce... Można było się zdziwić.

Do tego tempa się jednak przyzwyczajaliście. Wyszliście z grupy.
- Na początku trochę się sparzyliśmy, ale już mecz ze Sportingiem w Warszawie pokazał, że szybko się uczymy. Zaczęliśmy grać bardziej kompaktowo, byliśmy zdyscyplinowani taktycznie, więcej biegaliśmy i wzajemnie się asekurowaliśmy. W ostatnim meczu czułem się dużo bardziej komfortowo niż w Dortmundzie, gdzie czasami miałem wrażenie, że jestem na karuzeli i nie do końca wiedziałem co się dzieje. W starciu ze Sportingiem miałem przed sobą ciężko pracujących skrzydłowych, Vadisa Odjidję-Ofoe i Thibault Moulina. Miałem mniej przestrzeni do przypilnowania, łatwiej było kogoś odciąć od gry czy przeciąć jakieś podanie.

Regularne granie u trenera Magiery zacząłeś właśnie od niezłej zmiany w meczu z Realem w Madrycie. Wszedłeś bardzo dynamicznie, wszędzie było cię pełno.
- Strasznie fajnie, że trener nie bał się dać mi szansy. Chyba ją wykorzystałem, skoro później także wystawiał mnie w pierwszym składzie. Te kilkanaście minut na Santiago Bernabeu były dla mnie bardzo wyjątkowe.

fot. Mishka / Legionisci.com

Nie odczuwałeś strachu przed rywalem i otoczką spotkania?
- W głowie było mnóstwo myśli. W końcu doszedłem jednak do wniosku, że nie ma się czego bać. Graliśmy z najlepszą drużyną na świecie i nawet gdybym bardzo zawiódł, to przecież mierzyłem się z największymi kozakami. Wiadomo, że chłopak bez większego doświadczenia może nie podołać, ale wszystko co zrobisz dobrze zostanie docenione. Meczami z Realem mogłem tylko zyskać i z takim nastawieniem przystępowałem do obu spotkań.

Legia w Lidze Mistrzów na obrazkach, to dla mnie również wiecznie uśmiechnięty Michał Kopczyński. Nawet po 1-5 w Madrycie, czy 4-8 w Dortmundzie. Jesteś niejako symbolem podejścia trenera Magiery – cieszmy się grą wśród najlepszych.
- Liga Mistrzów to dla każdego piłkarza wielkie wyróżnienie i szczęście. Gdy wychodzi się na boisko i z głośników rozbrzmiewa hymn, to myśli się, że warto było trenować przez całe życie. Niezapomniane chwile.

Linia pomocy z Odjidją-Ofoe i Moulinem jest najsilniejsza odkąd jesteś w Legii?
- Trudno mi to ocenić, bo do tej pory niewiele grałem, nie miałem wielu okazji do współpracy np. z Ivicą Vrdoljakiem czy Dominikiem Furmanem. Jeśli jednak muszę się zdecydować, to tak - dzisiejsza linia pomocy jest tą najsilniejszą. Vadis i Moulin są fantastyczni, wiele dają drużynie w ataku i defensywie. Tacy piłkarze w Polsce zdarzają się rzadko.

fot. Mishka / Legionisci.com

Odjidję-Ofoe sam nazywasz „panem piłkarzem”. A co sądzisz o Moulin? Obserwując jego grę wydaje się, że właśnie kogoś takiego przez lata w Legii brakowało – łącznika defensywy z ofensywą.
- To skarb dla zespołu. Thibault jest bardzo aktywny, wszędzie go pełno, widać jak szuka gry i chce ją prowadzić. Kiedy cała drużyna zaczęła grać słabiej, a Moulin zbierał gorsze recenzje, ja uważałem że bez niego byłoby jeszcze gorzej. On przynajmniej próbował poderwać zespół, pociągnąć go do przodu. To doskonała „ósemka” - człowiek od łączenia obrony z atakiem. Lubię z nim grać, bo z jednej strony czuję pełne wsparcie w defensywie, a z drugiej to piłkarz, który umie sprawnie napędzić akcję w ofensywie.

Kiedy Moulin jest bliżej bramki rywala, ty odpowiadasz za zabezpieczenie zespołu w obronie. W ostatnich tygodniach robiłeś to na tyle dobrze, że zostałeś nawet porównany do Claude’a Makelele i N’Golo Kante.
- Uśmiecham się słysząc takie słowa. To strasznie miłe, bo to porównania do wzorów na mojej pozycji. Oby jak najczęściej mnie z nimi zestawiano.

Doświadczenia zebrane w Lidze Mistrzów pomogą wam w wyeliminowaniu Ajaksu w Lidze Europy?
- Oby, chociaż przyznam, że na początku nie byłem zadowolony z losowania. Mogliśmy trafić na rywala teoretycznie słabszego, z którym byłoby nam łatwiej. Mogliśmy też trafić na przeciwnika na podobnym poziomie co Ajax, ale jednocześnie bardziej atrakcyjnego. Nie ma jednak co narzekać, na pewno możemy z nimi powalczyć. Będzie to też dobra okazja do rewanżu. Tym razem będzie z nami Miroslav Radović, a mecz u siebie zagramy przy pełnych trybunach. Mam nadzieję, że kolejną różnicą będzie też rezultat dwumeczu.

fot. Legionisci.com

Wszyscy wiedzą, że Kuba Rzeźniczak gra w Legii od 12 lat, że jest rekordzistą pod względem trofeów. Wielu słyszało, że Michał Kucharczyk rozegrał najwięcej meczów w europejskich pucharach. Ale to ty jesteś jedynym piłkarzem, który najdłużej jest w Legii.
- Jestem w Legii od zawsze. Treningi zacząłem w 2000 r. Znam ten klub od podszewki, wiem jak funkcjonuje. Nie obca była mi otoczka, emocje związane z występami w I drużynie, bo przecież na wielu meczach byłem rezerwowym. Jestem obyty z Legią. Dzięki temu było mi dużo łatwiej wejść do gry. Całe życie przyjeżdżam w jedno miejsce, to jest mój drugi dom i cieszę się, że wciąż tu jestem.

Czego życzyłbyś sobie na nowy rok?
- Chciałbym, by ta runda nie była jednorazowym wyskokiem. Bym w przyszłym roku grał co najmniej tak samo dobrze, a postaram się jeszcze lepiej. By gra dla Legii stała się dla mnie codziennością. W Ekstraklasie i Lidze Mistrzów.

Rozmawiał: Jakub Majewski "Qbas"
Twitter: QbasLL
Kątem Oka na FB

REKLAMASklep Imperium
REKLAMA
© 1999-2019 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.