Aleksandar Vuković - fot. Mishka / Legionisci.com
REKLAMA
REKLAMA

Nasz wywiad

Vuković: Zadanie wykonane, czas odciąć pępowinę

Qbas i Woytek, źródło: Legionisci.com - Wiadomość archiwalna

- Warto było wracać? Nie miałem wyboru, z punktu widzenia moich uczuć do tego klubu. Nie zastanawiałem się. Od początku mówiłem, że to muszę zrobić, od strony emocjonalnej i z szacunku do klubu, który tak dużo mi dał. Było ogromne ryzyko, bo jeśli bym spadł, byłbym skreślony na 100%. Nie przestraszyłem się jednak tego - mówi Aleksandar Vuković w rozmowie z naszym serwisem, w której podsumowaliśmy zakończony sezon. Zapraszamy do lektury.

Jak słaba była Legia w minionym sezonie?
Aleksandar Vuković: Nie tak jak świadczy o tym 10. miejsce w tabeli. Nie ma jednak przypadku jeżeli drużyna przegrywa 12 na 15 razy, a łącznie 17-krotnie. Nie można tego tłumaczyć, że kalendarz. Problem był głębszy i coś trzeba było zmienić. Działać, a nie czekać, że samo zaraz ruszy.

A tak właśnie myślano jesienią.
- Cała runda minęła na takim myśleniu.



Chyba musieliśmy spaść na ostatnie miejsce, żeby coś się zmieniło w podejściu.
- Tak. Mówiłem w Dubaju o tym, uświadamiałem, jaka jest sytuacja i że to się samo nie zmieni. Wiedziałem, że jedna z trzech drużyn, które mieliśmy dookoła siebie - Termalica, Warta, Łęczna - utrzyma się w lidze. Chciałem uświadomić, że nie mamy dwóch punktów straty, tylko dużo więcej. Gdybyśmy jako Legia doprowadzili do sytuacji, że wszystko rozstrzygałoby się w końcówce, to by nas inni utopili. W innych meczach kombinowaliby ze składem, czyścili kartki, ale na Legię byłaby pełna mobilizacja. Jeśli byśmy musieli wygrać na Jagiellonii i grać z Cracovią o zwycięstwo, to ta końcówka byłaby dla nas trudniejsza niż dla innych. Najgorszy był początek, do przerwy na kadrę. Wiedzieliśmy, że czekają nas dwa spotkania z Termaliką, Wartą, Wisłą, Śląskiem i Łęczną. Potem graliśmy już z samą czołówką. Brak punktów na początku skomplikowałoby sprawę na maksa. Wyobraźmy sobie co by było, jakby ten okres był mniej skuteczny w naszym wykonaniu. Tymczasem mieliśmy cztery zwycięstwa i dwa remisy. Załatwiliśmy sprawę. Zrobiliśmy kawał roboty, żeby uniknąć tej trudnej końcówki. To było ważne.

A co było najważniejsze?
- Kluczowe dla nas było nie popełnić błędu w ocenie sytuacji. Musieliśmy być świadomi tego, na jakim miejscu jesteśmy. Gdyby było inaczej, mogło dojść do powtórki z jesieni i zamiast 1-0 ze Śląskiem, równie dobrze mogło być 0-1. Pamiętajmy, że przecież wówczas Legia często nie grała źle, była o włos od zwycięstwa, czy remisu, ale jednak przegrywała. Moim zdaniem dlatego, że panowało właśnie przekonanie, że po prostu w końcu zacznie wygrywać. Że musi i już. My potrzebowaliśmy dobrej serii, w której odniesiemy jak najwięcej zwycięstw. To się właściwie udało. Nie przegraliśmy ośmiu meczów z rzędu. OK, ktoś może powiedzieć, że to było łatwe. Nie mam z tym problemu. Jednak najpierw to trzeba było w ogóle zrobić. A jeśli się rozumie czym jest sport, jak ważne są w nim kwestie psychologiczne, to wie się, jaki to był ciężar.

fot. Woytek / Legionisci.com
fot. Woytek / Legionisci.com

Drużyna nie była świadoma zagrożenia?
- Nie tylko drużyna. W klubie panowało przekonanie, że wystarczy zmienić trenera i wszystko wróci do normy. Nikt na serio nie brał pod uwagę spadku. A to zagrożenie było bardzo realne. Gdy objąłem zespół wiedziałem, że przed nami górskie etapy Tour de France. Czekała nas nieustająca wspinaczka pod górę, ciężka praca, bez możliwości rozpędzenia się. Nie jeden wygrany mecz, a dopiero kilka mogły sprawić, że będzie lżej, że zacznie się jazda po płaskim. Zaczęliśmy wygrywać, a nadal byliśmy w strefie spadkowej. Miało się wrażenie, że stoimy w miejscu, choć dogoniliśmy zespoły, do których mieliśmy 12-15 punktów straty, jak Stal. Jednak nagle w walce o utrzymanie brało udział z siedem klubów.

W czym więc byliście lepsi od innych?
- Mieliśmy drużynę skoncentrowaną, skonsolidowaną i już świadomą sytuacji. Jeśli dodamy do tego jakość indywidualną poszczególnych zawodników, to mamy przyczyny, dla których udało nam się wyjść z tego obronną ręką.

Trudno było ci dotrzeć do tych piłkarzy i przekonać do ciężkiej pracy? Również na boisku, gdzie z mozołem gromadziliście punkty.
- Potrafiłem dość plastycznie nakreślić im realia i wprowadzić dyscyplinę. Takie zadanie postawiłem sobie przed obozem i to się wówczas udało. Była tam praca, skupienie i chęć do wysiłku. Ale możesz robić wszystko, co w twojej mocy, a i tak niektórym oczy otwierają się dopiero po wybuchu bomby. Dla nas taką bombą była porażka u siebie z Wartą. Mieliśmy za sobą budującą serię wygranych sparingów i ligowe zwycięstwo w Lubinie. Po tej przegranej byliśmy o krok od tego, by jesienne demony wróciły. Potrafiliśmy jednak zamienić to w otrzeźwiający prysznic. Mam wrażenie, że wszyscy wówczas zobaczyli, że spadek to nie żadne science-fiction, a bardzo realny scenariusz. Moje ostrzeżenia dotarły. Jednocześnie budowaliśmy wiarę w to, że potrafimy, że to tylko jednorazowa wpadka. Bardzo doceniam, że drużyna się wówczas skonsolidowała, przy wszystkich problemach z kontuzjami i z brakiem jakości, ale i wsparcia. Zawodnicy dźwignęli się i efekt był taki, że po zwycięstwie z Górnikiem Zabrze mogliśmy być już zupełnie spokojni.

Jakiego wsparcia wam brakowało?
- Trafiłem na moment, w którym już zdecydowanie brakowało podejścia na zasadzie: „Dawajcie, walczcie, jesteśmy z wami”. Nie zaskoczyło mnie to, zwłaszcza że drużyna zapracowała na negatywną opinię wszystkich dookoła. Piłkarze mogli być jednak tym wszystkim trochę przerażeni. Trzeba więc było sobie radzić i to była nasza rola, trenerów. Powiodło nam się, zostajemy w lidze i nie jestem w stanie wytłumaczyć, jak wielką satysfakcję odczuwam z tego powodu.

Ale po serii udanych spotkań część kibiców zaczęła liczyć punkty do czwartego miejsca, zmieniać plany na majówkę. Zaskoczyła cię ta nagła zmiana nastrojów?
- To jest OK. Ja sam w pewnym momencie zacząłem z nadzieją patrzeć w górę tabeli. Czułem, że w tych trudnych chwilach tworzy się drużyna, coś co się samo nakręca.

Szybko przestałeś. Czemu?
- Po przerwie reprezentacyjnej wierzyłem, że rozpędzeni będziemy grać i punktować coraz lepiej. I byłoby to możliwe, gdyby nie kilka czynników. Po pierwsze: urazy kluczowych zawodników i nie mogliśmy wyjść w najmocniejszym składzie w żadnym z meczów. Po drugie: nie pomogło zamieszanie, które powstało po konferencji prasowej w Szczecinie, w trakcie której oznajmiono, że trener Runjaić nie zostanie w Pogoni i ciągłe debaty na temat stanowiska trenera w następnym sezonie. Przez to nie mogliśmy dokończyć sezonu tak, jakbym chciał i jak byśmy mogli. Właśnie tego najbardziej żałuję.

A jakie są wnioski, dlaczego jesień wyglądała tak źle? Co myślą o tym piłkarze, czy szukają przyczyn tej sytuacji?
- Na pewno każdy ma podobne wnioski, zawodnicy też. Długo lekceważono ten początek, pierwsze sygnały. Przez kilka udanych wyników w Europie uznano, że musi być dobrze. Prawda jest taka, że w trakcie wychodziło coś takiego, że ta kadra nie jest aż tak szeroka, że potencjałem nie wygląda to tak, jak by można było sądzić po wygranym meczu z Leicester City. To zwycięstwo podziałało na wyobraźnię. Która Legia była prawdziwa? Ta z ligi czy z europejskich pucharów? De facto myślę, że zbyt późno wszyscy zrozumieli, że bliżej realnego obrazu było to, co działo się w lidze. W meczach w europejskich pucharach można mówić o odrobinie szczęścia. Nie chcę mówić o tym, jak Leicester traktował mecz z Legią. Na pewno inaczej niż Górnik w Zabrzu. Poziom podejścia do tego spotkania niweluje pewne różnice.

To wszystko?
- Co można jeszcze powiedzieć o tym sezonie... Najlepiej byłoby to ubrać w słowa, że w nim nasiliło się to, co mogliśmy zobaczyć we wcześniejszych, bardziej lub mniej udanych. Pamiętamy dobrze, że w sezonach mistrzowskich wyglądało to tak, że też było wiele punktów straty i odległe miejsca, ale też szalona pogoń. Tym razem poszło to drastycznie w drugą stronę, co jest efektem braku fundamentów, które prezes teraz chce wylewać. Poprzednia runda i w ogóle te rozgrywki są konsekwencją pewnych działań podjętych miesiące i lata wstecz. Oczywiście aż tak źle nie musiało być, trzeba przyznać, że niektóre mecze jesienią przegrywało się typowym sportowym nieszczęściem, ale faktem jest, że to wypadkowa długotrwałych zaniedbań na wielu płaszczyznach.

fot. Woytek / Legionisci.com
fot. Woytek / Legionisci.com

Skoro mowa o fundamentach. W środę Rangers FC grało w finale Ligi Europy, w podstawowym składzie wystąpiło pięciu zawodników, którzy zagrali przy Łazienkowskiej trzy lata temu, a na ławce też było kilku. Z tamtej drużyny w składzie Legii są tylko Artur Jędrzejczyk i Mateusz Wieteska, który zresztą pewnie zaraz odejdzie.
- To najlepszy możliwy przykład jak różnie są budowane kluby i drużyny. Wcześniej Rangers wróciło po latach, a gdy z nimi graliśmy pierwszy raz zdobyli mistrzostwo po latach. Cechuje ich stabilizacja składu, tożsamość drużyny i klubu. Wiadomo, że w ostatnim czasie niezbyt pracowano w Legii nad tożsamością tej drużyny i jej stabilizacją. Dla mnie oczywiste jest to, że w ten sposób narażasz się na mniejsze lub większe kryzysy. Budowanie drużyny i klubu na zdrowych zasadach jest bardzo proste, przynajmniej w moim odczuciu. W tej prostocie trzeba mieć jasną wizję czego się chce i sporo wytrwałości, co często w Polsce jest nieakceptowalne. Ostatnio czytałem wywiad z Carlo Ancelottim i jego synem. O porażkach i niepowodzeniach mówili, że problem polega na tym, że ludzie za każdą przegraną chcą kogoś obwinić. Nie rozumieją, że są one częścią tego procesu. Niekoniecznie trzeba zawsze szukać winnego. Jeżeli po dwóch, trzech niepowodzeniach zaczynasz zmieniać koncepcję, to nigdy niczego nie zbudujesz. Jestem częścią legijnej historii najnowszej, doświadczyłem jej. Próbowałem wtedy coś zmieniać, uważam, że zaczęliśmy budować coś na innych zasadach i trwając w tym można było zrobić coś fajnego. Tak czuję.

Trudno się buduje, łatwo snuje wizje.
- Najlepszy moment budowania drużyny został w klubie przegapiony. Za trenerskiej kadencji Jacka Magiery zajęliśmy trzecie miejsce w Lidze Mistrzów i czekaliśmy na mecze z Ajaxem w Lidze Europy. Można było zrobić skok jakościowy na skalę europejską. Tymczasem zimą odeszli Nikolić i Prijović, a latem Vadis, co doprowadziło do destabilizacji i uniemożliwiło przejście na wyższy poziom. Trzeba było wymieniać inne ogniwa niż ta trójka. Jeżeli nie było nas stać na utrzymanie tych piłkarzy w takim momencie, to nigdy już nie będzie nas stać. Później najłatwiej było powiedzieć, że trener Magiera nie spełnił oczekiwań i zawsze znajdą się osoby, które uwierzą w taką narrację.

Kogo ci teraz najbardziej brakowało z twojej mistrzowskiej ekipy?
- Vesovicia, Kante lub Niezgody, obojętnie którego, na pewno Luquinhasa, Gwilii lub Antolicia. Wtedy byłaby drużyna, z którą w następnym sezonie można walczyć o mistrzostwo, oczywiście przy możliwości zatrzymania wszystkich zawodników, których chcesz z obecnego składu.

W minionym sezonie miałeś grono zawodników, na których nie stawiałeś. W jaki sposób cię zawiedli?
- Wybór był prosty - wybierałem tych, którzy bardzo chcieli, byli w pełni zaangażowani, gotowi do poświęcenia dla zespołu. Dla mnie drużyna jest najważniejsza i zawsze się tego trzymam.

A taki Verbić? Przyszedł, i, co naturalne, na początku nie grał. W Internecie robiło się jednak szaleństwo, że on siedzi na ławce, bo przecież miał wcześniej osiągnięcia. A tu trzeba było wywalczyć miejsce w składzie i coś udowodnić. Nie każdemu się chce.
- Potrzebowałem zawodnika na tę pozycję bardziej niż jakąkolwiek inną. Natomiast prawda jest taka, że zdecydowanie więcej dał tam Rosołek i cieszę się, że mieliśmy go, bo dużo dał drużynie. Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że nie dałem Verbiciowi szansy. Z Piastem i Pogonią wystąpił od początku i w dłuższym wymiarze czasowym. W kilku meczach wchodził z ławki. Każdy ma szansę ocenić te występy. Nie będę krytyczny, ale chciałbym podkreślić, że został sprowadzony w takim, a nie innym momencie. Potrzebowaliśmy zawodnika od razu do gry. Tymczasem on był przez jakiś czas bez treningu, potem pojechał na kadrę, zagrał 30 minut, a to były kolejne tygodnie straty. Potem stopniowo wchodził na boisko. Nie chciałem budować Verbicia kosztem zawodnika, który daje więcej na tej pozycji, na to zwyczajnie nie było czasu.

Kłania się polityka transferowa Legii..
- Przede wszystkim chodzi o to, żeby przewidywać co się wydarzy lub może wydarzyć. By planować pewne ruchy z wyprzedzeniem. Bo jeśli dzisiaj Legia ma na pozycji skrzydłowego Wszołka, to on może odejść z klubu dopiero wtedy, kiedy mamy pewność, że będzie w jego miejsce zawodnik, który prezentuje taki sam poziom. Wtedy też można dokupić kolejnego do rywalizacji. Rok temu było trzech na prawą stronę: Juranovicia, Wszołka i Vesovicia, a po chwili ani jednego. Nie jesteśmy w takim kryzysie, żeby funkcjonować w ten sposób.

Rozmontowany został cały szkielet drużyny. Zimą odszedł Martins, można go oceniać lepiej lub gorzej, ale był tu już jakiś czas.
- Akurat Martins to zawodnik, którego ja nie widziałem w drużynie, więc jego sytuacja jest inna. Miałem Slisza, Josue, Celhakę i Sokołowskiego.

A Josue? przychodził z opinią trudnego charakteru. Na treningach wyglądał pozytywnie, ale czasami pokazywał ciemną stronę. Zdarzało się, że bywało między wami nieprzyjemnie.
- On ma specyficzny charakter, ale troszeczkę też podobny do mojego. Moim zdaniem był bezapelacyjnie najlepszym zawodnikiem Legii, piłkarzem który zrobił różnicę w decydujących meczach. Bez przesady można powiedzieć, że w dużej mierze opieraliśmy naszą grę ofensywną wokół tego zawodnika. Wskazywał na to jego potencjał i temu sprostał. Kluczowe w tym wszystkim było, by on zrozumiał, że na boisku ma pracować dla drużyny, a nie żółte kartki. Myślę, że to się w zupełności udało. Mogę o nim mówić w samych superlatywach, z wdzięcznością za to, co nam dał. Mam nadzieję, że klub znajdzie sposób, żeby go zatrzymać.

fot. Mishka / Legionisci.com
fot. Mishka / Legionisci.com

Znowu może się powtórzyć sytuacja, że mamy jakiś kręgosłup i zaraz go nie będzie.
- Prawda jest taka, że mamy Wszołka, Josue, Pekharta, a o nich się mówi w kontekście odejścia. To zaś oznacza odejście prawie całej naszej siły ofensywnej.

Ile waży Artur Boruc?
- Nie wiem!

Na pewno wiesz, ale pytamy jak ciężko było z nim współpracować.
- Od jakiegoś czasu robię w mediach nagłówki o Arturze. Nie miałem z nim większych problemów. Kierowałem się tym, czym kieruję się we współpracy z każdym innym zawodnikiem, czyli dobrem drużyny. Z szacunkiem do Artura, większym może niż do innych, ze względu na jego przeszłość, ale z uwzględnieniem potrzeb zespołu. I z takich słów powstawały tytuły, że u mnie Artur nie zagra. Co bym nie powiedział, powstaną nagłówki. Tymczasem mówię cały czas to samo. Mówię, że zagra Miszta, a dziennikarze, że Boruc u Vukovicia nie będzie grał.

Jeszcze w styczniu go budowałeś i dawał radę.
- Tak było. Grał w wygranym meczu z Zagłębiem, potem miał trzy mecze kary, trzy tygodnie przerwy. Kolejny raz powtórzę: w czasie tej przerwy zmieniła się hierarchia w bramce. Tyle na ten temat.

Dobra, to może chociaż wyjaśnisz, dlaczego od dłuższego czasu nie grał Mladenović?
- Długo miał problem z kolanem, nieraz z tym grał. Kiedy stracił miejsce w składzie, a problem się nasilał, uznaliśmy że to odpowiedni czas, żeby uraz zaleczyć. Filip przechodzi teraz rehabilitację w Belgradzie. Ma duże możliwości i potencjał. Udowadniał to wcześniej, ale nie w tym sezonie. Z zawodnikami tak jest, kolejny sezon może być dla niego zupełnie inny.

Kropka?
- Kropka.

Ale wiele razy tłumaczyłeś, że niewielu rozumie sytuację w jakiej znalazła się drużyna... może ten moment po sezonie jest idealny, by jednak rozjaśnić kibicom dokładnie co było nie tak, kto nie ciągnął wózka w tę samą stronę?
- Kropka.

fot. Woytek / Legionisci.com
fot. Woytek / Legionisci.com

Czy jesteś zadowolony z pracy, jaką wykonałeś w Legii?
- Żeby się spodobać innym, trzeba powiedzieć: wiele błędów popełniłem, tu mogłem zrobić inaczej. Po każdym przegranym meczu wychodzisz z założenia, że coś można było zrobić lepiej. Pewnie, że tak. Czułem dużą odpowiedzialność za klub i drużynę, miałem spore obawy i nie podchodziłem do tego na zasadzie, że to się musi udać, wystarczy tylko wyjść na boisko. Jestem zadowolony, że przeszliśmy przez to i uniknęliśmy katastrofy. Zawsze można więcej i lepiej, ale biorę pod uwagę okoliczności. Tak jak mówiłem, żałuję drugiej części rundy, gdy sam liczyłem na więcej. Zawsze można więcej i lepiej, ale trzeba brać pod uwagę niesprzyjające okoliczności. W czasie przerwy reprezentacyjnej marzyłem nawet o liczbie 50 punktów, ale muszę zadowolić się 43, co też było w naszej sytuacji bardzo dobrym wynikiem.

Warto było wracać?
- Nie miałem wyboru, z punktu widzenia moich uczuć do tego klubu. Nie zastanawiałem się. Od początku mówiłem, że to muszę zrobić, od strony emocjonalnej i z szacunku do klubu, który tak dużo mi dał. Było ogromne ryzyko, bo jeśli bym spadł, byłbym skreślony na 100%. Nie przestraszyłem się jednak tego. Jak wchodzisz w coś, co jest kwestią emocjonalną, to aż tak mocno nie bierzesz pod uwagę ryzyka. Pewnie więc, że było warto. Jestem zadowolony ze zdobytego doświadczenia i tego, że pożar został ugaszony. Dla siebie też coś ugrałem, uważam udowodniłem, że potrafię również pracować w zupełnie innych realiach i walczyć o inne cele. Gdy wygrywaliśmy mistrzostwo, mówili że z Legią każdy potrafi zdobyć mistrzostwo. Teraz ci sami mówią, że każdy by tę drużynę utrzymał. Nie mam na to wpływu, ale mam wewnętrzną satysfakcję z mistrzostwa zdobytego z Legią, jak i z utrzymania.

fot. Mishka / Legionisci.com
fot. Mishka / Legionisci.com

Mamy wrażenie, że trener w Legii, zwłaszcza taki jak ty, obrywa za cudze winy i błędy. Łatwiej zwalić na swojego, on wszystko przyjmie. Potraktowano cię nieelegancko, a mówiąc wprost: nieprzyzwoicie
- Nie czuję się żadną ofiarą. To był trudny i stresujący czas, to oczywiste, ale nie traktuję tego jako coś, na co mogę się żalić. Sam wybrałem. Trudno byłoby mi funkcjonować bez takich przeżyć. Kontynuuję przygodę trenerską, czekam na następny krok z ekscytacją, będę chciał wybrać dobrze. Jak mówimy o żalu, to od początku powtarzam, że nie dotyczy on odejścia z klubu, bo uważam, że nadszedł na to czas. A jeśli mnie pytacie, czy podobało mi się to, że w pewnym momencie musiałem się domyślać, co do obsady pozycji trenera w następnym sezonie, to w ogóle mi się to nie spodobało.

Co więc będziesz teraz robił?
- Jak chyba u większości trenerów, to wielka niewiadoma. Realnie patrzę na co mogę liczyć. Przede mną ważny wybór, ale trzeba będzie mieć też trochę szczęścia. Nikt nie jest w stanie na podstawie rozmowy o pracę ocenić, do jakiego projektu się wybiera. Jest kilka ciekawych klubów. Wyobrażam sobie też, że przez jakiś czas będę wszystko spokojnie obserwował, bo nie chcę też wchodzić w coś, do czego nie jestem w pełni przekonany. Czasami trener jest w sytuacji, kiedy nie ma wyboru, bo wypada z gry. Możliwe, że też kiedyś mnie to spotka, ale teraz tak nie jest. Nie chcę wybierać pierwszego klubu, który się do mnie zgłosi. Czas pokaże.

Patrząc na to wszystko, to chyba dobrze, że nie zostaniesz w Legii?
- To jest bardzo dobry moment, by odejść, odciąć pępowinę i ruszyć w swoją stronę. Wykonałem zadanie, utrzymałem klub w Ekstraklasie i jest szansa, by znów coś fajnego tu powstało w przyszłości.

No właśnie. Co dalej z Legią?
- Zawsze były rewolucje po mistrzowskich sezonach, to po takim będzie tym bardziej. Przed Legią bardzo ważne okienko transferowe. Ono w dużej mierze zdecyduje o powodzeniu lub niepowodzeniu w nadchodzących rozgrywkach. Trzeba wyselekcjonować grupę ludzi, która będzie ze sobą współgrała, współtworzyła zespół. Akurat to jest proste, ale wymaga czasu i skrupulatnej pracy. Trafienie z zasobami ludzkimi, kwestiami mentalnymi i relacjami międzyludzkimi w drużynie i klubie jest dużo ważniejsze niż jakość sportową lub czysto piłkarską.

Czasem wystarczy sprawdzić Instagram piłkarza a nawet jego partnerki.
- W każdym klubie są ludzie, którzy mają wiedzę na temat osobowości zawodnika, którym się interesujemy, tylko trzeba do nich dotrzeć i zrobić dobry wywiad. Szczególnie, gdy wykładasz duże pieniądze. Legię czeka sprowadzenie kilku zawodników, może więcej niż pięciu. Jeśli zaś nie da się ściągnąć tych, których chcemy, trzeba trafić z podobnymi. Od 20 lat, odkąd tu jestem, nie było sezonu, żebyśmy go nie zaczynali z aspiracjami mistrzowskimi. Z różnym skutkiem. Nie wyobrażam sobie, żeby Legia grała o piąte miejsce, bo to jest nienaturalne, niezależnie od sytuacji.

Rozmawiali Jakub Majewski i Wojciech Dobrzyński

WYNIKI SONDYJak oceniasz pracę Aleksandara Vukovicia na stanowisku trenera Legii?
SUMA GŁOSÓW: 40771
START: 16.12.2021 / KONIEC: 25.05.2022



fot. Woytek / Legionisci.com
fot. Woytek / Legionisci.com

REKLAMA
REKLAMA
© 1999-2024 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.