Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
Kraków - Wtorek, 15 kwietnia 2008, godz. 18:15
Puchar Ekstraklasy - 1/2 finału
Herb Wisła Kraków Wisła Kraków
    0 (0)
    Herb Legia Warszawa Legia Warszawa
    • 56' Grzelak
    1 (0)

    Sędzia: Adam Kajzer
    Widzów: 9200
    Pełen raport
    Kamil Majkowski nie wykorzystał znakomitej okazji do strzelnia gola, ale mimo to swój występ może zaliczyć do bardzo udanych - fot. Piotr Galas

    Wyblakła gwiazda

    Po golu Bartłomieja Grzelaka w 57. minucie Legia wygrała w Krakowie i awansowała do finału rozgrywek o Puchar Ekstraklasy. Choć przez większość meczu przewagę posiadali gospodarze, to dzięki nieporadności bramkarza Wisły Marcina Juszczyka zwycięstwo pojechało do Warszawy. Wystarczyła jedna kontra by stadion przy Reymonta został wreszcie zdobyty.

    Na mecz do Krakowa trener Jan Urban nie zabrał kilku podstawowych piłkarzy. Zamiast tego do gry wystawił młodego Kamila Majkowskiego i Ariela Borysiuka. Po długiej przerwie na murawie pojawił się także Błażej Augustyn oraz powracający do zdrowia Dickson Choto. Szkoleniowiec wiślaków Maciej Skorża wystawił zdecydowanie silniejszy skład. Jednak pierwsze minuty należały do legionistów. Oprócz trzech rzutów rożnych nic konkretnego z tego nie wynikło. A potem do głosu doszli gospodarze, którzy na długie minuty zamykali piłkarzy Legii na ich połowie. Zaskakujące było, że mimo przewagi Wisły, gracze spod Wawelu w pierwszej połowie oddali zaledwie jeden strzał. Niecelne uderzenie zanotowali tuż przed gwizdkiem na przerwę.

    Legioniści zepchnięci do defensywy, ograniczyli się do kontr. Na prawej stronie usiłował szarpać Majkowski, ale momentami był za szybki dla swoich kolegów. W środku ambitnie grał Martins Ekwueme, ale gdy tylko dostawał piłkę natychmiast pojawiało się obok niego trzech zawodników Wisły. Mimo to, to podopieczni Jana Urbana powinni w pierwszej połowie strzelić gola. W 28. minucie doskonałym podaniem został obsłużony Grzelak. Zwodem zwiódł dwóch obrońców, wpadł w pole karne i miał przed sobą już tylko Marcina Juszczyka. Trącona piłka zamiast wylądować w siatce, odbiła się od bramkarza i zamiast bramki był tylko rzut rożny.

    Na tym skończyły się akcje, po których Legia mogła zagrozić Wiśle. Przez większą część pierwszej połowy dużo roboty mieli nasi pomocnicy i obrońcy, którzy musieli odpierać ataki wiślaków. Jednak ci jakby zadowoleni z wyniku, dającego im awans do finału rozgrywek o Puchar Ekstraklasy, choć przeważali, to niezbyt kwapili się do zdecydowanych ataków. Jednak gdy przycisnęli pod bramką Wojciecha Skaby robiło się naprawdę gorąco. Tak jak wówczas, gdy warszawscy defensorzy nie wiedząc jak powstrzymać rywali, wybijali piłki na oślep. Efekt – cztery rzuty rożne w ciągu 3 minut.

    Drugie trzy kwadranse Legia rozpoczęła od mocnego uderzenia. Ledwie Adam Kajzer gwizdnął po raz pierwszy, a już Tomasz Kiełbowicz mógł dać Legii prowadzenie. Obrońca "wojskowych" znalazł się sam przed Juszczykiem. Strzał z 11. metra trafił jednak wprost w bramkarza gospodarzy. Kilkadziesiąt sekund później pomyłkę kolegi mógł naprawić Majkowski. Młody pomocnik przedarł się lewą stroną i wpadł w pole karne. Z ostrego kąta zagrał wzdłuż linii bramkowej. Nikt nie zamykał jednak akcji i bezpańska futbolówka opuściła murawę.

    W 57. minucie Legia miała zdecydowanie więcej szczęścia. Kolejną akcję przeprowadzała Wisła. Piłkę przejął jednak Augustyn i kilkudziesięciometrowym podaniem uruchomił na lewej flance Grzelaka. Ten przyjął piłkę na klatkę piersiową i zaczął pędzić w pole karne. Będąc przy linii końcowej zdecydował się na strzał. Piłka raczej nie zmierzała w światło bramki, ale Juszczak interweniował na tyle niefortunnie, ze skierował futbolówkę do bramki. 1-0, czyli wynik, który awansem do finału promował Legię.

    Stracony gol rozzłościł wiślaków, którzy mają chrapkę na potrójną koronę. Na bramkę Skaby zaczęły więc sunąć zdecydowane ataki. Co gorsze bramkarz Legii nie zachowywał się zbyt pewnie. Na szczęście bardzo dobrze grał za ta Choto i cała defensywa "wojskowych". A roboty miała co nie miara. Gospodarze zamknęli legionistów na ich połowie i wszelkimi sposobami usiłowali doprowadzić do remisu. Ale ani Andrzej Niedzielan, ani Radosław Matusiak nie potrafili znaleźć recepty na legijną obronę.

    Autor: Tomek Janus