Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
Poznań - Niedziela, 1 października 2017, godz. 18:00
Ekstraklasa - 11. kolejka
Herb Lech Poznań Lech Poznań
  • 13' Gajos
  • 38' Trałka
  • 65' Makuszewski
3 (2)
Herb Legia Warszawa Legia Warszawa
    0 (0)

    Sędzia: Szymon Marciniak
    Widzów: 36829
    Pełen raport

    Chwila radości w morzu beznadziei

    Pojedynki Lecha z Legią od lat działają jak magnes na mieszkańców Poznania i Warszawy i to bynajmniej nie z powodu piłkarskiego pojedynku, lecz w wyniku odwiecznej nienawiści, jaką pałają do siebie kibice obu klubów. Kiedy zatem dochodzi do konfrontacji zespołów z Wielkopolski i Mazowsza, można być niemal pewnym, że nabycie wejściówek zarówno gospodarzom, jak i wizytującym wrogi stadion gościom potrafi przysporzyć nie lada problemów.
    Każdy bowiem chce móc na żywo wziąć udział w tak istotnym meczu – spotkaniu, które gwarantuje komplet publiczności i niezapomniane emocje. Tak przynajmniej bywało do tej pory.

    Tym razem jednak mieliśmy do czynienia z dość nietypową sytuacją. Lech nie wyprzedał biletów, a na naszą kiepską frekwencję w „Pyrlandii” próżno szukać adekwatnego usprawiedliwienia. Nie da się jednak ukryć, że za kwotę, którą podyktowali nam poznaniacy, spokojnie można by obejrzeć spotkanie na niektórych zachodnich stadionach, chociażby w Niemczech. Cóż, wygląda na to, że Wielkopolanie postanowili szybko się dorobić..., no i chyba trochę się przeliczyli.

    Po raz pierwszy od dłuższego czasu zdecydowaliśmy się udać do stolicy województwa wielkopolskiego samochodami. Zbiórkę mieliśmy zaplanowaną przed południem na jednym z podwarszawskich parkingów, skąd całą grupą dość sprawnie przemieściliśmy się do Poznania. Fury zaparkowaliśmy wzdłuż dobrze wszystkim znanej ulicy Wałbrzyskiej, na którą zazwyczaj jesteśmy przywożeni autobusami, gdy wyjazd odbywa się „specjalem”. Do początku pojedynku pozostawały jeszcze dwie godziny. Nie było zatem obaw, że nie zdążymy wejść na sektor o czasie, zwłaszcza że wpuszczanie odbywało się naprawdę sprawnie.

    Jako że oczekiwanie na pierwszy gwizdek przedłużało się w nieskończoność, postanowiliśmy się nieco uaktywnić, gorąco „pozdrawiając” leniwie zapełniających obiekt przy Bułgarskiej lechitów. Jak się można domyślać, błyskawicznie odwzajemnili nam swoje „wyrazy szacunku”. Fani „Kolejorza” chcieli nam dopiec, wytykając słabą frekwencję i zadając pytanie „co was tak mało?!”. Na nic zdały się jednak ich docinki. „Na was wystarczy!” – krótko zripostowaliśmy. Festiwal wzajemnych „uprzejmości” trwał w najlepsze przez dobrych kilka minut. W „Kotle” zawisła reprezentacyjna flaga łódzkiego KS, którego fani w ostatnich dniach przybili zgodę z lechitami. Skomentowaliśmy to w jedyny możliwy sposób: „Trzyliterowa to łódzka k... sportowa”. „Dialog” z tubylcami uskutecznialiśmy zresztą jeszcze ładnych kilka razy. By dobitniej dogryźć gospodarzom i ich nowym, łódzkim kolegom, odśpiewaliśmy kilkukrotnie podczas meczu m.in. „Chociaż ciężki jest czas”.



    Sam mecz rozpoczął się z kilkuminutowym opóźnieniem. A wszystko przez gęste zadymienie, które stanowiło skutek uboczny choreografii, którą przygotowali poznaniacy. Kibice „Kolejorza” odpalili różnokolorowe świece dymne, które miały nawiązywać do barw zgód, a które skutecznie przesłoniły murawę stadionu. Nasza 757-osobowa grupa rozpoczęła doping od tradycyjnego „Mistrzem Polski jest Legia”. Podkreśliliśmy także swoją obecność przyśpiewką „Jesteśmy zawsze tam”. Każdy z nas łudził się, że nie napawająca optymizmem forma legionistów znajdzie swój kres właśnie przy Bułgarskiej. Jak płonne były to nadzieje, mieliśmy się przekonać już kilkanaście minut po rozpoczęciu widowiska. Nim to jednak nastąpiło, staraliśmy się możliwie jak donośniej wspierać „Wojskowych” w ich poczynaniach na boisku. Niestety, ani „Dziś zgodnym rytmem” ani hit z Wiednia, ani tym bardziej „Ole, ole, ola, ola” nie były w stanie przekonać naszych grajków do wytężonej pracy. Lechici robili z nimi niemal wszystko, co chcieli. Tak źle grającej Legii nie widzieliśmy... już od bardzo dawna. A nie, wróć, przepraszam. Tak grającą Legię oglądamy właściwie od początku bieżącego sezonu. Przy tak licznych błędach, jakich dopuszczali się nasi zawodnicy, w końcu musiało stać się to, co zapowiadało się właściwie od pierwszego gwizdka sędziego. Maciej Gajos główką pokonał Arkadiusza Malarza, a fani Lecha wpadli w ekstazę. Zamiast jednak cieszyć się własnym szczęściem, skupili się na nas pierwszorzędną „napinką”.

    Trudna sytuacja wynikowa spowodowała niestety także gwałtowny spadek formy wokalnej w naszych szeregach. „Szczęściarz” dwoił się i troił, by zachęcić nas do wspierania „Wojskowych” i zapodając najróżniejsze przyśpiewki, ale niestety nie wszyscy mieli ochotę na śpiewanie. Wielokrotnie nie mogliśmy się właściwie zgrać z bębnem, a ciut lepszymi pod względem decybeli momentami okazywały się te, w których złorzeczyliśmy gospodarzom... Kolejne minuty upływały, a Legia nadal nie mogła wyjść z przysłowiowego dołka. Ostatkami sił i nadziei próbowaliśmy jeszcze jakkolwiek muzycznie wpłynąć na naszych grajków, jednak gdy Łukasz Trałka wbił nam drugiego gola, nasze zniechęcenie przerodziło się najpierw w zażenowanie, a chwilę później w totalną wściekłość. „Legia grać, k... mać!” – wrzeszczeliśmy. Bez wątpienia lechici mieli powody do radości, czemu wielokrotnie dawali wyraz. Przy tak fatalnym rezultacie naszej grupie trudno było się zmotywować do dopingu.

    Drugą połowę, rozeźleni tym, co się działo podczas pierwszych 45 minut, jeszcze donośniej wyrażaliśmy swoje niezadowolenie. „Po co wy gracie, jak wy ambicji nie macie?!” – wołaliśmy w kierunku piłkarzy. Dostało się także prezesowi naszego klubu, którego część z nas obarcza winą za zaistniałą sytuację. „Gdzie są wyniki, Mioduski, gdzie są wyniki?!” – krzyczeliśmy. W tzw. międzyczasie Lech zaprezentował drugą oprawę, na którą składały się: transparent z napisem „25 lat zgody – mecze – melanże – kibolskie przygody” [chodzi o zgodę z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski – przyp. LL!], niebiesko-białe flagi, sztycówki z przekreślonymi emblematami wrogich drużyn, a także nad wyraz efektowny i trwający bardzo długo pokaz pirotechniczny, w trakcie którego nasze „gapcie” dały sobie wbić trzecią bramkę. Jeśli zaś chodzi o doping Lecha, to trzeba przyznać, że „niebiesko-biali” zaprezentowali się naprawdę nieźle, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że w dużej mierze ich wokalne wysiłki skupiały się bardziej na obrażaniu naszego klubu niż na wspieraniu własnych zawodników.



    Jeśli chodzi o to, co działo się u nas, to mieliśmy krótką chwilę lepszej formy decybelowej. Przyśpiewka „Hej Legia gol” z siadaniem i wstawaniem wyszła nam nie najgorzej, choć i tak dużo brakowało jej do ideału. W pewnym momencie zaprezentowaliśmy skromną choreografię – najpierw na nasz sektor wjechała sektorówka-herb, a chwilę później odpaliliśmy race oraz stroboskopy, które rozjaśniły na moment nasze ponure nastroje i stanowiły w zasadzie jedyny przebłysk sportowej żenady, którą musieliśmy oglądać. Dość dobrze wykonywaliśmy także „Legia gol, allez, allez”. Nagle wydawało się, że uda nam się zdobyć honorowe trafienie, bowiem kilka minut przed końcem spotkania nasz „ulubiony” sędzia Marciniak wskazał na wapno. Chwilę później odwołał jednak swoją decyzję, gdy skorzystał z systemu wideoweryfikacji. Zdruzgotani czekaliśmy już tylko na końcowy gwizdek arbitra. Wcześniej jednak megagłośno skandowaliśmy nazwisko Jacka Magiery. Niesłabnące poparcie kibiców dla byłego już trenera powinno najlepiej świadczyć o tym, że nie winią go za to, co obecnie dzieje się w Legii, a konkretnie w nogach i głowach piłkarzy.

    Wraz z ostatnim gwizdkiem nastąpił moment trudnej do opisania wrzawy poznaniaków. Cieszyli się tak, jakby zdobyli co najmniej mistrzostwo Polski. „Przyszliście chamy dlatego, że my tu gramy!” – spointowaliśmy ich rozentuzjazmowanie. Grajkom z kolei daliśmy dobitnie do zrozumienia, co sądzimy o ich tragicznej postawie, wykrzykując: „Co wy robicie, wy naszą Legię hańbicie?!” oraz „Zejdźcie z boiska, nie róbcie z nas pośmiewiska!”. Ponownie oberwało się również właścicielowi „Wojskowych”: „Gdzie są wyniki, Mioduski, gdzie są wyniki?!” i „Zamiast kręcić wciąż lokami, weź pogadaj z piłkarzami!”. Na obiekcie przy Bułgarskiej przyszło nam jeszcze spędzić niecałe 40 minut. Po opuszczeniu stadionu szybko zapakowaliśmy się do aut, by jak najszybciej opuścić „Pyrlandię”.

    Kolejne spotkanie legioniści rozegrają 15 października o 18:00 z Lechią przy Łazienkowskiej. Patrząc jednak na styl ich gry, trudno nastawiać się do tego pojedynku optymistycznie. Na razie zajmujemy ósmą pozycję w ligowej tabeli i obiektywnie patrząc, chyba naprawdę może być jeszcze gorzej. Dlatego trudno nie zgodzić się z wypowiedzią trenera Romeo Jozaka, której udzielił bezpośrednio po pojedynku z Lechem: „Będziemy musieli wszystko przewrócić do góry nogami i diametralnie zmienić sposób naszej gry, bo wiele kobiecych drużyn grałoby dziś z większym zaangażowaniem niż Legia”.

    PS. W naszym sektorze wywiesiliśmy trzy flagi: „Miasto Stołeczne Warszawa”, „Jesteśmy waszą stolicą”, eLkę w wieńcu laurowym oraz transparent „Ecik, wracaj do zdrowia”. Z kolei na trybunach Lecha pojawiło się płótno „Stadion Lecha i kibole – ostatni bastion wolności w umęczonym lewacką paranoją Poznaniu”.

    Frekwencja: 36829
    Goście: 757
    Flagi gości: 3

    Autor: Hugollek