Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
NewsyNewsy
Newsy
RSS  |  WAP  |  Kosz  |  Siatka  |  Hokej
Adam Wielgosz w Legii spędził parędziesiąt lat. Obecnie prowadzi Żyrardowiankę - fot. Raffi
Adam Wielgosz w Legii spędził parędziesiąt lat. Obecnie prowadzi Żyrardowiankę - fot. Raffi
Niedziela, 27 grudnia 2009 r. godz. 13:35

Uwaga: Wiadomość archiwalna!

Adam Wielgosz: W Warszawie potrzebna jest Legia! (cz. 1)

Bodziach i Fumen

Adam Wielgosz obecnie prowadzi II-ligową Żyrardowiankę. W latach 1965-82 był koszykarzem Legii, a następnie jej trenerem. W tej roli prowadził koszykarską Legię przez trzy sezony w ekstraklasie. Zdobył z Legią Puchar Polski i awansował do 1/4 finału PZP, w którym Legia odpadła z późniejszym triumfatorem.
W rozmowie z LL! Wielgosz poddaje w wątpliwość, czy spadek Legii z ekstraklasy w 1991 roku był "czysty". Dziś pierwsza część naszej rozmowy z wieloletnim legionistą.

Pamięta Pan jeszcze ile lat spędził w Legii?
Adam Wielgosz: Całą młodość, od 1965 roku jako zawodnik, do 1982. To był okres, kiedy zdobyliśmy Puchar Polski, a później zaczął się spadek. Po aferze w Neapolu związanej z przemytem złota zawitaliśmy do II ligi [Legia spędziła w II lidze sezon 1972/73 - przyp. LL!]. Zostało kilku młodych zawodników, z którymi graliśmy w tych rozgrywkach, żeby ponownie awansować do najwyższej klasy [właśnie w sezonie 72/72 - LL!].

Które lata spędzone w Legii wspomina Pan najmilej?
- Zdobycie Pucharu Polski, start w Pucharze Zdobywców Pucharów. Pamiętam, że doszliśmy do ćwierćfinału. Wówczas przegraliśmy dwumecz z Fidesem Neapol [w 1970 roku. Fides został triumfatorem tych rozgrywek, obecnie włoski klub nazywa się Partenope Napoli - przyp. LL!]. Zresztą wszystkie lata spędzone w Legii wspominam miło. Wychowany na Agrykoli, nie widziałem innego klubu niż Legia. Wszystko co działo się w mojej młodości, związane było z tym klubem. Legionistą to już zostanę do końca życia, choć pracuję w innych klubach.

W tamtych latach koszykówka była sposobem na życie?
- Nie do końca. Z zawodu byłem żołnierzem. Wówczas takie etaty były w Legii. Zawodnicy, którzy kończyli karierę, byli obejmowali opieką przez klub i w zależności od wykształcenia, obstawiano poszczególne stanowiska. Jeden zostawał magazynierem, Paweł Lewandowski sekretarzem sekcji, a los tak mną pokierował, że zostałem trenerem. Wtedy klub dbał o zawodników, którzy kończyli przygodę ze sportem. Jak to mówią, „za metą i dalej, trzeba umieć sobie poradzić”. Później zaczęli pojawiać się ludzie, którzy bardziej niż sport cenili wojsko. Nastąpił okres transformacji, kiedy to niektóre sekcje były pod opieką Ministerstwa Obrony Narodowej, a reszta musiała przejść na własny garnuszek. To spowodowało, że w klubie pojawiły się problemy. Drużyna z wieloletnimi tradycjami, siedmioma mistrzostwami kraju, nie powinna pozostać w tyle. "Bliźniaczy" zespół, jakim był Śląsk Wrocław, potrafił sobie poradzić. Natomiast w Legii trudno było o pozyskanie sponsora, który by się zaangażował. A przecież herb tego klubu jest niezwykle cenny w kontekście marketingowym. W Warszawie potrzebna jest Legia, bo nie wyobrażam sobie i aż serce boli, gdy widzi się, że derby rozgrywane są pomiędzy dwiema ekipami Polonii.

Przydzielono Panu stanowisko trenera. Początki chyba nie były łatwe?
- Zdecydowanie. Początki były bardzo trudne. Trener Stefan Majer zrezygnował z prowadzenia zespołu i rzucono mnie na głęboką wodę [po sezonie 1981/82 - przyp. LL!]. Z roli asystenta, bo wówczas terminując u trenera zdobywało się odpowiednie doświadczenie i kwalifikacje, przydzielono mi funkcję szkoleniowca. Chciałbym jednocześnie podkreślić, iż miałem przyjemność uczyć się od bardzo dobrych trenerów. Najpierw u Władysława Pawlaka, u którego stawiałem pierwsze kroki. Później u trenera Majera, który prowadził reprezentację olimpijską w Moskwie i później z trenerem Andrzejem Pstrokońskim. Chcę jednak nadmienić, iż stając się opiekunem Legii, przeszedłem na drugą stronę, gdyż przecież dotychczas byłem jednym z graczy. Razem z zespołem byliśmy kolegami, z którymi prowadziło się życie towarzyskie, a wówczas sytuacja uległa zmianie. Dzięki Bogu podołałem zadaniu. Relacje koleżeńskie pozostały, ale na boisku wymagałem profesjonalizmu, co zostało zaakceptowane przez drużynę. Zespół będący w rozsypce udało mi się utrzymać w lidze.
Później miałem drugą przygodę z Legia jako szkoleniowiec, kiedy pracowałem z młodzieżą. Uruchomiłem szkolenie w MKS MOS Wola, gdzie pokazało się kilku ciekawych graczy, jak choćby Krzysztof Dryja, który trafił z czasem do reprezentacji Polski.

Po odejściu z Legii nadal pracował Pan z koszykarzami.
- Gdy przeszedłem do cywila, to też moje losy się różni potoczyły. Najpierw pracowałem w Tczewie, później zawitałem do Pruszkowa, gdzie pomagałem trenerom prowadzić zawodową koszykówkę. Później epizod w Poznaniu, ponownie Pruszków, gdzie zespół cofnięto do III ligi ze względów finansowych. Wówczas poproszono mnie, żebym odbudował drużynę, co się udało, gdyż wywalczyliśmy awans o klasę wyżej. Wtedy dałem sobie spokój z koszykówką i zacząłem pracować w szkole sportowej jako nauczyciel. Ponadto na wyższej uczelni Edukacja w Sporcie, prowadziłem zajęcia z koszykówki. Wyprowadziłem się z Warszawy i później ludzie z Żyrardowa dowiedzieli się o moim istnieniu, namówili i porzuciłem normalną pracę, bo wilka ciągnie do lasu... Z amatorskim zespołem udało się awansować do II ligi, choć teraz borykamy się z problemami. Obiecywano dużo, ale na tym się skończyło.

Dlaczego pierwsze podejście do Legii w roli szkoleniowca trwało tylko dwa sezony?
- Wynikało to z tego, że postawiłem się władzom klubu. Chciałem wyegzekwować kilka kwestii dla drużyny i zagroziłem rezygnacją, która została później przyjęta. Przeszedłem na stanowisko koordynatora ds. młodzieżowych koszykówki, a na pierwszego trenera zatrudniono Ryszarda Pietruszaka. Każdy miał inną wizję prowadzenia zespołu i nasze drogi się rozeszły. Wtedy zaczęły się problemy w klubie. Jeszcze Marek Jabłoński próbował coś zrobić przy wsparciu kilku graczy z Polonii. Był jeszcze Robert Chabelski, który próbował to wszystko zebrać w całość. Niestety, jeśli nie ma finansów, to w zmaterializowanym sporcie nie ma już miejsca dla fanatyków, którzy pracowaliby za przysłowiowe grosze.

Czy w 1991 roku również kwestie finansowe były głównym powodem spadku Legii z I ligi, którą Pan prowadził?
- Odnośnie tego okresu nie mam miłych wspomnień. Postawiłem wówczas na swoich wychowanków – Marka Sobczyńskiego i Jacka Łączyńskiego, którzy dostali ode mnie dużą szansę gry. To ja ich "lansowałem", wprowadzałem do I ligi. Niestety, choć człowiek za rękę nikogo nie złapał, to niesportowo się wszystko odbyło. Najważniejszy mecz z Toruniem, który powinniśmy wygrać, przegraliśmy w niewyjaśnionych okolicznościach. Więcej wolałbym nie mówić, ale akurat tych dwóch zawodników było już zakontraktowanych w warszawskiej Polonii [Łączyński w tamtym spadkowym sezonie został królem strzelców ekstraklasy - przyp. LL!]. Marek Jabłoński, który był trenerem „Czarnych Koszul” widział wspomnianą dwójkę w swoim zespole. Inna sprawa, że mieliśmy wtedy dość słaby skład. Niemniej jednak była szansa na utrzymanie, której nie udało się wykorzystać. Zresztą jestem zdania, że jeśli się spada z ligi, to trzeba zmienić szkoleniowca, gdyż nie daje to nadziei na lepszą przyszłość. Natomiast ja zrezygnowałem po sezonie, bo nie wierzyłem, że mogę coś więcej zrobić z tymi chłopakami, choć... w ogóle nie chciałem obejmować Legii. Aczkolwiek klub był wtedy w potrzebie, więc nie mogłem odmówić.

Była możliwość, aby po raz trzeci usiąść na ławce trenera Legii?
- Jak najbardziej. Gdy pracowałem w Pruszkowie, to Robert Chabelski poszukiwał szkoleniowca. Jednak z racji moich obowiązków w podwarszawskim klubie, musiałem się wywiązać z innych zobowiązań. Wówczas do Legii trafił Marek Jabłoński, a ja jako szkoleniowiec w reprezentacji Polski u boku Eugeniusza Kijewskiego, z czasem zawitałem do Poznania. Prowadziłem wtedy ówczesnego Lecha, który nosił nazwę producenta czekolad [Alpen Gold Poznań - przyp. LL!]. Była grupa ciekawych zawodników, ale nie udało się z nimi wywalczyć awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej. Z czasem borykałem się z problemami zdrowotnymi. Rok spędziłem w szpitalu, ale mimo choroby, powróciłem do koszykówki.

Jest jakakolwiek szansa, że ponownie zasiądzie Pan jako szkoleniowiec Legii?
- Myślę, że nie. Trzeba dawać szanse młodszym trenerom. Mam już swoje lata, zdrowie też już nie najlepsze. Treningi z młodości dają znać o sobie. Grozi mi operacja, gdyż mam dwa uciski na rdzeniu kręgowym w odcinkach szyjnym i lędźwiowym. Kiedyś trenerzy nie byli wyuczeni pod kątem obciążenia podczas ćwiczeń. Każdy robił to "na nosa". Jeden preferował twarde zajęcia, po których pojawiały się urazy stawów, drugi lubował się w interwałach biegowych. Ślepo wierząc opiekunem, dochodziły jeszcze odwodnienia organizmu. Mówiono, że to choroba królów i hrabiów, a to dolegliwość sportowców. Zresztą, o czym tu mowa, jak nie było odżywek, tylko woda z kranu. Teraz jest opieka medyczna na takim poziomie, że gracze mają do dyspozycji mikroelementy, odżywki i inne specyfiki. Wykorzystywane są dobra nauki. A my... w hali przy 29 Listopada fundowaliśmy sobie białą oranżadę, którą miała specyficzny smak, którego nie sposób znaleźć. Kiedyś to był dla nas rarytas.

Skoro już o hali na 29 Listopada mowa, to jakie ma Pan wspomnienia związane z tą niewielką halą?
- To była hala, na której upłynęła moja młodość. Jak zaczynałem, to przed nią stała kasztanka marszałka Piłsudskiego. Pamiętam, że jak w "Expressie" ukazało się ogłoszenie o zapisach do sekcji, to selekcja trwała dwa dni! Sztab trenerów miał z czego wybierać, bo jednego dnia przychodziło 300-400 chłopców, którzy sami chcieli się dostać. A nie tak jak teraz, szuka się młodzieży, żeby tylko podjęła trening. Wówczas udało mi się zapisać do Legii i uczyłem się pod okiem trenera Pawlaka. Wtedy mało chłopaków, którzy odnosili sukcesy jako juniorzy, przebijało się do pierwszej drużyny. Ściągano wyróżniających się zawodników do wojska i to oni zajmowali miejsca utalentowanych graczy. Natomiast my razem z Pawłem Lewandowskim i Tomkiem Stróżyńskim zadebiutowaliśmy w pierwszym zespole w wieku 18 lat i tak już zostało. Był okres, kiedy byłem w wyjściowym składzie, ale generalnie było ciężko ze względu na konkurencję. Natomiast ci, którym nie dane było się przebić, rozsiani byli po całej Polsce w innych zespołach.
Jednak wracając do samej hali, to było w niej zawsze ciepło. Jak przyjeżdżali rywale na mecz, to pan Stasiu, kazał palaczowi dorzucić węgla do pieca. My przyzwyczajeni do ciepła, graliśmy bez problemów, bez kontuzji. Natomiast przeciwnicy szybko dostawali zadyszki.

Rozmawiali Bodziach i Fumen
CDN



Zgłoś newsa!

Jeżeli masz informację, której nie ma na tej stronie, a Twoim zdaniem powinna się znaleźć, zgłoś ją nam! Wystarczy wypełnić prosty formularz, a informacja zostanie dodana do naszej bazy.
Zgłoś newsa!