Gratulacje; laga; cud; znów to samo; oszukani - to najważniejsze punkty po meczu z armeńskim Noą Erewan, w którym legioniści przegrali 1-2.
1. Gratulacje
Cóż tu dużo pisać. To nie będzie miły punkt, to będzie zimny prysznic - a właściwie kubeł lodowatej wody wylany prosto na głowę Legii. Trzeba pogratulować. Serio. Pogratulować temu klubowi wyniku, jaki wykręcił w ostatnich miesiącach, bo takie równanie w dół, taka konsekwencja w autodestrukcji, taki upór w brnięciu w bagno… to jest wręcz sztuka. I trzeba to docenić.
Znów daliśmy się omamić, znów uwierzyliśmy, że „może tym razem będzie inaczej”. Transfery wyglądały sensownie, początki były nawet obiecujące - i wszystko rozpadło się szybciej niż domek z piasku przy pierwszym mocniejszym podmuchu. Zwolniono Iordanescu i każdy naiwnie sądził, że zaraz zatrudnią nowego trenera, że ruszy towarzystwo do przodu, że zrobi się przewiew i trochę świeżego powietrza trafi do szatni.
Tymczasem minęło ponad 40 dni, a tymczasowy trener wprowadził Legię nie w „nową erę”, tylko w stan zapaści, jakiej ten klub nie widział od dekad. Legia nie potrafi wygrać od prawie 50 dni, wygląda na boisku jak drużyna z waty cukrowej i w każdym kolejnym meczu kompromituje się konsekwentnie, profesjonalnie i bez śladu wstydu. I jasne, znów usłyszymy, że „drużyna rozmawia”, „wszyscy chcą”, „wszyscy walczą”. Świetnie - tylko szkoda, że na boisku widać dokładnie odwrotność: zero iskry, zero planu, zero ambicji.
To już nawet nie jest równia pochyła - to jest zjazd na oponie po stromym stoku, klub sunie w stronę I ligi. Gdy wydawało się, że nic bardziej kompromitującego nie może się wydarzyć, przyszła porażka 1-2 z armeńskim FC Noah. I nie wynik był najgorszy - najgorsze były oczy zawodników. Pełne strachu, niepewności, paniki. Gracze Legii, którzy bali się Noah. To brzmi jak żart, ale żartem nie jest.
Dlatego tak - gratuluję. Gratuluję zarządowi, właścicielowi, dyrektorom, sztabowi i piłkarzom. Udało wam się doprowadzić Legię do stanu, który jeszcze rok temu wydawał się absurdem. Dłużej zwlekajcie z trenerem. Dłużej udawajcie, że nic się nie dzieje. Dłużej eksperymentujcie, zamiast normalnie ustawić zespół.
Bo to, co wyprawiacie od dziewięciu lat, to jest podręcznikowy przykład, jak konsekwentnie doprowadzić największy klub w Polsce na krawędź przepaści. A co najgorsze - wygląda na to, że niczego się nie nauczyliście. Niczego cztery lata temu. I prawdopodobnie nawet spadek by was niczego nie nauczył.
2. Laga
Legia była w Armenii tak bezradna, że gdyby ktoś włączył ten mecz bez dźwięku, mógłby pomyśleć, że ogląda paradokument o drużynie, której kazano grać w piłkę za karę. To, co „piłkarze” odstawiali na boisku, wyglądało jak casting do nowej odsłony „Paranormal Activity”: piłka znikała, pojawiała się tam, gdzie nie powinna, a zawodnicy uciekali od niej, jakby była opętana.
Dobre akcje? Można je policzyć na palcach jednej ręki - drwala po wypadku przy pracy. Podania? Jeśli udało się wymienić pięć z rzędu, to komentator powinien to przerwać fanfarami i wezwać świadków, bo takiego zjawiska nie widuje się często. Drużyna wyglądała, jakby grała z bombą, nie z futbolówką - każdy chciał się jej jak najszybciej pozbyć, najlepiej przerzucając ją w kosmos, byle dalej, byle nie tu.
I potem człowiek czyta te heroiczne wypowiedzi piłkarzy. Że „to nie są żarty”. Że „czas wziąć się w garść”. Że „wszyscy wiedzą, o co grają”. Szanowni Panowie - macie absolutną rację. To już dawno nie są żarty. Żartami to były wasze próby rozegrania piłki, wasze lagi do przodu, które lądowały wszędzie - w aucie, u rywala, u ich bramkarza - tylko nie tam, gdzie powinny.
Oglądając was w czwartek miałem wrażenie, że trafiłem na jakiś eksperymentalny seans kina Z: dramat egzystencjalny przeplatany slapstickową farsą. Bramkarz dostaje piłkę - BUM, laga. Obrońca dostaje piłkę - BUM, laga. Pomocnik dostaje piłkę - panika, laga. Zawsze to samo. Zero pomysłu, zero odpowiedzialności, zero odwagi. Przy tym tempie pozbywania się piłki Legia mogłaby bić rekordy w curlingu, nie w piłce nożnej.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, jak bardzo widać strach. Bo to nie był mecz piłkarski, tylko widowisko pt. „Jak uciec od piłki w 90 minut”. Chłopaki wyglądali, jakby musieli udawać zawodowców, choć w środku modlili się, żeby ktoś gwizdnął koniec i pozwolił im wrócić do szatni, gdzie znów będzie można mówić te bohaterskie frazesy o „męskiej rozmowie”.
A przeciwnik? Z całym szacunkiem, to nie był Manchester City, Real Madryt ani nawet Crvena zvezda. Przeciwnikiem była drużyna, przy której statystyczny kibic Legii pierwszy raz w życiu sprawdzał internet, jak oni właściwie grają i gdzie to dokładnie jest. I co zrobiła Legia? We własnym stylu. Czyli oddała im mecz w prezencie, bez paragonu, życząc wszystkiego dobrego w dalszej przygodzie.
3. Cud
Po pierwszej połowie tliła się we mnie nikła nadzieja, że te „dwa punkty po czwartkowym meczu” będą dotyczyć czegoś, co w Legii uchodzi dziś za absolutne cuda: zwycięstwa i bramki Milety Rajovicia. Została nam połowa tego cudu, czyli gol. Zwycięstwo – jak zwykle – rozpłynęło się gdzieś między jednym celnym podaniem a drugim wybiciem w aut.
Owszem, cieszy, że po 15 godzinach gry (tak, aż się prosi o powtórzenie – piętnaście godzin!) napastnik Legii w końcu trafił do bramki. I tak, wiem, że skorzystał z prezentu rywala większego niż choinka w Złotych Tarasach, ale naprawdę patrząc na jego wcześniejsze wyczyny, byłem przekonany, że nawet taki wielbłąd skończy się uderzeniem w bramkarza albo w kamerzystę na trybunach. Rajović to jedyny napastnik, który potrafi minąć piłkę wzrokiem szybciej, niż ona minie jego but. To naprawdę talent – tylko w zupełnie innym sporcie.
Ale żeby nie było, konkurencję do gry ma równie imponującą. Colak od 13 miesięcy nie trafił do siatki, więc gdy dostał piłkę w końcówce i był w niezłej sytuacji, to ja już z góry wiedziałem, jak to się skończy. Na jakiej podstawie miałoby się udać? Na wierze? Nadziei? Dobrej aurze? No błagam. Statystyka jest brutalna, ale szczera – jak nie trafiał przez rok, to czemu miałby zacząć dziś?
Fajnie więc, że Mileta się odblokował, chociaż to słowo brzmi w jego przypadku na wyrost. On po prostu oddał strzał, który nie poleciał w kosmos. Reszta meczu szybko potwierdziła, że to wciąż ten sam napastnik, który w polu karnym wygląda, jakby grał w piłkę pierwszy dzień po zapisaniu na zajęcia.
4. Oszukani
Żeby być szczerym - a w tym klubie szczerość to towar bardziej egzotyczny niż sensowny pressing - trzeba przyznać jedno: Legia została oszukana. Oczywiście mówię to ja, ktoś jeszcze przy zdrowych zmysłach, bo reszta kibicowskiej Polski będzie twierdzić, że „przecież wszystko było fair”, a najlepiej to jeszcze dopiszą, że Legia zawsze była przecież „na fali sędziowskich prezentów”. No więc nie, tym razem prezentów nie było. Tym razem wręcz przeciwnie - Legia dostała w twarz i jeszcze jej wmówiono, że to masaż.
Kiedy po ponad pół godzinie gry piłka zgrabnie (i o dziwo celnie!) wpadła do siatki po strzale Steva Kapuadiego, byłem pewien jednego: jest gol. No bo niby czemu miałby go nie być? Rajović walczy normalnie o pozycję, Saintini nie przewraca się jak rażony prądem, bramkarz robi to, co już nie raz mu wychodziło - czyli popełnia błąd. Piłka wpada, Legia się cieszy, a ja zaczynam myśleć, że jakimś cudem świat nie jest jeszcze kompletnie szalony.
A potem wjeżdża on - kazachski arbiter, człowiek, który najwyraźniej miał własną interpretację futbolu, praw fizyki i logiki. Gol anulowany. Bez VAR-u. Bez podejścia do monitora. Bez sekundy refleksji. Ot tak - „nie, bo nie”.
To już nawet nie jest kontrowersja. To komedia. To taki poziom absurdu, że Monty Python by powiedział: „Panowie, przesadzacie”.
Ja wiem, że Legia sama sobie dokłada problemów: sztab jakby w letargu, zawodnicy grający jakby pierwszy raz w życiu zobaczyli piłkę, a właściciel podróżujący po konferencjach jakby uciekał przed rzeczywistością. Nie było spalonego. Nie było faulu. Nie było niczego, co choćby w przybliżeniu uzasadniałoby cofnięcie tej bramki. A sędzia nawet nie zadał sobie trudu spojrzenia w ekran, jakby sprawdzenie oczywistej sytuacji było dla niego aktem odwagi, na który nie był gotowy.
Tak więc tak - tym razem Legia została oszukana. I to w sposób wyjątkowo spektakularny, bo w meczu, w którym i tak wszystko szło źle, ktoś jeszcze postanowił doprawić to farsą gwizdka.
5. Znów to samo
Co mecz „Punkty po meczu” mogłyby wyglądać identycznie. Mógłbym je spokojnie kopiować, wklejać, zmieniać tylko nazwy przeciwników i numery koszulek, bo na boisku Legii trwa nieustanna premiera tego samego spektaklu, granego od miesięcy: „Chaos w trzech aktach i przerwa na zbieranie piłek z autu”. Tu nie działa absolutnie nic. Nic.
Zawsze zamieszani w utratę bramek są ci sami, jakby to był obowiązkowy etat: niezawodny w swej zawodności Ruben Vinagre, czy Steve Kapuadi, który jest już chyba stałym bohaterem rubryki „kto tym razem nie upilnował nikogo”. Do tego bramkarz, który co mecz prowadzi prywatną walkę z piłką przy wznawianiu gry - i regularnie z tego starcia wychodzi pokonany. Obrońcy wyglądają, jakby poznali się na parkingu przed stadionem i uznali, że skoro wszyscy mają korki, to pewnie są jedną drużyną.
Pomoc? Niestabilna, niekreatywna i najczęściej niewidoczna - taki piłkarski odpowiednik „trybu samolotowego”. A napastnik? Formalnie istnieje. W protokole. W praktyce często żyje w całkowitej separacji od piłki, jakby obowiązywał zakaz zbliżania.
Co mecz gramy tak samo: niechlujnie, bez pomysłu, bez krzty wiary i bez tej iskry, którą mają nawet zespoły z B-klasy, gdy w przerwie zjedzą kiełbasę z grilla. Marnujemy sytuacje podbramkowe jakby to był konkurs - „kto tym razem nie trafi do bramki”. Sami tworzymy przeciwnikom okazje, bo nasza niefrasobliwość to prezent, którego nikt nawet nie musi ładnie odpakowywać, wystarczy podejść i wcisnąć piłkę do bramki.
I tak co mecz łudzimy się, że „może dziś coś zaskoczy, może dziś będzie inaczej”. A potem wychodzą ci sami ludzie, robią te same błędy w tych samych sektorach boiska - i zmienia się tylko to, że kończą mecz z nieco inną miną. I nie ma znaczenia, czy Legia strzela pierwsza, czy traci. Jeśli dowieziemy remis, to już jest cud, a jeśli przypadkiem wygramy, to prawdopodobnie przez pomyłkę rywala, przeoczenie albo korzystne ułożenie gwiazd na niebie. Zadziwiająca powtarzalność.
Kamil Dumała
