W Katowicach nie byliśmy od blisko 22 lat. Ostatni raz gościliśmy na starym stadionie GieKSy w listopadzie 2004 roku. "Spadnie GKS na sezonów sześć" - śpiewają legioniści od lat, choć przed laty wydawało się to jedynie pobożnym życzeniem, bowiem ekipa z Katowic, nad którą czuwał Marian Dziurowicz, zamiast spadać z ligi, to grała w europejskich pucharach, a także walczyła o trofea na krajowym podwórku. Jednakże przepowiednia legionistów ziściła się z solidną nawiązką.
Co prawda GieKSa już sezon temu awansowała do Ekstraklasy, ale kiedy na koniec kwietnia zeszłego roku rozgrywany był mecz na nowym stadionie w Katowicach, nie dane nam było uczestniczyć w tym spotkaniu. Chociaż sektor gości był już w pełni gotowy do przyjęcia przyjezdnych (kilkanaście dni później przyjęto w nim kibiców Cracovii), to policja uznała, że budowa drogi nieopodal stadionu wyklucza możliwość przyjęcia kibiców z Łazienkowskiej. Tym razem nie było już żadnych przeciwwskazań i w piątkowe, deszczowe popołudnie, ruszyliśmy kawalkadą samochodów w kierunku Nowej Bukowej. Wyjazd nastąpił na 7 godzin przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Już w pobliżu stadionu, policja blokowała wszystkie zjazdy z trasy, aż w końcu dotarliśmy na spory parking przy katowickim sektorze gości.
Wpuszczanie przyjezdnych przebiegało sprawnie. Ciekawe jest dojście z parkingu na trybunę - tak, by nie było żadnego kontaktu wzrokowego z miejscowymi. Ci wykupili prawie wszystkie wejściówki na piątkowy mecz z Legią. Na trybunach zameldowało się 14,3 tys. fanów. Sektory buforowe były minimalne - właściwie niewidoczne. Szczególnie z jednej strony klatki (graniczącej z trybuną prostą), gdzie odległość pomiędzy kibicami była bardzo niewielka, dochodziło do regularnych wymian uprzejmości. Nas w piątek stawiło się w klatce 1131 osób, w tym 265 przyjaciół z Zagłębia. W sektorze gości wywiesiliśmy 7 flag: Legioniści, Zagłębiacy, Warriors, Legia UZL, Teddy Boys & Barra Bravas, czaszka, (L) w wieńcu laurowym. Tak jak w Gdyni, cała nasza grupa ubrana była na czarno. Wiele osób miało na sobie koszulki "Mioduski WON!".

Już przed meczem miały miejsce pierwsze wzajemne uprzejmości, które później regularnie przez całe spotkanie były kontynuowane. Nie mogło zabraknąć m.in. kultowego "Buda, buda, łańcuch, pies...", czy "Śląska k... aejaejao", "Banik - GieKSa, dwa pe...y, hej!". Sam nasz doping rozpoczął się po kilku minutach od pierwszego gwizdka sędziego. Wtedy też odśpiewaliśmy "Mistrzem Polski jest Legia". GieKSiarze na początek spotkania zaprezentowali oprawę. Rozciągnęli na trybunie (nad flagami) transparent (słabo widoczny) "Niech żyje nam - Górniczy klub i stan", nad którym mieli chorągiewki w barwach (plus wypełnienie w tle z folii) tworzące młot i kilof. Całość zwieńczyło odpalenie świec dymnych.
Niespodziewanie, bo biorąc pod uwagę dyspozycję piłkarzy w tym roku, trudno spodziewać się rzeczy pozytywnych, w 26. minucie wyszliśmy na prowadzenie. W końcu mogliśmy cieszyć się z prowadzenia - po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. Niektórzy nawet łudzili się, że zdołamy wygrać pierwszy mecz ligowy od pięciu miesięcy... Jak się okazuje, trzeba jeszcze trochę cierpliwości w tej kwestii. Piłkarze na koniec pierwszej połowy najpierw sprezentowali rywalom rzut wolny w pobliżu naszego pola karnego, a następnie zachowali się w polu karnym jak amatorzy i stracili gola do szatni. W przerwie meczu katowiczanie zrobili walentynkowe szopki (na telebimie). Buziaki dawały sobie nie tylko pary, co wykorzystane zostało dość szybko i z naszej strony niosło się "Banik - GieKSa, dwa pe..ły, hej".
W trakcie meczu było z naszej strony sporo zgodowych pieśni - świętujemy 35-lecie odnowienia zgody z Zagłębiem. "Legia i Zagłębie, Zagłębie i Legia" oraz "Legiaaaa Zagłębieeeee" (na melodię "Hitu z Wiednia") niosło się przez dłuższy czas. Kilkukrotnie skandowaliśmy także "Zagłębie - łowcy hanysów". W drugiej połowie na naszym sektorze odpalonych zostało 50 rac, którym towarzyszył donośny śpiew "Legiaaaaa Warszawaaaa aejaejaeja Legia Warszawa".

Wierzyliśmy, że może uda się odwrócić losy mecz i zdobyć trzy punkty. Na kwadrans przed końcem "Szczęściarz" zarzucił "Nie poddawaj się, ukochana ma...". Poziom decybeli wzrósł. Dawaliśmy z siebie maksa. Staraliśmy się wesprzeć zespół okrzykami "Legia walcząca, Legia walcząca do końca". Niestety wciąż bezskutecznie. Przez ostatnich 10 minut (z doliczonym czasem) dopingowaliśmy bez koszulek. To wtedy niosło się z naszej strony "Gdybym jeszcze raz...". Pod względem wokalnym było nieźle, ale na pewno mogło być lepiej. Zresztą to samo można powiedzieć o GieKSie. Przed meczem mieli parę konkretnych momentów, podczas gdy w trakcie całego spotkania, śpiewali jednak zdecydowanie słabiej. Rzadko bowiem boczne trybuny włączały się do śpiewów (nie licząc bluzgów).
Piłkarze po remisie nie byli chętni by podchodzić pod nasz sektor. Uznając, że hasła, które usłyszeli w Gdyni były przesadzone. Także po meczu w Katowicach, z sektora gości niosło się "A jak spadniemy, to wszystkich was zaj..." oraz "Legia grać, k... mać!". Widmo spadku coraz poważniej zagląda nam w oczy. O "płaskiej tabeli", "szansach na puchary" najwyższy czas zapomnieć - na koniec sezonu może liczyć się każdy punkt. Ale wiele dłuższych wakacji nie będzie - pierwsza liga startować będzie w ten sam weekend co Ekstraklasa.

Po meczu stadion dość szybko opustoszał. Oczywiście cała trybuna prosta opuszczająca stadion musiała udać się do narożnika z klatką, by się ponapinać. Nas na trybunach trzymano bardzo krótko - po 40 minutach mogliśmy udać się na parking, by po kolejnym kwadransie ruszyć kawalkadą w stronę Warszawy. Do domów wróciliśmy ok. 3 nad ranem. Przed nami domowy mecz z Wisłą Płock - w najbliższą sobotę o 20:30.
Frekwencja: 14 279
Kibiców gości: 1131
Flagi gości: 7
Autor: Bodziach

