Rafał Adamski: Droga na szczyt bywa krótka, ale lecieć w dół można jeszcze szybciej
Trafiłeś do Legii zimą, w samym środku wielkiej burzy wokół klubu. Jak z perspektywy czasu oceniasz te pierwsze miesiące na Łazienkowskiej i to, jak doskoczyłeś do drużyny?
Rafał Adamski: – Osobiście nie odczułem aż tak bardzo tego kryzysu. Dlaczego? Przychodziłem do Legii z dużym luzem w głowie. W rundzie wiosennej przegrałem tutaj tak naprawdę tylko jeden mecz – z Lechem Poznań. W całym sezonie zaliczyłem sześć porażek. Po chłopakach w szatni było widać, że w niektórych to wszystko mocno siedzi i to była ta główna różnica. Do mnie, jako nowego, ta atmosfera kryzysu może tak mocno nie docierała, mimo świadomości tego, w jakim miejscu znajduje się Legia.
Ludzie z Pogoni Grodzisk z Piotrem Stokowcem na czele powtarzali, że w te pół roku zrobiłeś niesamowity postęp. Wyskoczyłeś z formą tak, że mało kto się spodziewał, że od razu będziesz wyglądał tak dobrze.
– Powiem szczerze, że wiele osób to zaskoczyło. Ale to też nie było tak, że w te pół roku nagle zrobiłem coś nadludzkiego, czego nigdy wcześniej nie potrafiłem. W rezerwach na poziomie drugiej czy trzeciej ligi udowadniałem już, że potrafię regularnie strzelać, tylko braki kadrowe czy mniejszy ruch w interesie na rynku sprawiały, że nie było o tym głośno. Chciałem się pokazać wyżej i tak trafiłem do Warty Poznań. Tam to był jednak totalny niewypał. Cieszę się, że później u trenera Stokowca złapałem zaufanie i pewność siebie na boisku. Moja drużyna grała zdecydowanie bardziej ofensywnie, dzięki czemu miałem średnio dwie, trzy sytuacje w meczu i mogłem coś strzelić. Rok wcześniej w Warcie miałem jedną sytuację na trzy lub cztery mecze. Co można wtedy zrobić? Sam Robert Lewandowski nie wymyśliłby tam dziesięciu bramek w rundzie.
„Fajny, utalentowany chłopak, ale czy to już poziom Legii?” – takich opinii było wiele. A Ty wszedłeś i udowodniłeś, że dla Ciebie nie ma wielkiej różnicy między pierwszą ligą a Ekstraklasą.
– Uważam, że takie ocenianie zawodnika przez pryzmat tego, czy to jest już „poziom Legii”, czy „poziom Barcelony”, jest totalnie bez sensu. Dlaczego ktoś, kto pokazuje się z dobrej strony w trzeciej czy drugiej lidze, ma przyjść do Ekstraklasy i nagle wyglądać źle? Jeśli potrafisz grać w piłkę tam, to tutaj też się w jakiś sposób odnajdziesz. Problem leży gdzie indziej – czasem po prostu głowa nie dojeżdża. Wchodząc na poziom Ekstraklasy, nikt nagle nie traci swoich piłkarskich umiejętności. Dużo siedzi w psychice i to z ciężarem gatunkowym niektórzy zawodnicy sobie nie radzą. Ja jestem osobą, która totalnie nie przejmuje się wieloma rzeczami. Choć przyznam, że dość późno się tego nauczyłem. Kiedyś namiętnie czytałem komentarze i opinie na swój temat, a teraz średnio mnie to obchodzi. Mam wyjść na boisko i dobrze się bawić. Jak ja będę miał z tego radość, to i kibice na trybunach będą się dobrze bawić.
Pod koniec sezonu Michał Żewłakow powiedział coś podobnego – że Twoim największym atutem jest właśnie głowa. Nie rozpamiętujesz złego meczu ani zmarnowanych sytuacji, tylko podchodzisz do tego na chłodno i działasz jak automat. To pomaga w grze?
– Zdecydowanie tak. Mam specyficzny styl gry, z którego zresztą teraz próbuję się trochę wyzbyć. W Pogoni potrafiłem stracić piłkę siedem czy osiem razy w meczu, nawet na własnej połowie. Ale za dziewiątym lub dziesiątym razem wymyśliłem na boisku coś ekstra, co dawało nam bramkę lub asystę. Pracuję nad tym, żeby wyeliminować tę niechlujność, bo zdarzało mi się tracić futbolówkę w prosty sposób i to mogło kiepsko wyglądać. Ale na koniec dnia się tym nie przejmuję. Czym tu się stresować? Najlepsi zawodnicy na świecie wychodzą na murawę i też popełniają błędy. Futbol to gra błędów, dlatego głowa ma kluczowe znaczenie.
Masz świadomość, że Twoje bramki dały nam bezpośrednie utrzymanie i spokój w końcówce sezonu?
– Na pewno bardzo mnie to cieszy. Wracałem po meczach do domu i sam się czasem śmiałem z niektórych tych goli. Jak to się jednak w piłce mówi: lepiej mądrze stać niż głupio biegać. Trzeba po prostu wiedzieć, jak się ustawić w polu karnym. Wcześniej nie strzelałem takich „łatwych” bramek. Oglądaliśmy to potem z chłopakami i żartowaliśmy, że inni napastnicy dostają piłkę na drugi czy trzeci metr do pustej siatki, a ja muszę się potężnie naharować, żeby w ogóle wybić się do uderzenia. To też duża zasługa trenera – od początku kładł ogromny nacisk na moją pracę w szesnastce, żebym nie opuszczał światła bramki. W Poznaniu za często z niego uciekałem. W trakcie obozu w jednym ze sparingów strzeliłem takiego teoretycznie łatwego gola. Łatwego, tylko dlatego, że po prostu znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie. Niewiele osób pamięta potem styl – za pięć lat nikt nie będzie pytał, czy gol padł po uderzeniu z połowy boiska, czy z piątego metra. Liczy się to, co w sieci.

W meczu potrafisz przebiec bardzo dużo kilometrów, wykańczasz tym fizycznie rywali.
– Zawsze byłem rozbieganym zawodnikiem. Dla mnie pokonanie dystansu 11-12 kilometrów w trakcie meczu to żaden problem. Kończyłem Szkołę Mistrzostwa Sportowego, gdzie mieliśmy zajęcia z lekkiej atletyki. Wtedy na to strasznie narzekaliśmy – siódma rano, rozstawianie płotków i bieganie kilometra na czas. Dzisiaj z tego korzystam i zbieram owoce. W Pogoni też dużo biegałem, choć wiadomo, że na klasycznej „dziewiątce” tej gry obronnej jest mniej i nie musiałem tak głęboko wracać za piłką. Tutaj, w Legii, dostałem trochę inne zadania. Pamiętam, że po meczu z Wisłą Płock wróciłem do domu i bardzo długo nie mogłem zasnąć. Zmęczenie organizmu było na bardzo wysokim poziomie. To był chyba pierwszy taki mecz w mojej historii, że nogi trzęsły mi się jeszcze przez kilka godzin po końcowym gwizdku. Wykręciłem wtedy absolutne maksimum.
Pomyślałbyś jeszcze pół roku temu, że w ocenach piłkarzy Legii po sezonie możesz zająć drugie miejsce?
– Nie, w życiu bym tak nie pomyślał. Przychodząc wcześniej do Pogoni, traktowałem ten klub – i rozmawiałem o tym szczerze przed sezonem z trenerem Stokowcem – jako przystanek. Miejsce, w którym miałem się odbić, pokazać i wrócić na poziom Ekstraklasy. Nie przypuszczałem jednak, że tym powrotem będzie od razu transfer do Legii. Mało kto trafia na Łazienkowską w tak szybkim tempie i staje się z miejsca ważną postacią zespołu.
Wiosną grałeś na różnych pozycjach – jako wysunięty napastnik, za plecami kolegi, a bywały mecze, gdzie schodziłeś bardziej do boku. Gdzie na boisku czujesz się najlepiej?
– Myślę, że optymalna jest dla mnie pozycja numer dziewięć. Tam rozegrałem swoją najlepszą rundę w karierze. Jestem jednak zawodnikiem, który lubi schodzić do boku i szukać gry jeden na jeden. Pomimo tego, że mam 198 centymetrów wzrostu, dobrze czuję się z piłką przy nodze na małej przestrzeni. Rola podwieszonego napastnika też jest dla mnie super opcją. Schodzę wtedy niżej do rozegrania, dzięki czemu mogę pomóc drużynie w budowaniu akcji, a nie tylko czekać na piłki w polu karnym.

W kadrze nie ma już z nami Nsame, ale przez pół roku trenowałeś z nim na co dzień. Udało Ci się coś od niego podpatrzeć?
– Zdecydowanie, JP Nsame to była postać wyjątkowa pod względem techniki, fizyki i chronienia piłki. Gdy grałeś do niego futbolówkę, miałeś pewność, że ryzyko straty jest minimalne. To, co starałem się od niego czerpać, to przede wszystkim jego niesamowity spokój w polu karnym i wykończenie akcji na jeden lub dwa kontakty. Tego mi jeszcze trochę brakuje. On nigdy nie uderzał na siłę. Zawsze potrafił znaleźć ten ułamek sekundy, żeby podnieść głowę, spojrzeć na bramkarza i poszukać wolnego rogu. Sporo z tego wyciągnąłem dla siebie i na pewno będę go bardzo dobrze wspominał.
W nowym sezonie siła ognia Legii w pierwszej linii może opierać się na duecie Adamski – Zjawiński. Jak wygląda Wasza współpraca?
– Rywalizacja w składzie na pewno będzie mocna i to jest świetne, że mamy dłuższą ławkę na tej pozycji. Dzięki temu wszyscy stajemy się lepsi. Czujesz na plecach oddech kolegi, wiesz, że ktoś czeka na twoje potknięcie i może wskoczyć w każdej chwili do jedenastki. Na tym polega profesjonalna piłka. Ze „Zjawą” złapaliśmy super kontakt od samego początku, gdy tylko pojawił się w klubie. Świetnie się rozumiemy. Nawet na pierwszych dwóch treningach bieżących przygotowań zrobiliśmy fajną, dwójkową akcję zakończoną bramką. Mam nadzieję, że przełoży się to na korzyść dla całej Legii.

Z klubu odeszło latem kilku niezwykle ważnych graczy – Pankov, Elitim, czy wspomniany Nsame. W mediach i wśród kibiców dominuje narracja, że obecna kadra jest kadrowo słabsza od tej z zeszłego sezonu. Takie głosy działają na Was motywująco?
– Ludzie i eksperci bardzo często oceniają siłę kadry wyłącznie przez pryzmat głośnych nazwisk i bogatego CV. Czasem patrzysz na skład, nie widzisz nikogo znajomego poza dwoma czy trzema zawodnikami i z góry zakładasz, że jest gorzej. Ktoś budował swoją reputację przez lata i ma wyrobioną markę, ale to wcale nie oznacza, że tu i teraz na boisku będzie lepszy od chłopaka, który głośnego nazwiska jeszcze się nie dorobił. Na szacunek i nazwisko trzeba sobie zapracować na murawie. Doświadczenie uczy, że wielkie transfery na papierze nie zawsze grają, a kibice za bardzo skupiają się na tym, w jakim klubie ktoś grał w przeszłości, zamiast na jego aktualnej dyspozycji.
Czyli kluczem do sukcesu Legii w nowym sezonie będzie jedność zespołu?
– Dokładnie tak. Najważniejsza jest jedność, zbudowanie odpowiedniej atmosfery w szatni i pokazanie na boisku, że jesteśmy prawdziwą drużyną. Dobrym przykładem z wielkiego futbolu jest Luis Enrique w PSG. Gdy odchodził Kylian Mbappé, trener głośno powiedział, że bez niego stworzy jeszcze lepszy zespół – i stworzył. Piłka nożna to nie tenis, gdzie wychodzisz na kort i jesteś sam. Tutaj gra jedenastu chłopaków i musimy stanowić monolit. Wcześniej, mając w składzie Neymara, Messiego i Mbappé, Paris Saint-Germain wcale nie gwarantowało wielkich sukcesów jako drużyna. Francja na trwającym mundialu też ma niesamowite nazwiska, a świetne mecze potrafiła grać chociażby Korea, w której wielkich gwiazd z pierwszych stron gazet nie uświadczysz. Umiejętności i zgranie weryfikuje boisko, a nie wpisy w CV.
Wspomniałeś o mundialu. Masz czas, żeby śledzić mecze między treningami?
– Troszkę oglądam, staram się wygospodarować czas. Wiadomo, że niektóre spotkania są rozgrywane bardzo późno, ale staram się być na bieżąco.
Komu kibicujesz?
– Argentynie. Bardzo mocno trzymam kciuki za Lionela Messiego. Chciałbym, żeby na koniec kariery wzniósł jeszcze ten puchar. To, co ci zawodnicy pokazują na mistrzostwach, to jest zupełnie inny świat. Czasem mam wrażenie, że my w Ekstraklasie uprawiamy zupełnie inny sport (śmiech). Oglądałem ostatnio statystyki Messiego z jednego z meczów – przebiegł łącznie może z 6-7 kilometrów, z czego zaledwie 50 metrów w wysokim sprincie. W klubie miewał mecze, gdzie strzelał trzy gole, biegając 7 kilometrów, podczas gdy rywal biegający za nim wykręcał 12 kilometrów. Messi potrafi przez większość meczu po prostu stać, ale jak już dostanie piłkę pod nogę, to dla przeciwnika jest koniec.
Mówiłeś, że Pogoń była dla Ciebie tylko przystankiem. Czy Legię traktujesz podobnie? Pojawiają się już jakieś pierwsze zapytania transferowe wokół Twojego nazwiska po tak dobrej rundzie?
– Nie wybiegam myślami tak daleko w przyszłość. Przejście do Legii to dla mnie ogromne wyróżnienie i spełnienie dziecięcych marzeń. Oczywiście, jak każdy ambitny piłkarz, chciałbym kiedyś spróbować swoich sił w jednej z pięciu najlepszych lig świata, sprawdzić się tam i zobaczyć, czy dałbym radę na najwyższym poziomie. Będę do tego dążył. Mam jednak w sobie dużo pokory, bo wiem, jak szybko w piłce można spaść ze szczytu. Doceniam miejsce, w którym się znajduję. Teraz najważniejsze jest dla mnie łapanie kolejnych minut na boisku. Tylko regularną grą mogę udowodnić swoją wartość. Droga na szczyt bywa krótka – tak jak mój szybki transfer na Łazienkowską – ale lecieć w dół można jeszcze szybciej, czego doświadczyłem chociażby w Warcie Poznań. Mam już bagaż doświadczeń z obu tych skrajnych sytuacji.
Myślisz, że nadchodzący sezon Ekstraklasy będzie tak samo nieprzewidywalny i wyrównany jak poprzedni, gdzie walka o tytuł trwała do samego końca?
– Mam wrażenie, że nasza liga z roku na rok robi się coraz bardziej wyrównana. Widać to doskonale także po rozgrywkach Pucharu Polski – tam naprawdę każdy może wygrać z każdym. Minęły już czasy, kiedy jechało się na mecz do teoretycznie słabszego zespołu i dopisywało trzy punkty jeszcze przed wyjściem z autokaru. Dzisiaj, grając nawet z ostatnią drużyną w tabeli, musisz wyszarpać i wybiegać te punkty na kościach. Mecze z takimi zespołami jak choćby Termalica bywają z perspektywy kibica niezwykle ciężkie do oglądania. Na boisku trzeba po prostu swoje wycierpieć. Nawet, jeśli jest się zespołem zdecydowanie lepszym piłkarsko, na koniec dnia liczy się tylko zwycięstwo. I po to wychodzimy na każdy mecz.
Rozmawiał Woytek
