fot. Dariusz Chojnacki
REKLAMA

Z kart historii

Pięćdziesiąt lat minęło... Odcinek 9.

Łukasz, źródło: Legionisci.com

Wyobraźmy sobie majowy wieczór w 1970 roku. Na Stadionie San Siro w Mediolanie w finale Pucharu Europy naprzeciw mocnej szkockiej drużyny - Celtic Glasgow stanęli reprezentujący polską piłkę „wojskowi” z Warszawy, w składzie których wiodą prym weteran Lucjan Brychczy i nadzieja nowego pokolenia Kazimierz Deyna. W pierwszej fazie spotkania dominują doświadczeni zawodnicy z Wysp Brytyjskich i tuż przed upływem drugiego kwadransa obejmują prowadzenie po zaskakującym strzale zza pola karnego Thomasa Gemmella. Mimo to będący rewelacją tamtych rozgrywek warszawianie po dwóch minutach wyrównują po strzale głową Bernarda Blauta. Zacięta walka trwa dwie godziny, obydwie drużyny miały swoje szanse, ale tuż przed końcem dogrywki na szalony rajd zdecydował się Robert Gadocha, który minął bramkarza i oddał strzał w kierunku pustej bramki… Tak mógł wyglądać najpiękniejszy dzień w historii polskiej piłki klubowej, ale w rzeczywistości to zawodnicy holenderskiego Feyenoordu Rotterdam wykorzystali swoją szansę na zdobycie najcenniejszego trofeum w europejskim futbolu. Pierwszego i ostatniego zarazem do obecnego momentu. Niewiele brakowało, a na ich miejscu mogli znaleźć się piłkarze Legii Warszawa. W półfinale mogli trafić na Celtic Glasgow, Leeds United, ale zamiast zespołu z Wielkiej Brytanii los przydzielił im Holendrów. Wielu ekspertom wydawało się, że trafili na teoretycznie najłatwiejszego rywala spośród tych, którzy dotarli do najlepszej czwórki w Europie, ale okazało się to złudne…

Odcinek 1. - Jak wyglądały dawniej rozgrywki pucharowe?
Odcinek 2. - Wyprawa do Aradu
Odcinek 3. - Kanonada
Odcinek 4. - Nieoceniona pomoc Dygata
Odcinek 5. - Kazimierz. Piłkarz, który został „Generałem”
Odcinek 6. - „Transakcja” potyczek Legii z „Galatą”
Odcinek 7. - Remis nad Bosforem na wagę złota
Odcinek 8. - Druga młodość „Kiciego”

Cz. 9. Bezbramkowy niedosyt.

Losowanie par półfinałowych odbyło się 20 marca 1970 roku w Rzymie w reprezentacyjnej sali hotelu „Dei Principi”. Pucharowa ceremonia została połączona z losowaniem eliminacji Mistrzostw Europy i cieszyła się dużym zainteresowaniem mediów oraz kibiców. Jak relacjonował Stanisław Pękala dla „Przeglądu Sportowego” (numer 35 z 1970 r.): Na wielkim stole znajdowały się kartki z nazwami klubów i państw. Po sprawdzeniu, wrzucono zwinięte kartki odpowiednio do trzech wielkich pucharów. Przedstawiciele obydwu klubów przyjęli rezultat losowania z zadowoleniem, aczkolwiek niekorzystny dla warszawian był fakt, iż pierwszy mecz trzeba było rozgrywać przy Łazienkowskiej. Trener Zientara stwierdził: Feijenoord [pisownia oryginalna, taka nazwa obowiązywała od 1912 do 1974 r. – przyp. aut.] jest zespołem o wysokiej klasie gry, a niebezpiecznym również dlatego, że potrafi odnosić zaskakujące zwycięstwa, kiedy wydaje się, że jest w słabej formie. Holendrzy zajmowali wówczas w swojej lidze drugą lokatę, a w drodze do 1/2 finału Pucharu Europy zdołali wyeliminować oprócz islandzkiego KR Reykjavik obrońcę trofeum, czyli włoski A.C. Milan, który edycję wcześniej w finale pokonał Ajax Amsterdam, a następnie przedstawiciela Niemieckiej Republiki Demokratycznej - Vorwärts Berlin. Pierwsze ćwierćfinałowe spotkanie wygrali w Berlinie piłkarze „Naprzodu” 1:0, ale zaliczka ta okazała się niewystarczająca. Zawodnicy Feijenoordu odrobili straty w drugiej połowie i nawet niewykorzystany rzut karny przez Kindvalla nie wpłynął na ostateczny rezultaty dwumeczu. W podobny sposób rotterdamczycy rozprawili się rundę wcześniej z broniącymi pucharu mediolańczykami. Widać zatem, że atut własnego boiska wykorzystywali bezlitośnie w stosunku do swoich rywali. „Wojskowi” musieli zdobyć u siebie jak najwyższą zaliczkę, wiedząc, iż rewanż będzie dla nich zadaniem arcytrudnym. Wcześniej jeszcze wybrali się do Sosnowca na potyczkę z piątym w tabeli Zagłębiem. Na Stadionie Ludowym padł bezbramkowy remis, a goście wyraźnie oszczędzali siły na półfinał. W ostatnich dniach przed pierwszym spotkaniem warszawianie intensywnie trenowali na własnych obiektach, oglądali fragmenty meczów swoich rywali dzięki udostępnieniu ich przez Telewizję Polską oraz koncentrowali się na czekającym ich wysiłku w ośrodku w Świdrach Małych. Wcześniej na obserwację do Holandii pojechał znany nam już w tej roli Ignacy Ordon.



Polscy fani mieli już rozeznanie dotyczące holenderskiego futbolu na podstawie meczów reprezentacji w eliminacjach do mistrzostw świata, choć jeszcze wtedy mało kto przewidywał, jak intensywnie i dynamicznie będzie się rozwijał. Na Stadionie Śląskim nasza kadra pokonała w dramatycznych okolicznościach drużynę „Oranje” 2:1, co było akurat dobrym prognostykiem. Polska prasa w bardzo szerokim zakresie przedstawiała przeciwnika Legii. Warto poznać trochę informacji dotyczących „De club aan de Maas”. Holenderski klub powstał 19 lipca 1908 roku w kawiarni „De Vereeniging”, ale na początku funkcjonował pod nazwą Wilhelmina. Do momentu konfrontacji z „wojskowymi” rotterdamczycy zdobyli dziewięć tytułów mistrzowskich, a obecnie mają ich piętnaście. Natomiast ich największym pucharowym osiągnięciem był półfinał Pucharu Europy z edycji 1962/63, w którym ulegli Benfice Lizbona. Według tygodnika „France Football” Feijenoord zajmował piąte miejsce w klasyfikacji najlepszych drużyn klubowych w Europie, a co ciekawe, pozycję wyżej zajmował AS Saint-Étienne. Trenerem zespołu był znany Austriak Ernst Happel, którego imię obecnie nosi wiedeński stadion na Praterze. W kadrze zespołu nie brakowało holenderskich kadrowiczów, takich jak Rinus Israël, Wim van Hanegem, Coen Moulijn, czy Henk Wery (strzelił gola dla „Oranje” oraz nie wykorzystał rzutu karnego we wspomnianym wcześniej meczu w Chorzowie), wspieranych dwoma obcokrajowcami: Austriakiem Franzem Hasilem i Szwedem Ove Kindvallem. Holendrzy przybyli do Warszawy specjalnym samolotem dwa dni przed meczem (w Poniedziałek Wielkanocny) i zostali powitani na lotnisku przez przedstawicieli ambasady, delegacje działaczy Legii oraz kibiców, którym udało się zdobyć od nich autografy. Trener Happel wypowiedział się na temat formy swoich zawodników („Życie Warszawy”, numer z 31 marca 1970 r.): Moi piłkarze grają ostatnio bardzo źle. Mam nadzieję, że właśnie w Warszawie przełamią kryzys. Wcześniej Feijenoord zremisował bezbramkowo z Go Ahead Eagles, który zajmował wówczas jedenaste miejsce w ligowej tabeli. Do Warszawy nie przyleciał Piet Romeijn, zawieszony za brutalny faul w Berlinie na trzy pucharowe spotkania. Goście z Rotterdamu trenowali na głównej płycie stadionu Legii, której stan wzbudził poważne zastrzeżenia jeszcze przed meczem, natomiast zamieszkali w ośrodku „Wisły” w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim zamiast w zaoferowanym im Grand Hotelu. Niestety opady śniegu i deszczu spowodowały, iż boisko przy Łazienkowskiej przypominało bajoro. Również pomiary temperatury wskazywały wartości charakterystyczne bardziej dla pory zimowej niż wiosennej. Kolejnym problemem organizacyjnym był stan klubowego autokaru, którego jakość nie odpowiadała standardom zachodnim. W związku z tym działacze „wojskowych” wypożyczyli przyjezdnym autokar z Orbisu.



1 kwietnia 1970 roku o godzinie 18 na Stadionie Wojska Polskiego rozpoczął się najważniejszy mecz w ówczesnej historii Legii. „Wojskowi wyszli w składzie: Grotyński, Stachurski, Z. Blaut, Zygmunt, Trzaskowski, Brychczy, Deyna, B. Blaut, Żmijewski, Pieszko Gadocha. Skład gości: Treytel, Haak, Israël, Laseroms, van Duivenbode, Hasil, Jansen, van Hanegem, Wery, Kindvall, Moulijn. W przerwie Pieszkę zastąpił Małkiewicz, a Hasila Geels. Spotkanie prowadził włoski arbiter Francesco Francescon. Według danych uefa.com i transfermarkt.com żółtymi kartkami mieli zostać przez niego napomnieni Grotyński i Kindvall za starcie w 60 minucie meczu, co widać na materiale video. Prawdopodobnie bramkarz Legii jako pierwszy piłkarz w historii klubu został ukarany tego typu karą w europejskich pucharach. W Internecie od niedawna można obejrzeć cały mecz z komentarzem w języku niderlandzkim, natomiast z polskim lektorem są wyłącznie fragmenty. Rolę spikera komentującego m.in. wydarzenia sportowe dla Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych pełnił w tamtym czasie Włodzimierz Kmicik. Bezbramkowy rezultat spotkania okazał się zdecydowanie korzystniejszy dla gości, ale nie przesądzał jeszcze o ostatecznym wyniku i zakończeniu rywalizacji. Zdaniem Grzegorza Aleksandrowicza (relacja w „Przeglądzie Sportowym” w numerze 40 z 1970 r.): Feijenoord okazał się przeciwnikiem bardzo silnym, którego pokonanie leżało w możliwościach legionistów tylko przy bardzo skutecznej grze zespołu Brychczego i w warunkach nie tak ciężkich, jak te, które panowały w środę na Stadionie WP. Śliskie, błotniste boisko było dla wojskowych poważną przeszkodą w rozwinięciu ich sposobu gry, polegającego na krótkich, dokładnych podaniach i na manewrach na niewielkiej przestrzeni. Dlaczego więc nie dostosowali się do tych warunków? Próbowali, ale nie potrafili w ciągu kilkudziesięciu minut wyzbyć się tego, do czego są od lat przyzwyczajeni. (…) Pod względem taktyki gry Feijenoord wygrał z Legią 1:0, co wcale nie oznacza, że nie powinien był przegrać spotkania różnicą jednej lub dwu bramek. Mimo ataków zbyt wąskim odcinkiem boiska i mimo świetnej postawy defensywy Holendrów, wojskowi mieli pozycje strzałowe, które mogły zakończyć się powodzeniem. Tuż przed przerwą Pieszko „przedobrzył”, strzelając z pozycji dogodniejszej dla Gadochy (po solowym rajdzie tego ostatniego), po zmianie stron podobnych sytuacji mieli legioniści dwie. Na suchym boisku i Brychczy i Małkiewicz wykorzystaliby je z dużo lepszym skutkiem. Trener Zientara po spotkaniu stwierdził: Mordercza walka, w warunkach nie do pozazdroszczenia, nie przyniosła, niestety takich efektów, na jakie liczyliśmy. Błotnisty teren był sprzymierzeńcem grających długimi piłkami i silniejszych fizycznie Holendrów. Co więcej, w dwu dogodnych sytuacjach podbramkowych dopisało im szczęście. Do swoich zawodników nie mam pretensji, chcieli jak najlepiej, a że nie wyszło im, to już inna sprawa. Wystawiając Małkiewicza zamiast Pieszki, liczyłem, że dostanie on kilka wysokich piłek ze skrzydeł i zdoła coś strzelić głową. Tymczasem takich dośrodkowań nadal nie było, a sytuacja strzałowa, w jakiej znalazł się Małkiewicz, okazała się najmniej wygodna, bo w samym środku błotnistej kałuży. Według „Kiciego”: Dwukrotnie byliśmy bliscy wygranej, chociaż 1:0. Raz mnie nie wyszedł strzał, drugi raz nie powiodło się Małkiewiczowi. Ja miałem do wyboru: albo strzelić natychmiast lewą nogą, albo stracić piłkę, bo Holender już na mnie „siedział”. Wybrałem strzał, ale nie zdołałem śliskiej piłki splasować tak jak trzeba. Prawą nogą wyszedłby na pewno lepszy strzał. Dzisiejsze boisko lepiej odpowiadało obronie, niż ofensywie. Naszym błędem było atakowanie środkiem boiska. Dopiero w drugiej połowie atakowaliśmy bardziej skutecznie, lecz nie daliśmy rady; zabrakło tym razem trochę szczęścia, bo na wygraną chyba zasłużyliśmy. Prezes Huszcza zaś powiedział: Nasi zawodnicy zrobili wszystko, co mogli, lecz nie wystarczyło to do pokonania przeciwnika. Mimo to legioniści liczyli, że w Rotterdamie powalczą o awans do finału. Okładka „Przeglądu Sportowego” głosiła: Nie wszystko stracone, a w tytule relacji dodane zostało: Jeszcze. Goście zaś uważali, iż w rewanżu to oni wygrają. Trener Happel był zadowolony z bezbramkowego remisu i wierzył w awans swojej drużyny do finału. W artykule z „Życia Warszawy” w numerze z 2 kwietnia 1970 r. pada trafna konstatacja: W sumie rozegrała Legia niezły mecz, a przekonani jesteśmy, że stać jest zespół mistrza Polski na sporo lepszą grę niż ta, którą zademonstrował na bardzo trudnym terenie. Według Stefana Szczepłka większości piłkarzy „wojskowych” nie odpowiadał styl gry Holendrów. Prasa z „kraju tulipanów” nie szczędziła pochwał swoim zawodnikom. Dziennik „De Volkskrant” napisał (przedruk za „Życiem Warszawy” z 3 kwietnia 1970 r.): Taktyka Feijenoordu, polegająca na zwalnianiu tempa była słuszna. Na normalnym boisku piłkarze Feijenoordu będą mogli wykazać swą wyższość techniczną nad przeciwnikami, będą też mogli atakować z pełną siłą. Feijenoord jest w stanie grać w doskonałym tempie, które może okazać się zbyt mocne dla Legii.



Warto skupić się także na tym, co działo się na trybunach. Na stadionie, mimo podwyższonych cen biletów, pojawił się nadkomplet publiczności, w związku z tym nie wszyscy zajęli miejsca przypisane do biletu. Ich dystrybucja nie ograniczała się wyłącznie do kas przy stadionie, zorganizowano również przedsprzedaż w następujących punktach: ORBIS, Plac Konstytucji 4; SPATIF, Al. Jerozolimskie 25; WISŁA, ul. Krucza 171. W związku z tym, iż wejściówki nie były imienne jak obecnie, udane żniwa miały „koniki”, u których zaopatrywali się niektórzy kibice, płacąc za nie więcej niż zazwyczaj. Darmowy wstęp mieli posiadacze legitymacji Zasłużonego Działacza Kultury Fizycznej, Zasłużonego Mistrza Sportu, Mistrza Sportu, kart członkowskich i służbowych warszawskiego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki oraz członkowie władz Polskiego Związku Piłki Nożnej i Warszawskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej wraz z posiadaczami legitymacji sędziowskich WOZPN. Przed meczem redaktor Aleksandrowicz apelował na łamach „Przeglądu Sportowego” do kibiców: piłkarzom Legii potrzebny będzie gorący, serdeczny doping, pomagający w grze lub pozwalający przezwyciężyć chwilę słabości w walce. Ale taki sportowy doping nie ma nic wspólnego z chuligańskimi wybrykami i demonstracjami wobec drużyny przeciwnej, które przynoszą tylko ujmę prawdziwym kibicom, a mogą też zgodnie z regulaminem gier pucharowych – wyrządzić wielką szkodę własnej drużynie. Wypadek podczas meczu z Galatasaray, kiedy to na boisko wrzucono świecę dymną, powinien być ostatni. Przecież jedynie dzięki pobłażliwości sędziego, Legia nie poniosła surowych konsekwencji, do przerwania meczu i walkoweru dla przeciwników włącznie. Dodam jednak przy tym, iż w tamtych czasach jednostkowe wybryki nie były tak nagłaśniane przez media, jak obecnie i kary w postaci walkowerów oraz zamykania obiektów lub części trybun stosowano w skrajnych przypadkach. Mimo pewnych niedociągnięć organizacyjnych, nie doszło do żadnych incydentów. Zdaniem sprawozdawcy wyrażonym w „Życiu Warszawy” warszawska publiczność zachowywała się wspaniale i zagrzewała swoich ulubieńców od pierwszego do ostatniego gwizdka. Z Holandii przybyła bardzo liczna grupa kibiców gości (według różnych danych od kilkuset do kilku tysięcy osób), którzy przywieźli ze sobą mnóstwo kibicowskich akcesoriów, nieznanych do tej pory w Polsce, takich choćby jak cylindry, szaliki i flagi z klubowymi barwami: czerwonymi i białymi. Taka wizyta wywołała duże zainteresowanie nie tylko fanów piłki nożnej, ale przede wszystkim komunistycznych służb, które podjęły szereg działań operacyjnych. Jeden z historyków, Mieszko Rajkiewicz, dotarł do dokumentu, w którym przedstawione są ówczesne wytyczne dla funkcjonariuszy milicji zabezpieczających mecz i teren wokół stadionu. Co ciekawe, według jego opinii znalazły się tam również sugestie, które do tej pory nie były stosowane na imprezach sportowych na terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, np.: – „Wszystkie wystąpienia w stosunku do obywateli powinny być przemyślane, praworządne z zachowaniem pełnego spokoju”; – „ (…) interwencję natychmiast przerwać w przypadku nieprzychylnej reakcji ze strony widowni (…)”; – „W toku działań pododdziałami zwartymi kategorycznie zabrania się stosowania brutalnych metod w stosunku do zatrzymanych” . Oczywiście obserwowano przyjezdnych, zwłaszcza pod kątem kontaktów z obywatelami polskimi, które mogły być dla władzy niepożądane. Do tego czasu styl kibicowania w Polsce rządzonej przez ekipę Gomułki zdecydowanie różnił się od tego, co zaprezentowali goście z Zachodu. Na stadionach pojawiały się krótkie przyśpiewki, transparenty z pomysłowymi hasłami i odgłosy trąbek bądź strażackich syren. Na jednym z filmów widać hasła niektórych transparentów: „PRZECIWNIKOM TĘGIE LANIE LEGIA zagra w MEDIOLANIE”. Nie było ani zorganizowanego i zsynchronizowanego dopingu, ani jakichkolwiek opraw przygotowywanych przez kibiców. Przed rozpoczęciem spotkania publiczność została zaskoczona strojami, w jakich wybiegli goście, ponieważ mieli na sobie zielone koszulki z białymi rękawami. W efekcie zostali powitani brawami, ale po chwili dezorientacji pojawiły się gwizdy w stronę przybyszów. Legioniści wystąpili w białych koszulkach i czarnych spodenkach, podobnie jak w pojedynkach z Galatasaray. W przerwie spiker ogłosił, że po zakończeniu spotkania w budynku pływalni Legii będą przyjmowane zapisy kibiców na rewanż. Jak się okazało, był to żart primaaprilisowy, ponieważ w tamtych czasach bardzo ograniczone były podróże zagraniczne nie tylko na spotkania polskich klubów, czy reprezentacji. Jak zapisano w „Przeglądzie Sportowym”: Ciekawi jesteśmy ilu widzów dało się na to nabrać? Z okazji tego niezwykle ważnego spotkania po raz pierwszy ukazał się na rynku miesięcznik klubowy „Nasza Legia”. Pierwszy numer nowego periodyku kosztował złotówkę. Jak się później okazało, przyjazd holenderskich kibiców zza „żelaznej kurtyny” dał impuls do ewolucji stylu kibicowania na polskich stadionach. Warto też zwrócić uwagę, jak prezentowały się bandy reklamowe okalające boisko. Widać zarówno hasła promujące marki zagraniczne np. „ORWO FILMS”, jak i rodzime np. „PIJCIE NEKTARY I SOKI OWOCOWE”.



Tego samego dnia w drugim półfinale Pucharu Mistrzów Celtic pokonał na Elland Road Leeds 1:0, a jedyną bramkę zdobył George Connelly już w pierwszej minucie gry, dzięki czemu to Szkoci byli bliżej awansu do finału. Rezultat w Warszawie okazał się zatem nieco lepszy dla gospodarzy niż w przypadku osiągniętego przez Anglików. Natomiast w Rzymie, w pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów, Górnik zremisował 1:1 z AS Roma. Perspektywa rewanżu na Stadionie Śląskim powodowała, iż zabrzanom dawano nieco większe szanse na awans do finału tych rozgrywek niż legionistom w Pucharze Europy. Warto jeszcze podkreślić, że w 1996 roku w podobnych okolicznościach związanymi z warunkami atmosferycznymi i fatalnym stanem murawy Legia nie potrafiła wykorzystać atutu swojego boiska i zremisowała bezbramkowo z Panathinaikosem Ateny w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Historia lubi się powtarzać…

Internet:
https://kassiesa.net/uefa/data/index.html
https://en.wikipedia.org/wiki/Feyenoord
https://www.feyenoord.com/
https://www.transfermarkt.com/spielbericht/index/spielbericht/1169225
https://www.uefa.com/uefachampionsleague/match/62799--legia-vs-feyenoord/
https://sport.tvp.pl/19490231/brychczy-bloto-dolary-legia-w-polfinale-pucharu-mistrzow
https://legia.com/pilka-nozna/historia-kalendarium-legii-1-kwietnia-z-feyenoordem-przy-l3-o-final-pucharu-europy/8768
https://rfbl.pl/legia-warszawa-1970/5/
http://www.polscylektorzy.pl/lektorzy/kmicik-wlodzimierz
Polska – Holandia 2:1 (07.09.1969 r.):
https://www.youtube.com/watch?v=p1iISPAT8OY
https://www.youtube.com/watch?v=-iwz3mAyMTw
Vorwärts Berlin – Feyenoord Rotterdam 1:0 (04.03.1970 r.):
https://www.youtube.com/watch?v=f9CxoUQeHKY
Feyenoord Rotterdam - Vorwärts Berlin 2:0 (18.03.1970 r.):
https://www.youtube.com/watch?v=UG5EgtGTukg
Legia – Feyenoord Rotterdam 0:0 (01.04.1970 r.):
https://www.youtube.com/watch?v=jMpSxTp16VE
https://www.youtube.com/watch?v=yjcc6sLeAfA
https://www.youtube.com/watch?v=MeAlvU-_T10
https://www.youtube.com/watch?v=YfJkVC0SNbc
https://www.youtube.com/watch?v=Tve6CjpdEos
https://www.youtube.com/watch?v=58wnDzkqvpM
Leeds United - Celtic Glasgow 0:1 (01.04.1970 r.):
https://www.youtube.com/watch?v=s4aT13fu_L4

Bibliografia:
Bołba Wiktor, Dawidziuk Adam, Karpiński Grzegorz, Piątek Robert, Legia Warszawa 1916 ⸜ 2016, Warszawa 2017.
Brychczy Lucjan, Kalinowski Grzegorz, Bołba Wiktor, Kici. Lucjan Brychczy – legenda Legii Warszawa, Warszawa 2014.
Gowarzewski Andrzej, Szczepłek Stefan, Szmel Bożena Lidia i in., Legia to potęga. Prawie 90 lat prawdziwej historii, „Kolekcja klubów”, t. 9, Katowice 2004.
Gowarzewski Andrzej, Mucha Zbigniew, Szmel Bożena Lidia i in., Legia najlepsza jest…, „Kolekcja klubów”, t. 13, Katowice 2013.
Informator na rok 1970, oprac. Józef Okapiec, Edward Potorejko, Leszek Rylski, Warszawa 1970.
Kołtoń Roman, Deyna, czyli obcy, Poznań 2014.
„Nasza Legia” z lat 1997-2008.
„Przegląd Sportowy” i „Życie Warszawy” z przełomu lat 60-tych i 70-tych.
Szczepłek Stefan, Deyna, Legia i tamte czasy, Warszawa 2012.
Wójkowski Kamil, Legia Warszawa w europejskich pucharach. Historia klubu i jego kibiców na piłkarskich arenach, Żelechów 2013.
Plus materiały autora.

Film: O krok od pucharu. Legia Warszawa 1969/70, reż. Rafał Nahorny, Marcin Rosłoń, prod. Canal+ Polska 2010.

Odcinek 1. - Jak wyglądały dawniej rozgrywki pucharowe?
Odcinek 2. - Wyprawa do Aradu
Odcinek 3. - Kanonada
Odcinek 4. - Nieoceniona pomoc Dygata
Odcinek 5. - Kazimierz. Piłkarz, który został „Generałem”
Odcinek 6. - „Transakcja” potyczek Legii z „Galatą”
Odcinek 7. - Remis nad Bosforem na wagę złota
Odcinek 8. - Druga młodość „Kiciego”

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (1)

+dodaj komentarz
SpokoLoco - 04.09.2020 / 10:10, *.plus.pl

Serdeczne podziękowania dla autora, za tak szczegółowy i wnikliwy opis wydarzeń sprzed lat. To naprawdę sporo zachodu musiało być, tym bardziej jeszcze raz: wielkie dzięki!

odpowiedz
Serwis Legionisci.com nie ponosi odpowiedzialności za treść powyższych komentarzy - są one niezależnymi opiniami czytelników Serwisu. Redakcja zastrzega sobie prawo usuwania komentarzy zawierających: wulgaryzmy, treści rasistowskie, treści nie związane z tematem, linki, reklamy, "trolling", obrażające innych czytelników i instytucje.
Czytelnik ponosi odpowiedzialność za treść wypowiedzi i zobowiązuje się do nie wprowadzania do systemu wypowiedzi niezgodnych z Polskim Prawem i normami obyczajowymi.
© 1999-2020 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.