REKLAMA

Z kart historii

W piłkarskim raju. Odcinek 10.

Qbas, źródło: Legionisci.com

Dziś mija 25. rocznica pierwszego awansu Legii do Ligi Mistrzów. Od tamtej pory jeszcze tylko dwukrotnie polskie kluby grały w najsłynniejszych klubowych rozgrywkach świata – Widzew w sezonie 1996/97 i ponownie „Wojskowi” w 2016/2017. Zapraszamy na cykl tekstów przypominających wydarzenia sprzed ćwierćwiecza. Poniżej o okolicznościach debiutu Legii w Lidze Mistrzów i przebiegu meczu z Rosenborgiem.

Czytaj:
W piłkarskim raju. Odcinek 1.
W piłkarskim raju. Odcinek 2.
W piłkarskim raju. Odcinek 3.
W piłkarskim raju. Odcinek 4.
W piłkarskim raju. Odcinek 5.
W piłkarskim raju. Odcinek 6.
W piłkarskim raju. Odcinek 7.
W piłkarskim raju. Odcinek 8.
W piłkarskim raju. Odcinek 9.

Dnia 13 września 1995 r. po raz pierwszy w historii polska drużyna zagrała w Lidze Mistrzów. Rywalem Legii był norweski mistrz Rosenborg Trondheim, który znajdował się na początku swej drogi świetności. Plan był prosty - wygrać. Jeśli bowiem upatrywano gdzieś szansy na wyjście z grupy, to koniecznym wydawał się komplet punktów w dwumeczu Skandynawami. Spartak Moskwa i, zwłaszcza, angielskie Blackburn Rovers wydawali się być faworytami. Legioniści znakomicie o tym wiedzieli.

Rosenborg w latach 90. XX w. i na początku XXI w. robił to, czego pragnęło kilka polskich klubów - zdominował swoją ligę i regularnie grał w Lidze Mistrzów. W rozgrywkach tych wystąpił aż osiem razy z rzędu. Był wzorem do naśladowania, ale tylko w teorii, bo polscy właściciele i prezesi nie mieli cierpliwości do budowania klubów o solidnych podstawach. Chcieli sukcesów na już. I jak najmniejszym kosztem.

Legia przystępowała do tego meczu bardzo osłabiona, bez dwóch podstawowych napastników. Najlepszy strzelec zespołu Jerzy Podbrożny doznał tajemniczego zatrucia w trakcie zgrupowania reprezentacji. Mówi się, że podano mu kroplówkę z elektrolitami i glukozą, w wyniku czego dostał wstrząsu anafilaktycznego. I zamiast na boisku, znalazł się w szpitalu na Szaserów Cezary Kucharski zaś zasiadł na ławce:
Z pana transferem wiąże się ciekawa historia. Najpierw był pan wypożyczony tylko na miesiąc. O mały włos, a nie zagrałby pan przeciwko Rosenborgowi. W ostatniej chwili przelano pieniądze. Dziś nie do pomyślenia.
- Z tego co pamiętam było to wypożyczenie do Legii na krótki okres, ale w momencie, w którym klub awansuje do Ligi Mistrzów powstaje obowiązek wykupienia mnie z Aarau. Kwota wynosiła 1,2 mln niemieckich marek. Jak już awansowaliśmy, to okazało się, że te pieniądze są dla Legii duże. Próbowali więc negocjować ze Szwajcarami. Powstał spór, który rozstrzygnęła UEFA i nakazała zapłacić ustaloną sumę.

To klub pana wykupił, czy Romanowski?
- Klub. Myślę, że Romanowski nie byłby wtedy skłonny zaryzykować tak dużych pieniędzy”.

Negocjacje trwały do ostatnich chwil i trener Janas nie chciał ryzykować. Postawił w ataku na Ryszarda Stańka i Andrzeja Kubicę, raczej słabo zgranych z resztą kolegów i nie będących w najlepszej formie. Zwłaszcza ten pierwszy miał zaległości trenigowe i widoczne problemy z utrzymaniem odpowiedniej wagi. Kubicę zaś niedobrze przyjęła szatnia. Kucharski: "Drużyna wielokrotnie robiła mu złośliwości i dała wyraźnie odczuć, że nie jest akceptowany. To na nim skupiały się żarty, docinki i szydera". Zawodnik m. in. dlatego nie czuł się zbyt pewnie i nie potrafił w pełni pokazać swych umiejętności.

Długo też nie było jasne, czy UEFA dopuści stadion przy Łazienkowskiej do rozgrywek. Problemem było przede wszystkim natężenie oświetlenia pamiętnych jupiterów. Było ono po prostu za słabe na potrzeby transmisji telewizyjnej produktu "Champions League". Zastanawiano się, gdzie "Wojskowi" mogliby grać, ale najbliższym obiektem spełniającym normy był stadion w ... Berlinie. Klubu oczywiście nie było stać na jego wynajem. Na szczęście Legii na rękę poszli analitycy z Politechniki, którzy przygotowali opinię świadczącą o dostatecznej mocy świateł. Przy dobrej woli UEFA to wystarczyło i można było grać. Tomek Janus na łamach LL! pisał o tym następująco: “Zanim rozpoczął się mecz, Legia musiała spełnić szereg wymagań postawionych przez UEFA. I tak na "Krytej" wyrwano ławki i zamontowano krzesełka. Program meczowy musiał być sporządzony zgodnie z projektem przesłanym przez UEFA. Stworzono studio telewizyjne i strefę wywiadów. Kibice nie mogli wywieszać flag na płocie, ale i tak płótno "Warriors" zawisło na stadionie. Problemem było oświetlenie, którego moc 600 luksów była zbyt słaba dla potrzeb transmisji telewizyjnej. UEFA kręciła też nosem na szatnie dla zawodników, które znajdowały się w budynkach za "Żyletą" i dlatego były za daleko od stadionu. Klub musiał zorganizować salę dla 250 gości i przedstawić UEFA menu z pięciu najlepszych warszawskich restauracji. Wszystko po to, by na pomeczowym przyjęciu oficjele mogli zajadać się zupą borowikową z łazankami czy polędwicą w sosie dijon popitą winem Saove rocznik 1993”.

Przed meczem Paweł Janas zabrał drużynę na trzydniowe zgrupowanie do Konstancina, by zawodnicy mogli się wyciszyć. Motywować ich jednak nie było trzeba. Jacek Bednarz: “Nie potrzebowałem żadnej innej motywacji. To była unikatowa sytuacja, bo nie tylko byłem totalnie zmobilizowany, a jednocześnie świadomy naszej siły. Trudno coś takiego wypracować, ale Legia w Champions League to miała – była pewna siebie, nie bała się żadnego przeciwnika. Potrafiliśmy sprzedać to co mamy najlepsze, by go pokonać. Trudności nas nie wycofywały, a nakręcały pozytywnie, próbowaliśmy jeszcze raz, i jeszcze”.

Dzień 13 września 1995 r. był bardzo ciepły, przyjemny. Gdy piłkarze wybiegli na boisko temperatura wynosiła 21 stopni, powiewał lekki wiatr, a ich przywitała burza oklasków 12 tys. widzów, spragnionych Europy. Legia zaczęła w składzie: Szczęsny – Jóźwiak, Zieliński, Ratajczyk – Mandziejewicz – Lewandowski, Pisz, Wieszczycki, Bednarz – Staniek, Kubica. Trójka obrońców była asekurowana tym razem nie tylko przez bocznych pomocników, ale i przez grającego głęboko Mandziejewicza, który właściwie pełnił rolę forstopera. Janas tym razem mocno postawił na Pisza, przez którego przechodziło wiele akcji, który cofał się po piłkę, by ją rozgrywać. Brakowało jednak dalekich podań na wolne pole, bo rywale grali głęboko, a i Staniek nie był zawodnikiem dynamicznym, by się z nimi ścigać. Były piłkarz Osasuny grał bardziej na środku ataku, a Kubica zbiegał do boków, wówczas Wieszczycki przesuwał się wyżej. Obrona grała swoje – blisko siebie, z asekuracją Zielińskiego, a jej firmowym zagraniem było łapanie rywali na pułapki ofsajdowe. W całym meczu udało się to osiem razy. „Zielek” przy tym brał się także za rozgrywanie, zwłaszcza, gdy chwilowo zamieniał się pozycjami z Mandziejewiczem. Ratajczyk natomiast był najbardziej ofensywnie usposobiony z całej trójki.



Wydawało się, że legioniści poradzą sobie z niedocenianym rywalem, że to zespół słabszy od IFK. Rosenborg grał jednak inaczej – unikał gry górą, szukał szybkich wyjść z własnej połowy, na której był bardzo dobrze zorganizowany, gęsto ustawiony. Przy Łazienkowskiej Norwegowie bronili się zwykle w ośmiu-dziewięciu. A osłabiona brakiem Podbrożnego i Kucharskiego Legia nie mogła rozwinąć skrzydeł. Doszła też presja. Leszek Pisz: „W pierwszym spotkaniu graliśmy z teoretycznie najsłabszym w grupie Rosenborgiem, ale mecz był bardzo wyrównany i długo nie padały bramki. Nam brakowało jakości i nawet przez chwilę nie było takiego momentu, w którym byłaby szansa, że coś zrobimy. Każdemu z nas w głowie siedziało, że gramy w Lidze Mistrzów. Czuło się to po prostu. I trema nas zżerała”.
Obie strony na początku grały bardzo ostrożnie. Nie było podkręcania tempa, jak choćby w pierwszym spotkaniu z IFK. Legioniści szybko jednak stanęli przed szansą na zdobycie bramki. W 6. minucie Pisz podał piłkę między liniami do Bednarza, ten rozpędzony ograł obrońcę i popędził skrajem pola karnego. Tam został sfaulowany, tuż przed linią boczną „szesnastki”. Do rzutu wolnego podszedł Pisz i potężnie uderzył w krótki róg, ale bramkarz Jamtfall zdołał odbić piłkę.

W 9. minucie z kolei to goście mieli rzut wolny. Futbolówka została dośrodkowana na głowę Iversena, który próbował przelobować Szczęsnego, ale polski bramkarz koniuszkami palców zdołał przenieść ją nad poprzeczkę. Poza tymi sytuacjami działo się niewiele. Pierwszy kwadrans pełen był szarpanej gry, w której żadna ze stron nie mogła jej sobie uporządkować. Uwaga ta dotyczy zwłaszcza „Wojskowych”, bo Rosenborg grał bardzo cofnięty i właściwie realizował założenia na ten mecz. Wśród mistrzów Polski wyróżniał się przede wszystkim niezmordowany Bednarz oraz pewnie grający defensorzy, włącznie z czyszczącym przedpole i próbującym inicjować ataki Mandziejewiczem. Rozczarowująco grali napastnicy. Staniek był irytująco statyczny, a Kubica zbyt rzadko udowadniał, że jest utalentowanym napastnikiem. Łatwo był przy tym łapany w pułapki ofsajdowe (bodajże czterokrotnie). Bezproduktywny w ofensywie był też Lewandowski.

W 21. minucie legioniści powinni byli zdobyć bramkę. Do sytuacji doszło ponownie po rozegraniu stałego fragmentu. Pisz tym razem dośrodkowywał z rzutu rożnego, piłka spadła na głowę Mandziejewicza, który trafił nią w nogi obrońcy. Futbolówką jednak trafiła pod nogi doświadczonego zawodnika i ten bez namysłu uderzył ją lewą nogą z ok. 10 metrów. Strzelił jednak w poprzeczkę. „Wojskowi” pierwszą okazję z gry mieli w 31. minucie, gdy po akcji Pisza z Wieszczyckim podanie w pole karne otrzymał Bednarz. Sytuacja była zupełnie niezła, ale „Ben” uderzył niecelnie słabszą prawą nogą. Goście odpowiedzieli po chwili, gdy Szczęsny odważnym wyjściem skasował atak.

Dziesięć minut przed końcem pierwszej połowy wreszcie z dobrej strony pokazał się Staniek, który oddał zaskakujący strzał z dystansu. Trybuny eksplodowały z radości, bo wydawało się, że w końcu padła bramka, ale piłka trafiła jednak tylko w boczną siatkę. Rzeczywiście zabrakło bardzo niewiele. Chwilę później z 30 metrów mocno strzelał Mandziejewicz, ale Jamtfall poradził sobie i z tym uderzeniem. W 40. minucie Lewandowski podał do Kubicy, ten podbiegł z piłką i zagrał w pole karne do Bednarza. Lewy pomocnik ograł obrońcę i wypracował sobie pozycję strzelecką i pewnie by trafił do bramki, ale w ostatniej chwili został zablokowany przez obrońcę. Piłka wyszła na rzut rożny, z którego dośrodkował Pisz. W zamieszaniu strzelał Ratajczyk i gdyby tylko minimalnie spóźniony Staniek przeciął lot piłki, to byłoby 1-0. Ale nie dał rady.

Zamiast tego mieliśmy niepewne wyjście Szczęsnego na ósmy metr. Piłka spadła pod nogi Iversena, mającego przed sobą opuszczoną przez golkipera bramkę. Ale na drodze do niej stali jeszcze obrońcy, wśród nich Mandziejewicz, który zdołał odbić strzał rywala. Niedługo potem sędzia zakończył pierwszą część meczu.

Po przerwie na boisku nie zobaczyliśmy już Kubicy, którego zastąpił Kucharski. Gra zrobiła się nieco bardziej dynamiczna niż na początku spotkania, ale brakowało sytuacji. Wreszcie w 56. minucie Legia wypracowała sobie najlepszą okazję w meczu. Z prawej strony atak rozegrał Lewandowski ze Stańkiem, ten ostatni sprzed linii końcowej w polu karnym wycofał piłkę na siódmy metr. Dopadł do niej nabiegający Kucharski, uderzył, ale trafił prosto w bramkarza. I niejako tradycyjnie już chwilę później swoją szansę mieli Norwegowie. W środku pola „Wojskowi” przejęli wprawdzie piłkę, ale tam Jóźwiak wpadł na Pisza i Rosenborg wyszedł z kontrą trzech na dwóch. Po wymianie podań Iversen był sam na sam ze Szczęsnym, ale polski bramkarz poradził sobie z jego uderzeniem. Warto tu podkreślić ofiarny powrót Ratajczyka, który jadąc na wślizgu nie zdołał wprawdzie zablokować strzału, ale ograniczył jego pole.

W 64 minucie goście wyszli na prowadzenie. Najpierw jednak Lewandowski stracił piłkę pod polem karnym rywali. Jakobsen błyskawicznie otrzymał płaskie podanie omijające całą linię pomocy legionistów. Jóźwiak tym razem na chwilę przysnął i był źle ustawiony względem rywala, przez co nie był w stanie przeciąć zagrania. Norwegowie wpadli pod pole karne Legii w sytuacji trzech na trzech. Biegnącego z piłką Jakobsena próbował powstrzymać „Beret”, z pomocą ruszył mu Zieliński. Tymczasem filigranowy skrzydłowy odegrał piętą do wbiegającego w „szesnastkę” Loekena. Jóźwiak popełnił drugi w tej akcji błąd i za późno zareagował. W efekcie czego sfaulował rywala i sędzia odgwizdał rzut karny. Jakobsen w kierunku lewego słupka, Szczęsny prawego i zrobiło się 0-1.

Legioniści wznowili grę. Pisz zagrał na lewo do Kucharskiego, który podał do Stańka. Ten zaś zastawił piłkę ciałem i błyskawicznie odegrał do nabiegającego Pisza. Kapitan „Wojskowych” po raz pierwszy w tym meczu znalazł się w sytuacji, gdy na przedpolu pola karnego nie było obok niego żadnego rywala. Uderzył bez namysłu. Znakomicie. Idealnie. Lecąca ze środka piłka błyskawicznie odkręcała się w kierunku lewego słupka bramki. Wpadła. Tego uderzenia nie obroniłby żaden bramkarz świata. Pisz: „Dobrze, że mi tę bramkę przesunęli w trakcie strzału, to weszło (śmiech)”. Tymczasem od wznowienia gry minęło tylko 11 sekund! „Błyskawiczna odpowiedź Legii!” – krzyczał do mikrofonu Dariusz Szpakowski, a stadion oszalał.

Ledwo wygasły race, pozbierano z murawy serpentyny, a stało się coś tyleż niesamowitego, co niespodziewanego. W 69. minucie gola strzelił Staniek. Legia długo utrzymywał się przy piłce na połowie gości. Bednarz niedokładnie wycofał do Ratajczyka, ten jednak opanował futbolówkę i zagrał do Wieszczyckiego, który szukał otwierającego podania, ale ponieważ na połowie Rosenborga było biało od koszulek jego graczy, zdecydował się oddać budowanie ataku Piszowi. Ten ruszył do przodu, zwodem minął rywala, ale nie widział szans na dalsze powodzenie akcji wycofał do Zielińskiego. Stoper natychmiast podał będącemu na 40 metrze w środku boiska Stańkowi. Ten obrócił się z futbolówką, wbiegł między dwóch rywali, z których jeden się potknął i uderzył na bramkę. Strzał był mocny, ale leciał w środek i Jamtfall bez problemu go odbił. Kłopot pojawił się, gdy piłka zaczęła go lobować, bo choć wydawało się, że pewnie ją złapie, to zamiast niej chwycił się poprzeczki i po chwili wylądował z futbolówką w bramce. Konsternacja i wielka radość. Legioniści wyszli na prowadzenie.

Pięć minut później Pisz ruszył środkiem z piłką i na 40 metrze próbował prostopadle podać do jednego z napastników. Obrońca jednak zagrał ręką na 23 metrze i sędzia odgwizdał rzut wolny. Cały stadion zaczął skandować: „Leszek Pisz, Leszek Pisz!”.
Parę minut potem Staniek, po błędzie bramkarza, dał prowadzenie 2-1, a potem pan zamknął mecz w swoim stylu, czyli strzelając gola z rzutu wolnego, poprzedzonego skandowaniem przez kibiców pańskiego nazwiska. To właściwie była egzekucja.
- Psychologia. To przecież nie była piękna bramka. Byłem jednak 200% przekonany, że trafię. Do muru dostawiłem kolegów, widziałem, że bramkarz zrobił dwa kroki w swoją lewą stronę. Błąd. A że piłka jest zawsze szybsza od człowieka, nie mógł zdążyć tego skorygować. Miał zresztą prawo być nieco rozbity, po swoim błędzie przy golu Ryśka. No i strzeliłem przez mur, który rozrzucili koledzy. Pewniak”.

Warto podkreślić, że Norwegowie stali murze w dziewięciu (!), a wśród nich rozpychało się aż pięciu legionistów. Skutecznie. Pisz uderzył tam gdzie chciał, tak jak chciał. Potem na zbliżeniu kamery widać było, jak po golu głęboko odetchnął. Bednarz: „Od stanu 0-1 oglądaliśmy koncert Leszka. To było jego 30 minut. Nie graliśmy źle, ale czegoś nam brakowało. Każda drużyna potrzebuje kogoś, najlepiej kilku, którzy potrafią zrobić dla niej coś wyjątkowego. My mieliśmy wtedy Leszka. Myślę, że on też przeszedł przez swoją całą karierę po to, by właśnie to się wydarzyło. Zrobić coś takiego, w takim momencie i na takim poziomie? Na to stać jedynie wybitnych piłkarzy. I Pisz nim był”.

Po bramce na 3-1 mecz się właściwie zakończył. Na stadionie trwała feta, Norwegowie owszem, jeszcze atakowali i stworzyli sobie nawet cztery okazje, w tym jedną po kolejnym nerwowym, niepewnym wyjściu Szczęsnego, ale legioniści czuli, że już żadna krzywda im się nie może stać. I się nie stała. Zwycięstwo w Lidze Mistrzów stało się faktem. „Dramatyczna, wspaniała, warszawska premiera Ligi Mistrzów, oczekiwana tak długo, przyniosła piłkarzom Legii wymarzone pierwsze zwycięstwo – 3:1 w meczu z mistrzem Norwegii Rosenborgiem Trondheim” – pisał „Przegląd Sportowy”.


Autor: Jakub Majewski

Czytaj:
W piłkarskim raju. Odcinek 1.
W piłkarskim raju. Odcinek 2.
W piłkarskim raju. Odcinek 3.
W piłkarskim raju. Odcinek 4.
W piłkarskim raju. Odcinek 5.
W piłkarskim raju. Odcinek 6.
W piłkarskim raju. Odcinek 7.
W piłkarskim raju. Odcinek 8.
W piłkarskim raju. Odcinek 9.

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (3)

+dodaj komentarz
VITO L - 15.09.2020 / 19:24, *.tpnet.pl

Byłem. Leszek Pisz to Mistrz.

odpowiedz
miet - 15.09.2020 / 00:34, *.rr.com

bylem.
ryk po bramkach to ciary do tej pory

odpowiedz
Kokosz - 14.09.2020 / 22:19, *.mm.pl

Był na tym meczu... bramka Ryśka Stańka rozbawiła całą Żyletę :-)
A Leszek Pisz - Mistrz nad Mistrze!

odpowiedz
Serwis Legionisci.com nie ponosi odpowiedzialności za treść powyższych komentarzy - są one niezależnymi opiniami czytelników Serwisu. Redakcja zastrzega sobie prawo usuwania komentarzy zawierających: wulgaryzmy, treści rasistowskie, treści nie związane z tematem, linki, reklamy, "trolling", obrażające innych czytelników i instytucje.
Czytelnik ponosi odpowiedzialność za treść wypowiedzi i zobowiązuje się do nie wprowadzania do systemu wypowiedzi niezgodnych z Polskim Prawem i normami obyczajowymi.
© 1999-2020 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.