fot. Mishka / Legionisci.com
REKLAMA
REKLAMA

Relacja z trybun: Nie ma rzeczy niemożliwych!

Bodziach, źródło: Legionisci.com

W trzeciej rundzie eliminacji Ligi Konferencji Europy przyszło nam rywalizować z Austrią Wiedeń, po raz trzeci w ostatnich 20 latach. Wielu z nas doskonale pamięta dwa pierwsze "najazdy wiedeńskie" z roku 2004 i 2006, kiedy stawialiśmy się w austriackiej stolicy w 4 tysiące osób. Było to możliwe dzięki rozgrywaniu meczów na stadionie narodowym - Ernsta Happela, mogącym pomieścić ponad 50 tysięcy fanów. Od kilku lat Austria nie korzysta już z tego obiektu i gra na swoim, znacznie mniejszym, 17-tysięcznym stadionie. To oczywiście przekłada się na znacznie mniejszą pojemność sektora gości (1470 miejsc). Przed rokiem lechici otrzymali identyczną pulę biletów, ale bez problemu mogli nabyć kolejnych 1000 sztuk na sektory gospodarzy i następnie zasiąść tuż obok klatki.



Austriacy obiecali taką właśnie pulę wejściówek dla kibiców Legii - niespełna 1500 do klatki plus 1000 na sektor do niej przyległy. I kiedy wszystkie bilety znalazły nabywców, "Fioletowi" zaczęli nagle wycofywać się z wcześniejszych ustaleń. Za wszelką cenę postanowiono ograniczyć naszą liczbę - po pierwsze nie dodając puli 1000 biletów na sektor dodatkowy, a następnie zamykając sprzedaż na sektory gospodarzy. Wejściówki na mecz mogli więc kupić tylko posiadacze abonamentów oraz "subskrybenci". W związku z powyższym, możliwość zakupu biletów na austriackie sektory zmalała do minimum, choć niewielkiej grupce legionistów udało się "wyrwać" około 100 sztuk i zająć miejsca na sektorach przylegających do klatki z obu stron.



Pomimo faktu, że Austria rzucała kłody pod nogi, wielu kibiców Legii ruszyło do Wiednia bez biletów. Spora grupa naszych fanów była widoczna na mieście już dzień przed spotkaniem. Zdecydowana większość osób podróżowała furami i busami - wszak dojazd na miejsce zajmował niewiele ponad 6 godzin. Część osób wybrała połączenia lotnicze, a jeszcze inni kolejowe. Osoby podróżujące w dniu meczu, miały wątpliwą przyjemność zapomnieć o strefie Schengen. Po przejechaniu granicy czesko-austriackiej policja zatrzymywała większość pojazdów na polskich blachach i zaczynała trzepanie bagaży. Po dojechaniu do samego Wiednia policjanci przekazywali kibicom karteczki z jakimiś "podpowiedziami" nt. parkingów, dotarcia na stadion itp. Oczywiście wszystkie te "pomoce" trafiły do kosza, a każdy z nas radził sobie na własną rękę w kwestii parkingowej oraz dotarcia na przedmeczową zbiórkę.


fot. Hugollek / Legionisci.com fot. Hugollek / Legionisci.com

Fotoreportaż z przemarszu - 35 zdjęć Hugollka

Ta zaś wyznaczona była na Reumannplatz na godzinę 16:00, czyli na trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem. Stamtąd mieliśmy do przejścia ok. 20 minut w stronę stadionu (niespełna 2 kilometry). Upał był niemiłosierny - ponad 30 stopni i bezchmurne niebo, czyli warunki niemal identyczne jak ostatnio w Krakowie, choć trochę chłodniej niż w przypadku meczu w Kazachstanie. Nasza około 2-tysięczna grupa, elegancko ubrana na biało, ruszyła w kierunku stadionu około 16:30. Służby, może mając w pamięci nasze ostatnie wizyty w Wiedniu (podczas jednej z nich stracili na trybunie broń), stawiły się bardzo licznie, ale starali się nie prowokować i trzymać dystans. Cały parking usłany był kabarynami i uzbrojonymi po zęby policjantami. Pierwszy postój miał miejsce całkiem niedaleko stadionu - tam czekaliśmy kilkanaście minut, by następnie ruszyć kilkaset metrów dalej przez kładkę prowadzącą już pod sam sektor gości. Policja wcześniej mocno zawęziła barierkami przejście, znacznie rozciągając naszą liczną grupę. Tutaj, jak się później okazało, utknęliśmy na około półtorej godziny. Tyle bowiem trwały żmudne negocjacje ws. wpuszczenia naszej oprawy.



Austriackie wąsy były nieugięte, ale legioniści pokazali, że mają swoje zasady i nie będą się podporządkowywać jakimś durnym wymysłom bezmózgów, choćby w kwestii wymiarów materiałów, które mogą zostać wniesione na trybuny. "Siwy pies cały czas kręci głową i mówi stanowcze 'nein'" - relacjonował jeden z kibiców, który wspiął się na ogrodzenie, by widzieć co dzieje się po drugiej stronie płotu. Upał z każdą minutą coraz bardziej dawał się we znaki, ale wszyscy cierpliwie czekaliśmy na rozwój wypadków. Większość oczekujących nie robiła sobie nadziei i podejrzewała, że podobnie jak ostatnio w Tallinie, przyjdzie nie dane nam będzie obejrzeć tego meczu. I kiedy w końcu mało kto spodziewał się, że cokolwiek może jeszcze drgnąć w negocjacjach - bowiem do rozpoczęcia meczu pozostawał zaledwie kwadrans - oprawa została wpuszczona, a niedługo później zaczęto wpuszczać i nas w dość ekspresowym tempie. Po szybkiej kontroli można było się udać do bramek wejściowych, gdzie skanowane były kody kreskowe z biletów. Wejściówki okazały się wielorazowego użytku, w bramofurty dawało się "wkręcić" po dwie osoby, dzięki czemu wszyscy, którzy przyjechali, ostatecznie na trybuny weszli. To kolejny dowód na to, że nie ma sensu rezygnować z wyjazdu z tak błahego powodu jak brak biletu na mecz. Szczególnie, że mecz ten okazał się niesamowity pod każdym względem i zapadnie nam w pamięci na dłuuuuugo.



W sektorze gości wywiesiliśmy następujące flagi: Legia (reprezentacyjna), Warriors, Ultras Legia, Teddy Boys 95, BB, Warsaw Fans Hooligans, Radomscy Chuligani, FC Den Haag on tour, Olimpia. Plus płótna poświęcone zmarłemu Gackowi (Radomiak) i Benemu (L), jak również jednemu z radomian (Malina), który przebywa po drugiej stronie muru. Wraz z nami obecne delegacje wszystkich zgód - Zagłębia, Olimpii, Radomiaka i FC Den Haag.

Kibice Austrii wykupili niewiele ponad 8 tysięcy biletów na rewanżowe spotkanie. Najlepiej ze wszystkich trybun miejscowych wyglądała ta za bramką, na której zasiadał ich młyn. Inna sprawa, że tylko połowa tych osób (głównie dolna kondygnacja), prowadziła regularny doping. Był on całkiem przyzwoity i melodyjny, ale tylko do czasu, kiedy my nie rozpoczęliśmy dopingu. Na wyjście piłkarzy, czego oczywiście zobaczyć nie mogliśmy, zaprezentowali folioniadę na całą trybunę "FAK". Później zaprezentowali jeszcze całkiem przyzwoite racowisko, a pojedyncze race odpalali później jeszcze parokrotnie. Oflagowanie Austriaków prezentowało się zdecydowanie lepiej aniżeli przed tygodniem w Warszawie.

Doping rozpoczęliśmy mniej więcej w 25. minucie spotkania, gdy już zdecydowana większość z nas zajęła miejsca na dwukondygnacyjnej trybunie. Po pierwszym ryknięciu "Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasza Legia gra...", wiadomo było, że opanujemy cały stadion. W pierwszej połowie najlepiej wychodził nam "Hit z Wiednia" (który "hitem" stał się przed 19 laty podczas wyjazdu na pierwszy mecz z Austrią) oraz "Ole ole, ole ola". Kilka minut przed przerwą nasi piłkarze zdobyli gola, co wywołało olbrzymią radość w naszym sektorze - nagle nawet ci, którzy nie wierzyli za bardzo w awans, zaczęli spoglądać na wynik meczu w Danii. A kiedy legioniści tuż przed przerwą podwyższyli prowadzenie (i w dwumeczu mieli korzystny wynik) - zapanował istny amok.



W drugiej połowie dopingowaliśmy z jeszcze większą mocą, a doskonale niosła się pieśń "Warszawska Legio zawsze o zwycięstwo walcz". To w trakcie jej śpiewania nasi gracze zdobyli trzeciego gola, po akcji, o którą nie podejrzewalibyśmy zawodników z polskiej ligi. "Trójka do zera, trafiła Legia frajera" - ryknęliśmy po chwili, a humory dopisywały nam wyjątkowo. W tym momencie nikt bowiem nie spodziewał się, że możemy mieć jakiekolwiek problemy z awansem do kolejnej rundy. Tymczasem gospodarze zdobyli dwie bramki, doprowadzając do stanu 2-3, co oznaczałoby dogrywkę.

Mniej więcej w tym czasie zaprezentowaliśmy przygotowaną na to spotkanie oprawę. Z jednej strony naszego sektora rozciągnięta została malowana sektorówka przedstawiająca kostuchę z flagą Legii i napis ULTRAS. Z boku sektora rozbłysnęły spore ilości stroboskopów. "Legia, Legia, Legia, Legia gol..." - śpiewaliśmy podczas prezentacji, a chwilę później odpaliliśmy hit "Gdybym jeszcze raz...". Wówczas piłkarze zdobyli gola na 4-2 i znowu mogliśmy odetchnąć z ulgą. Niestety jak - jak się później okazało - tylko na chwilę.

Tego dnia nasze nerwy wystawione zostały na ciężką próbę. Austriacy strzelili bowiem gola na 3-4 (grając już w dziesiątkę) w doliczonym czasie gry i wydawało się wtedy, że nic nie uchroni nas przed dogrywką. To co wydarzyło się w setnej minucie spotkania przejdzie jednak do historii, podobnie jak gol Janusza Gola z meczu ze Spartakiem Moskwa, czy trafienie Kucharskiego w meczu z Panathinaikosem. Ernest Muci zamarkował strzał z pierwszej piłki, minął przeciwnika i posłał piłkę do bramki - tej, za którą znajdował się nasz sektor. Eksplozja radości była taka, że niektórzy pofrunęli parę rzędów niżej. 5-3 i awans Legii do kolejnej rundy stał się faktem. Tego wieczora w Wiedniu wspólnie udowodniliśmy, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych! Jeszcze kilka minut po bramce i końcowym gwizdku sędziego śpiewaliśmy jak w amoku "Gdybym jeszcze raz...".



Świętowanie z zawodnikami po meczu to była czysta przyjemność. Humory dopisywały, roznosiła nas energia, a opuszczający stadion wiedeńczycy mogli tylko zazdrościć doskonałej zabawy. "Dziękujemy, dziękujemy!" - skandowaliśmy najpierw do piłkarzy, by chwilę później wspólnie wykonać "Gdybym jeszcze raz". Później zaśpiewaliśmy jeszcze wspólnie "Warszawę", a na pożegnanie niosło się "Bo Warszawa jest od tego, aby bawić się na całego". W tym momencie wiedzieliśmy już, że w kolejnej rundzie zagramy z duńskim FC Midtjylland, który w dwumeczu pokonał Omonię Nikozja. Na opuszczenie stadionu musieliśmy poczekać mniej więcej godzinę. Wiele osób niedługo później ruszyło w drogę powrotną. Ci, którzy przybyli samolotami, wracali głównie kolejnego dnia. Ten wyjazd zapamiętany zostanie przez nas naprawdę na długo.

W związku z awansem Legii do kolejnej rundy Ligi Konferencji Europy, przełożony został wyjazdowy mecz z Pogonią (na środek tygodnia pod koniec września). Przed nami w niedzielę spotkanie przy Ł3 z Koroną, a następnie wyjazd do Danii.

Frekwencja: 10 288
Kibiców gości: ok. 1800
Flagi gości: 12

Autor: Bodziach

Fotoreportaż z przemarszu - 35 zdjęć Hugollka
Fotoreportaż z meczu - 186 zdjęć Mishki i Woytka
Fotoreportaż z meczu - 82 zdjęcia Kamila Marciniaka

REKLAMA
REKLAMA
© 1999-2024 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.