Liga Europy
1. runda

18000
Wiedeń
16.09.2004
20:45
Austria Wiedeń
Legia Warszawa
Austria Wiedeń
1-0
Legia Warszawa
83' Kiesenebner
(0-0)
1 Joey Didulica
2 Rabiu Afolabi
6 Ernst Dospel
5 Sasa Papac
17 Didier Dheedene
15 Jocelyn Blanchard
21 Markus Kiesenebner
7 Libor Sionko 77'
10 Stepan Vachousek 89'
21 Sigurd Rushfeldt
9 Ivica Vastic 67'
1 Szabolcs Safar
3 Fernando Troyansky
4 Mikael Antonsson
8 Michael Wagner 89'
10 Vladimir Janocko 77'
22 Tosin Dosunmu 67'
23 Richard Kitzbichler
Artur Boruc 1
Mirko Poledica 4
Marek Jóźwiak 4
Wojciech Szala 3
Tomasz Kiełbowicz 11
89' Dariusz Dudek 33
Tomasz Jarzębowski 33
Łukasz Surma 4
81' Tomasz Sokołowski I 23
Marek Saganowski 9
Piotr Włodarczyk 33
Andrzej Krzyształowicz 12
Marcin Smoliński 10
81' Tomasz Sokołowski II 6
Leo Kurauzvione 19
89' Bartosz Karwan 13
Jakub Rzeźniczak 25
Maciej Korzym 11
Trener: Lars Sondergaard
Asystent trenera: Hans Dihanich
Kierownik drużyny: Markus Schaffer
Lekarz: Alexander Kmen, Alexander Mildner
Masażyści: Christoph Ogris, Christian Hold
Trener: Dariusz Kubicki
Asystent trenera: Krzysztof Gawara
Kierownik drużyny: Ireneusz Zawadzki
Lekarz: Stanisław Machowski
Masażyści: Zbigniew Sęktas, Jerzy Somow
Sędziowie
Główny: Vitaliy Godulyan (UKR)
Asystent: Andriy Pryimak (UKR)
Asystent: Vitaly Zvyagintsev (UKR)
Techniczny: Sergiy Berezka (UKR)
Relacja

Niezasłużona porażka

Do Wiednia Legioniści pojechali osłabieni brakiem Jacka Zielińskiego, Dicksona Choto, Veselina Djokovica oraz Jacka Magiery. Ten ostatni nabawił się mało groźnego urazu podczas typowych zajęć w tygodniu. Przed samym spotkaniem ciężko było jednoznacznie wskazać faworyta. Wynik paść mógł niemal każdy. Obie drużyny miały prezentować teoretycznie wyrównany poziom. Dodatkowym atutem gospodarzy mieli być kibice austriaccy. Ten mecz Pucharu UEFA ma tak naprawdę podwójne znaczenie. Otóż poza wynikiem czysto sportowym liczy się także rywalizacja między Polską i Austrią - sąsiadami w rankingu klubowym UEFA. O godzinie 20:15 przyszedł czas na pierwszy gwizdek arbitra tego meczu.

Spotkanie zaczęło się od ostrożnych ataków z obu stron. Jednak już po pierwszych pięciu minutach do zmasowanego ataku przystąpili legioniści! W ciągu 40 sekund bramkarz gospodarzy musiał wybijać dwa niezwykle groźne strzały – Saganowskiego z woleja oraz Poledicy z główki. W 11 minucie Tomasz Kiełbowicz uderzył z wyskoku z 16 metrów! Strzał był niezwykle efektowny, ale golkiper Austrii jakimś cudem obronił ten strzał. W 15 minucie Surma uderzył z prawej strony w słupek, w dobitce Włodarczyk także uderzył w słupek! Była to niesamowita okazja do objęcia prowadzenia. W tym czasie Austria Wiedeń w ogóle nie istniała na placu gry! Legia dominowała w każdym elemencie i nie podlegało to żadnej dyskusji. W 25 minucie Dariusz Dudek uderzył blisko „okienka” w boczną siatkę. W 27 minucie gospodarze przeprowadzili pierwszą groźną akcję i stało się to dzięki... Jóźwiakowi! Marek tak niefortunnie uderzył piłkę głową, że upadła ona tuż przed nogami Vastica, ale na szczęście Artur Boruc był na posterunku. W 35 minucie powinien być karny dla Legii po faulu na Saganowskim, jednak ukraiński arbiter milczał. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0, ze wskazaniem na Legię.

W drugiej połowie kilkakrotnie interweniować musiał Boruc, ale nie były to raczej groźne strzały. Legia kontrolowała przebieg gry i stwarzała co jakiś czas bardzo dobre sytuacje. W 59 minucie gospodarze uderzyli tuż obok słupka bramki Boruca. W 64 minucie Łukasz Surma strzelił w poprzeczkę, ale... własnej bramki!! Na szczęście na poprzeczce się skończyło. Wyraźnie Legionistom zaczęło brakować sił i pomysłu na grę, ale trener Kubicki twardo trzymał się jednego składu. W 66 minucie po dużym zamieszaniu na przedpolu Austrii zwycięsko z opresji wyszedł golkiper wiedeński. W 71 minucie gracz z Wiednia uderzył tuż obok „okienka” w boczną siatkę. W 74 minucie „Jarza” uderzał głową po rzucie rożnym, ale niecelnie. Dziewięć minut później było już niestety 1:0 dla Austrii Wiedeń. Gracz gospodarzy uderzył z 30 metrów nie do obrony. Co ciekawe była to 3 groźna akcja Austrii w tym meczu! W 92 minucie czarnoskóry napastnik Austrii znalazł się sam przed Borucem, ale uderzył obok bramki. Po niezłym meczu Legia przegrała z Austrią Wiedeń 1:0. Wynik ten jest na pewno niesprawiedliwy i krzywdzący, ale kto powiedział, że piłka nożna jest sprawiedliwa. Wszystko rozstrzygnie się w rewanżu.

Autor: Michał Szmitkowski

Minuta po minucie










Relacja z trybun

Najazd na Wiedeń - to było COŚ

Wyjazdem do Wiednia żyliśmy od momentu losowania. Gdy okazało się, że przyjdzie nam się zmierzyć z Austrią Wiedeń, rozpoczęło się organizowanie transportu. Do stolicy Austrii legioniści docierali na najróżniejsze sposoby - autokarami, busami, samochodami, pociągami, samolotami, a także motorami. Liczba legionistów na tym wyjeździe była niewiadomą, ale nikt nie miał wątpliwości, że stawimy się w konkretnej liczbie. Ostatecznej, 4 tysięcy fanów z Warszawy [i zaprzyjaźnionych miast] chyba nikt się nie spodziewał...
Kibice z Warszawy wyruszali do celu w różnym terminie. Najwięcej osób zajechało do Austrii w czwartek rano. Jeden z autokarów miał problemy z przekroczeniem granicy czesko-austriackiej. Powodem zamieszania była...zbyt duża waga pojazdu. Celnicy byli na tyle upierdliwi, że podróżni musieli dostać się do Austrii przez Słowację.
W czwartek od rana, w całym mieście, co krok spotykaliśmy znajomych z barwach naszego klubu. Głośne śpiewy sławiące Legię były naszą cechą charakterystyczną. Miejscowi byli bardzo zainteresowani przybyłymi z Warszawy kibicami. Sporo osób wypytywało, na jaki mecz przybyliśmy. Polacy zamieszkali w Austrii pozdrawiali nas i życzyli wygranej. To oni kierowali nas do sklepów, gdzie można kupić piwo za rozsądne pieniądze. Głównym miejscem spotkań legionistów był plac Stephana oraz wesołe miasteczko na Praterze. Tutaj niewiele osób potrafiło się oprzeć zabawie. Po przejażdżce na najróżniejszych kolejkach i młynach, można było usiąść na ławeczce i posmakować miejscowego piwka. Słoneczna pogoda sprzyjała takiej formie spędzania czasu. W końcu musieliśmy ruszyć w kierunku stadionu...
Ten prezentuje się nad wyraz okazale. 49-tysięczny obiekt już z zewnątrz robi niesamowite wrażenie. Po przekroczeniu bram, sprzedawane były programy meczowe, w cenie 1 euro. O ile stadion robił wrażenie pozytywne, o tyle zupełnie inne było nasze zdanie o organizatorach zawodów. Przed wejściem, byliśmy informowali, że nie wejdziemy z aparatami i kamerami... Jak się później okazało, wnieść je dało radę, ale część osób i tak zostawiła swoje aparaty w "garderobie" [czyt. depozycie].
Organizatorzy nie pozwalali również wnieść asortymentu kibicowskiego, w postaci flag na kijach, flagi sektorowej oraz folii aluminiowych. Po długich pertraktacjach, tylko małe flagi udało się wnieść na legalu. Reszta znalazła się na naszym sektorze, dzięki różnym kombinacjom ;-) Najpierw wszyscy kibice byli obszukiwani przez ochronę. Następnie należało włożyć bilet do czytnika i gdy ten pozytywnie zweryfikował wejściówkę, można było wejść na nasz sektor długimi schodami. Sektor dla nas przeznaczony usytuowany był na łuku za bramką strzeżoną w pierwszej połowie przez Artura Boruca. Siedzieliśmy na samej górze. Z każdą minutą na trybunach przybywało warszawian. Na półtorej godziny przed meczem nie było już miejsca do wywieszania flag. Tych zawisło tego dnia prawie...70! Fani gospodarzy dosyć wolno zapełniali swoje sektory. Zresztą słowo "zapełniali" jest tutaj nienajlepsze - na sporym obiekcie, zasiadło ich tylko około 15000. Na naszym sektorze [podzielonym na osiem mniejszych - każdy po ok. 500 miejsc] było miejsce, gdzie mogliśmy zakupić napoje. Kolejki były jednak na tyle długie, że wiele osób rezygnowało z zakupów.
Kolejnym nienajlepszym posunięciem organizatorów było wpuszczenie policji na nasz sektor. Wywołało to niepotrzebne zamieszki, które tylko psują opinię o kibicach Legii. Tę, już kilka dni przed meczem, chciała podgrzać zagraniczna prasa. "Dobrze poinformowani" donosili o najeździe chuliganów Legii, którzy zamierzają przerwać mecz w Wiedniu i zdemolować całe miasto. Pisanie bzdur, aby tylko zwiększyć nakład swojej gazety, to rzecz znana na całym świecie. O tym, że również policja czytała owe informacje, widzieliśmy już przed stadionem, gdzie setki policjantów przygotowanych było na najgorsze. Oprócz tradycyjnego, policyjnego wyposażenia, każdy z nich miał na sobie plastikowy "kostium", przypominający niedawny przebój kinowy, Terminatora III.
Walki na naszym sektorze zaczęły się niewinnie, od przepychanek, ale stanowczość stróżów prawa zaogniła sytuację. Doszło do ataku na policję, która na moment została przegoniona z sektora. Po chwili, już w większej liczbie, mundurowi pojawili się na sektorze F. Tym razem stanęli wzdłuż z jednego z przejść, między kibicami. Fani jasno dali do zrozumienia, że są persona non grata i w języku niemieckim skandowali hasła, nakłaniające do opuszczenia trybun. Już wyglądało, że przyniosło to skutek [policjanci kierowali się do wyjścia, a kibice zaczęli klaskać]... Decyzja o opuszczenia sektora została najwidoczniej wstrzymana i...znowu zaczęły się walki. Pałki i tarcze policyjne szybko zmieniły właścicieli i zrobiło się spore zamieszanie. Wymiana ciosów była ostra i skończyła się ponownym wyparciem policji z sektora. Na szczęście już w czasie samego spotkania, wśród nas nie było mundurowych i nie doszło do kolejnych ekscesów.
Coraz bliżej było do meczu... Nasz sektor był już wypełniony po brzegi. Miejscowy spiker odczytał skład Legii, zupełnie nie radząc sobie z polskimi nazwiskami. Dużo lepiej poszło mu przedstawienie drużyny gospodarzy. Zawodnicy Austrii pojedynczo wybiegali na murawę, wcześniej zapowiadani przez spikera. W końcu sędzia gwizdnął po raz pierwszy... Z naszego sektora od razu ruszył doping pełną parą! "Mistrzem Polski jest Legia" było preludium do późniejszych naszych popisów. Jedno jest faktem, kibice Austrii zupełnie nie istnieli na swoim stadionie. Ich śpiew był przez nas zupełnie niesłyszalny, a o tym że śpiewali, mogliśmy wnioskować z ich zachowania [rytmiczne klaskanie, skakanie]. Na początek w górę unieśli kartony, a wśród nich flagę FAK. Nawet na polskim podwórku nie zrobiłoby to wrażenia. Ponadto na płocie wywiesili kilkanaście flag [kilkakrotnie mniej niż my] oraz machali paroma flagami na kijach. Nie mieli szans rywalizować z nami. "Jesteśmy zawsze tam..." - od dwóch lat, pieśń tę mieliśmy okazję śpiewać jedynie na krajowych stadionach. Ponownie usłyszała ją Europa. W pierwszej połowie, oprócz głośnego dopingu, zaprezentowaliśmy ponad tysiąc flag w barwach Legii, które powiewały nad naszymi głowami. Piłkarze mieli co najmniej dwie sytuacje, które powinni zamienić na bramki. Nie udało się, ale wydarzenia na boisku nie miały żadnego wpływu na nasz doping. Jedynie podczas stałych fragmentów gry, "czarowaliśmy". Tego dnia nasze czary nie pomogły, ale...po kolei. Jeszcze w pierwszych 45 minutach zaprezentowaliśmy naszą sektorówkę z herbem. Ta wędrowała nad głowami fanów, najpierw w lewo, później w prawo. Organizatorzy chyba byli zaskoczeni pojawieniem się flagi, która miała spędzić mecz w depozycje. Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. Nie brakowało dyskusji na temat gry naszych piłkarzy. Opinie były pozytywne. Częściej tematem rozmów były pomeczowe zabawy, a dokładniej ich miejsce. Większość słowackich i czeskich miejscowości miała być opanowana przez legionistów.
W drugiej połowie nasza dominacja na trybunach nie uległa zmianie. Gospodarze nie zaprezentowali już nic godnego uwagi. My natomiast zaprezentowaliśmy "zakazane" czerwono-biało-zielone folie aluminiowe. Ich blask potęgowało kilka odpalonych wśród nich rac. Do tego bezustanny doping, którego nie powstydziłyby się najlepsze europejskie ekipy. Około 60 minuty meczu, nasz sektor rozpoczął znaną pieśń, która zwykle "rządzi" na wyjazdach - "Legiaaaa Warszawaaaa". Jak rozpoczęliśmy, tak nie mogliśmy skończyć. Śpiewali wszyscy, nikt nie żałował gardeł! Śpiew rozchodził się po całym stadionie, a nasza wspaniała dyspozycja, odbierała miejscowym chęć do śpiewów. Naszym atutem była z pewnością przyzwoita akustyka stadionu oraz jego zadaszenie. Niestety w 83 minucie, Artur Boruc został pokonany. 1-0 dla gospodarzy i dwie minuty radości miejscowych. Przez ten czas, z miejsc podnieśli się wszyscy Austriacy. Po chwili wszystko było po staremu. Słychać było tylko nas i nasz hit - który ciągnęliśmy przez pełne 30 minut! Tuż przed końcem zaznaczyliśmy, że "Jesteśmy zawsze tam...", odśpiewaliśmy pieśń dającą do zrozumienia, że wynik nie jest dla nas sprawą pierwszorzędną - "Czy wygrywasz, czy nie...". Następnie z 4000 gardeł dochodził Mazurek Dąbrowskiego. Tak przy okazji dodajmy, że wśród nas było naprawdę niewielu Polonusów, a 99% stanowili fani z Warszawy i innych polskich miejscowości, gdzie kochają Legię.
Po zakończeniu spotkania, piłkarze podeszli w kierunku naszego sektora i podziękowali za doping. Z racji tego, że nasz sektor był dosyć wysoko, przybijanie piątek było niemożliwe. "Jesteśmy z Wami" - miało dodać zawodnikom otuchy, bo mimo porażki, nie muszą się wstydzić swojej postawy. My tym bardziej! Taki wyjazd może się szybko nie powtórzyć. Żałować mogą tylko ci, co nie pojechali.
Wyjście z naszego sektora zostało otwarte od razu po zakończeniu meczu. Nie byliśmy przetrzymywali na trybunach, jak ma to miejsce, w przypadku krajowych wyjazdów. Już po opuszczeniu stadionu, dała znać o sobie policja, która zatrzymała kilkanaście osób, stawiając im zarzuty brania udziału w przedmeczowych awanturach.
Większość z nas udała się na Słowację i do Czech, aby tam świętować udany wyjazd do Wiednia. W rozmowach z miejscowymi dało się wyczuć respekt dla tego co zaprezentowaliśmy. Kibice Austrii twierdzili, że jeśli przyjedzie ich do Warszawy dwustu - będzie to ich sukcesem. Choć ledwie parę godzin temu wróciliśmy do domów, już nie możemy doczekać się spotkania rewanżowego. Zanim to nastąpi, czeka nas niedzielny wyjazd do Łęcznej. Przed podróżą na lubelszczyznę, warto więc wypocząć, bo na to zdecydowanie zasłużyliśmy :-)

Autor: Bodziach

Komentarze (0)

© 1999-2019 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.