Żal było patrzeć...
Niewielu kibiców, zero gry i porażka - tak w skrócie wyglądał pierwszy mecz z FK Moskwa. Goście z Rosji byli słabi, a drużyna Legii żałosna. Podopieczni Urbana delikatnie obudzili się dopiero przy stanie 0-2. Honorowe trafienie zaliczył Roger po podaniu Iwańskiego. Czwartkowe spotkanie było rywalizacją dwóch równie słabych drużyn. Niestety zwycięsko wyszli z niej Rosjanie. Przed meczem celem legionistów było wypracowanie sobie zaliczki, która pozwoliłaby na w miarę spokojny wyjazd do Moskwy. Obserwatorzy meczu przecierali jednak oczy ze zdumienia, patrząc co wyczynia się na murawie. Obie ekipy grały, jakby ich celem było niepodchodzenie pod bramkę rywala. Nic więc dziwnego, że w pierwszej połowie nie zanotowano ani jednego celnego strzału. W Legii okazję na otworzenie wyniku mieli Aleksandar Vuković i Takesure Chinyama. Obaj jednak nie trafili w bramkę Jurija Żewnowa. Na żenująco niskim poziomie grali Rosjanie. Okazało się, że FK Moskwa nieprzypadkowo okupuje dolne rejony tabeli. Ale cóż to dla Legii, która nie tak dawno temu nie mogła sobie poradzić z ówczesną austriacką czerwoną latarnią, czyli Austrią Wiedeń. W czwartkowy wieczór przez pierwsze trzy kwadranse widzowie mieli więc wątpliwą przyjemność oglądania sennego i nudnego meczu. Emocje pojawiły się po przerwie. Najpierw te czysto sportowe. Dwie szybkie kontry i zawodnicy ze wschodu Europy prowadzili 2-0. Katami Legii okazali się Edgaras Cesnauskis i Aleksandr Samiedow. Na niespełna 25 minut przed końcem meczu legioniści zamiast zaliczki mieli pokaźny bagaż straconych bramek. Siły wystarczyło na błyskawiczną odpowiedź Rogera po ładnej akcji Macieja Iwańskiego. Gdy skończyły się emocje sportowe, pojawiły się te pozasportowe. Rosjanie wobec rosnącego naporu Legii, która wreszcie zaczęła grać choć trochę lepiej, zaczęli nerwowo wyczekiwać końca meczu. I imali się wszelkich sposobów, które pozwalały im zyskać choćby kilka sekund. Stoję obok piłkarza w białej koszulce? No to myk i już leżę, a troskliwy sędzia przerywa mecz. A czas leci. Tak wyglądała taktyka FK Moskwa na koniec meczu. W końcu nerwy zaczęły puszczać i piłkarzom, i kibicom. Tym bardziej, gdy poważne kontuzje Rosjan, cudownie ustępowały po znalezieniu się za linią boczną. Kiedyś lecznicze właściwości murawy przy Łazienkowskiej zadziałały na Grzegorza Piechnę. W czwartkowy wieczór "Kiełbasa" znalazł wielu naśladowców zawodowego symulowania. Z udawaniem czy też bez to jednak Rosjanie wywieźli z Warszawy komplet punktów. Przed rewanżem legioniści nie stoją jednak na straconej pozycji. Przede wszystkim dlatego, że FK Moskwa jest słabą drużyną i wygranie z nią 2-0 nie jest wielką sztuką. Jest tylko jeden warunek. Legia musi zagrać zdecydowanie lepiej niż w pierwszym meczu. Futbolowe dyletanctwo nie może dać bowiem awansu. Jan Urban musi więc postarać się, żeby jego zawodnicy znów zaczęli grać jak zawodowi piłkarze. Autor: Tomek Janus



Dickson Choto -
Pance Kumbev
Mamy sierpień-wrzesień 2006 - Spotkanie Legii z FH Hafnarfjoerdur (Islandia) obejrzało 8000 kibiców.
Kilkanaście dni później, przez moment, śniliśmy o fazie grupowej Ligi Mistrzów. Na mecz z Szachtarem Donieck wybrało się 11000 kibiców. " Na trybunie odkrytej zaprezentowana została oprawa. Były kartoniki, sektorówki oraz transparenty. Przesłanie było takie - legionista marzy, a właściwie śni o Lidze Mistrzów... i napis "I had a dream"... Cały stadion darł się ile sił - "Mistrzem Polski jest Legia". (...) Doping początkowo był wzorowy. Każdy dawał z siebie wszystko. Na boisku przeważali goście, którzy na dobre zadomowili się w naszym polu karnym. Na szczęście udało nam się wyjść z opresji, a w 18. minucie, zupełnie niespodziewanie... objęliśmy prowadzenie!!! Wszyscy oszaleli! Skakali sobie w ramiona! Inni po skokach z radości, lądowali kilka rzędów niżej." - relacjonowaliśmy na łamach Legia LIVE!
Kolejnym pojedynkiem na europejskiej arenie była Austria Wiedeń. "Frekwencja na meczu z Austrią dopisała. Na Łazienkowskiej zjawiło się wiele osób - prawie 9000 fanów, którzy mimo niepowodzeń w lidze, w europejskich pucharach, dalej wierzą że będzie lepiej. A nawet jak nie wierzą... to są z Legią na dobre i na złe. Będą tu zawsze, czy będziemy remisować z Austrią Wiedeń, czy ze Stalą Sanok. To nasz obowiązek. To nasza duma i sława! (...) Nad głowami kibiców pojawiła się sektorówka z orłem, czyli naszym godłem państwowym, którego szpony trzymały eLkę w kółeczku i nazwę naszego klubu. Bardzo staranne wykonanie i świetny efekt."
sierpień 2005 - Legia walczy w 2. rundzie eliminacyjnej z FC Zurich, a na trybunach było tak: "Ostatecznie na stadionie zebrało się zaledwie ok. 7000 kibiców. Trybuna odkryta była zbyt pusta... aby wszystkie kartony zostały podniesione w górę. Przez to właśnie efekt dwustronnej kartoniady nie był najlepszy. Ta przedstawiała napis "Warsaw Warriors", a na środkowym sektorze kibica z założonym na twarz szalem Legii. (...) Najpierw w górę poszła nasza największa sektorówka - Panorama Warszawy. Kilkanaście minut później swój debiut zaliczyła nowa malowana sektorówka, przedstawiająca żyletkę w barwach czerwono-biało-zielonych. Na bocznych sektorach powiewały setki flag na kijach. Te, nawet po opuszczeniu "Żyletki", powiewały już do końca meczu."
jesień 2002 - Drużyna Legii w europejskich pucharach rozegrała aż cztery dwumecze. Na potyczkę z Vardarem Skopje w rundzie wstępnej Ligi Mistrzów wybrało się zaledwie 6500 kibiców. W kolejnych meczach trudno było szukać wolnych miejsc na trybunach:
- FC Utrecht - 11000 kibiców
- Schalke 04 - 13000 kibiców