fot. Mishka / Legionisci.com
REKLAMA

Tune(L) czasu: Piotr Włodarczyk

Qbas, źródło: Legionisci.com - Wiadomość archiwalna

"Nie ma w Warszawie miejsc wiecznych, ale są ludzie posągi" - śpiewa Earl Jacob. Takim posągiem dla kibiców Legii jest Piotr Włodarczyk, wielokrotnie wyklinany za nieskuteczność, strzelec gola na wagę mistrzowskiego tytułu w 2006 r. i czołowa postać drużyny. Co tu dużo mówić: "Włodar king!". Jak już siedliśmy i pogadaliśmy, to wyszedł wywiad rzeka. Zapraszamy do lektury!

Twoja siostra, Urszula Włodarczyk, była wielokrotną medalistką mistrzostw świata, Europy i Polski w pięcioboju i siedmioboju, trzykrotną olimpijką. Gdy przychodziłeś do Legii, to byłeś chyba bardziej znany jako brat słynnej siostry niż piłkarz.
Piotr Włodarczyk: Możliwe, ale miałem już za sobą grę w drugoligowym (obecnie I liga – przyp. red.) KP Wałbrzych i chyba z 7 bramek na koncie w rundzie jesiennej sezonu 96/97. Do tego regularnie występowałem w młodzieżówce. Jakoś w listopadzie 1996 r. dostałem z 10 ofert z ekstraklasy. Bardzo chciał mnie wtedy Widzew. Zostałem nawet zaproszony do Łodzi na mecz Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund. Oferowali wysoki kontrakt. Do tego inne kluby też były zainteresowane, a ja zastanawiałem się bardzo, co tu wybrać. Ale gdy tylko dostałem propozycję z Legii, choć gorszą finansowo od tej widzewskiej, to ból głowy od razu minął. Od małego miałem jakoś tak zakodowane dwa kluby: Śląsk Wrocław i Legię. Śląsk to największy klub w regionie, który regularnie spuszczał nam łomot w różnych kategoriach wiekowych, a Legia to zawsze była wielka firma. Chciałem tu trafić po prostu.

Jesteś z Wałbrzycha. Niewielu zawodników stamtąd się wybiło w ostatnich 20 latach. Jak się to tobie udało?
- Jak zauważyłeś, jestem ze sportowej rodziny. Nie tylko Ula była lekkoatletką, bo trzy pozostałe siostry również z powodzeniem uprawiały lekkoatletykę. Ja też dobrze sobie radziłem w tej dyscyplinie, miałem nawet propozycję pójścia do szkoły sportowej o profilu lekkoatletycznym. Po prostu kochałem grać w piłkę. Gdy zacząłem treningi, to chciałem być coraz lepszy, coraz więcej osiągnąć. Nie byłem święty, ale nie interesowały mnie wtedy dyskoteki, imprezowanie. Na pierwszym planie zawsze była piłka.

Co się wtedy robiło w Wałbrzychu?
- Grało się w piłkę! (śmiech). Po szkole szło się na trening, po treningu wychodziło się na podwórko i do domu wracało się dopiero, jak mama z okna wieczorem wołała, bo przecież nie było wtedy komórek. A jak rano wakacje były, to tylko się z okna patrzyło, czy ktoś już jest na boisku, by można było pograć. Teraz to się zmieniło, jeśli boiska nie są puste, to grają na nich dorośli, a dzieciaków nie ma.

Ty trenowałeś w Zagłębiu Wałbrzych.
- W Wałbrzychu były dwa kluby: silniejszy Górnik i słabsze Zagłębie. Wtedy miałem mocną piłkarsko ekipę, z którymi grałem na osiedlu Podzamcze. No i jeden z trenerów podłączył nas pod Zagłębie. My nadal sobie kopaliśmy na Podzamczu, ale już jako Zagłębie. Byliśmy kolegami z dwóch, trzech ulic, ale zebrało się nas tylu, że wystarczyło by grać w klubie. Po 3-4 latach zaczęliśmy już dojeżdżać do klubu na regularne treningi, no i wiadomo: nastąpiła naturalna selekcja.

Od początku w napadzie grałeś?
- Albo w pomocy, na prawym skrzydle. Dużo mi dało, że często grałem ze starszymi chłopakami. Mój trener prowadził dwa roczniki w klubie: 1974 i 1977. Pierwszy oficjalny mecz rozegrałem właśnie w drużynie z rocznika 74. Pamiętam jak dziś. Graliśmy z Koksochemią Wałbrzych, wygraliśmy 3-2, a ja strzeliłem 2 bramki i zrobiłem rzut karny.

I tak rozpoczęła się twoja kariera.
- W 1994 r. miałem 17 lat. Wtedy połączono Górnik z Zagłębiem i powstało KP Wałbrzych, które spadało ze starej II do III ligi. Trener dał mi wówczas zadebiutować w II lidze i zagrałem w trzech ostatnich spotkaniach. W Wałbrzychu rozpoczęto budowę nowej drużyny, która znów miała awansować. W III lidze graliśmy dwa lata i po pierwszym średnim sezonie zrobiliśmy awans. Wtedy występowałem najpierw na prawej pomocy, a potem już wszedłem do ataku i nastrzelałem dużo bramek. To był 1996 r. Jeździłem już regularnie na kadrę U-18 trenera Zamilskiego. Potem tę reprezentację przejął trener Janas, który budował zespół na olimpiadę w Sydney. Od niego też dostawałem powołania i wtedy zaczęło się zainteresowanie innych klubów.

Trafiłeś do Warszawy. Ile KP na tobie zarobiło?
- 5 miliardów na stare (śmiech). To był największy transfer w Wałbrzychu. Takiego nie było i pewnie już nie będzie. Tym bardziej, że teraz praktycznie nie płaci się takich pieniędzy za piłkarzy w kraju. Nie ma już transferów za milion, dwa. Co najwyżej, gdy ktoś za granicę idzie, to mogą tak płacić.

Na tobie w ogóle kluby dobrze zarabiały. Najpierw KP, potem Ruch, gdy szedłeś do Śląska i wreszcie Legia, której Zagłębie Lubin zapłaciło 200 tys. euro.
- Śląsk wyłożył grubą kasę. 2 miliony złotych, to był milion marek wtedy. Gdyby to wszystko połączyć, to ładna sumka by wyszła.

Pierwszy raz do Legii trafiłeś w 1997 r. w „boomie” transferowym Daewoo.
- Trafiła nas tu czwórka: „Czereś”, Skrzypek, „Magierka” i ja. Pamiętam jak dzisiaj pierwszy trening: oczywiście na „Kanałku”, gdzie trzeba było swoje wybiegać. Zaraz potem pojechaliśmy na obóz na Cypr i tam zaczęliśmy się poznawać. Od początku mieszkałem z „Magiciem”, z którym znałem się jeszcze z młodzieżówki. Ciekawostką jest, że byliśmy na tym zgrupowaniu, wróciliśmy do Polski. Wiadomo, tu było zimno i od razu polecieliśmy do tego samego hotelu na Cyprze. Można było zwariować (śmiech).

Do Warszawy przyjechałeś już własnym autem, niczym prawdziwy pan piłkarz!
- Miałem wtedy Cinquecento! Wcześniej za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem sobie dziesięcioletniego „malucha”. Jak była zima, to zabierałem z niego akumulator do domu, by rano odpalił (śmiech). Pojeździłem nim pół roku i zamieniłem na „cieniasa”. W Legii pojeździłem nim trochę, a później kupiłem Mazdę MX3.

Czym się wtedy w Legii jeździło?
- Czarek Kucharski miał Mitsubishi 3000 GT, „Mosórek” miał Mitsubishi Eclipse, „Mięcielek” miał Golfa VE6. Wszystkie one hałasowały masakrycznie. Rysio Staniek miał Forda Mondeo, ale z takim silnikiem, że ich wszystkich by cyknął. Wyglądał niepozornie. Na skrzyżowaniu jednak startował pierwszy. „Szamo” miał Volskwagena Corrado. Jak przyszło Daewoo, to można było sobie coś wybrać ze zniżką. „Skrzypas” i „Zielek” wzięli Leganzę, „Magic” Espero. Żeby było zabawnie, to te ich zniżki sięgały 9%. Teraz lepsze można dostać w salonach. A ja później jeździłem „Beemką trójką” i ją rozbiłem. To był jedyny dzwon w życiu i od razu rozbite auto. W Śląsku miałem też Mondeo, co wyglądało, jak nieoznakowany radiowóz i czasem robiliśmy z tego użytek. Trochę tych aut zmieniłem. Teraz śmigam Mercedesem.

Jak cię wtedy przyjęła szatnia?
- Szybko się zaaklimatyzowałem, nie było żadnych problemów. Od początku czułem się dobrze w towarzystwie Piotrka Mosóra, Marcina Mięciela, „Czeresia”, Skrzypka…

A takie oryginały, jak Rysio Staniek, Darek Czykier?
- Oni w innej lidze chodzili (śmiech). Za młody byłem do tego towarzystwa, w którym był jeszcze „Zielu” czy Jacek Bednarz.

Miałeś chrzest?
- Nie, nic z tych rzeczy nie było. O ile jednak nie miałem problemów z aklimatyzacją, to z graniem już tak. Przyjechałem tu z myślą, że zaraz będę grał. Wiadomo, jak to jest. Młody, ambitny (śmiech). A tu w ataku Czarek Kucharski i Marcin Mięciel. Wchodziłem więc głównie z ławki, ale grałem w każdym meczu. Oprócz jednego. Pamiętnego 2-3 z Widzewem. Przesiedziałem na ławce od dechy do dechy. Jedyny mecz, który zagrałem od pierwszej minuty był w Bełchatowie…

… i od razu zdobyłeś bramkę.
- Strasznie się cieszyłem, tym bardziej, że wygraliśmy tam 1-0. To było takie moje prawdziwe wejście do zespołu.

Kto wtedy rządził w szatni?
- Wiadomo, Rysiu był kapitanem. Dużo do powiedzenia mieli też Czarek Kucharski, Mosór, Mięciel, Bednarz. My nowi się tylko przyglądaliśmy nieco z boku. Nie było jednak konfliktów. W klubie wszystko było poukładane, Daewoo wykładało pieniądze. Atmosferę nakręcały też wyniki. Mieliśmy świetną wiosnę, czego nikt się nie spodziewał. To był ten sezon, w którym z ekipy grającej w Lidze Mistrzów odeszło 11 zawodników. Zespół był więc w fazie budowy, a mimo to do ostatniej kolejki walczyliśmy o mistrzostwo. Wszystko się wtedy fajnie układało, ale niestety… Porażka 2-3 z Widzewem i na osłodę został nam tylko puchar.

Długo po tym meczu mówiło się, że Legia go sprzedała…
- Nie wierzę w to, by ktoś mógł sprzedać mistrzostwo. Nie ma takiej możliwości. A gdyby nawet była, to przecież nie w ten sposób, nie przy prowadzeniu do 86 min. 2-0. Zresztą Legia się w takie akcje nie bawiła.

Pamiętasz, gdzie zamieszkałeś w Warszawie?
- Pierwsze mieszkanie wynajmowałem na Żoliborzu na Żeromskiego. Potem przeprowadziłem się na Mokotów i mieszkałem na Modzelewskiego. O ile pamiętam, to klub opłacał mi mieszkanie. Zarabiałem wtedy coś ok. 2 tys. zł. Miałem kontrakt podobny do tego, który miał „Magierka”. W ogóle z „Magiciem” jakoś tak nam po drodze od zawsze. Wprawdzie nie chodziliśmy nigdy razem na jakieś imprezy, ale byliśmy blisko siebie. Mogę powiedzieć, że to mój przyjaciel. Mam do niego duży szacunek.



Jak sobie radziłeś w Warszawie?
- Bez problemu. Gdy wyjeżdżałem z Wałbrzycha to się nie bałem. Wiedziałem czego chcę, jakie mam cele.

No właśnie. Patrząc na ciebie, nie ma się wrażenia, że miasto cię zjadło, przytłoczyło, a przecież wielu takich było w Legii.
- Tak było. Jasne, lubiłem wyjść z kolegami na miasto, ale tak, jak wspomniałem, przede wszystkim chciałem grać. To był cel nadrzędny.

Wtedy w Legii grałeś jednak mało…
- Przyszła jesień 97. W pierwszym meczu zagrałem, strzeliłem bramkę, wygraliśmy 4-0 z Górnikiem. W drugim meczu zagrałem, strzeliłem bramkę i zremisowaliśmy na Wiśle 2-2. Potem przegraliśmy u siebie z Odrą Wodzisław 0-1, a ja zacząłem mniej grać. A występowałem wówczas w reprezentacji olimpijskiej, w której Paweł Janas podkreślał, że będzie stawiał na tych, którzy grają. Konkurencja w ataku kadry była ogromna: Kuźba, Wichniarek, Paweł Sobczak, Grzesiek Król, Tomek Dawidowski, taki gościu z Niemiec … Spiżak…

… Ja, herr Miroslav! (śmiech)
- Tak, no i ja. Było więc w kim wybierać. Bardzo mi zależało, by się w tej drużynie utrzymać, bo mieliśmy szansę na awans na olimpiadę w Sydney. Pojawiła się wtedy propozycja wypożyczenia od Ruchu Chorzów. Poszedłem do trenera Jabłońskiego. Nie bardzo chciał mnie puścić, mówił, że liczy na mnie, że będę grał, może nie zawsze od początku, ale, że chce mnie w Legii.

W ataku Legii wtedy zrobiło się chyba luźniej, bo Kucharski odszedł do Hiszpanii.
- Czarek odszedł, ale przyszedł Zeigbo. I nie ma co się czarować, Kenneth wtedy dobry był!

Poszedłeś więc do tego Chorzowa i niemal na dzień dobry walnąłeś nam dwie bramy!
- No strzeliłem ! (śmiech) Ruch wygrał 3-2 i można powiedzieć, że sam wyrządziłem sobie krzywdę, bo m. in. przez tą porażkę Legia nie awansowała do pucharów, a ja po wypożyczeniu wróciłem przecież do Warszawy i nie mogłem grać w pucharach.

Nauka jednak nie poszła w las. Legia od tego czasu bowiem, gdy oddawała zawodnika na wypożyczenie, to z zastrzeżeniem, że nie będzie mógł wystąpić w spotkaniu przeciwko niej.
- Parę lat wcześniej Marcin Mięciel też strzelił Legii dwie bramki, gdy był na wypożyczeniu w ŁKS. Chyba rzeczywiście od tamtej pory są stosowane takie klauzule. To nawet logiczne, bo stracić może na tym i klub, i zawodnik. Ja straciłem, bo tych dwóch punktów zabrakło wtedy Legii do gry w pucharach.

Kto wtedy trenował Ruch?
- Lenczyk. Ludzie go różnie oceniają, ale ja złego słowa nie powiem. On mnie traktował jak syna, a ja jego, jak ojca. Kiedy trzeba było, to była twarda ręka, opierniczał bez zahamowań, ale kiedy trzeba było pogłaskać, to pogłaskał. To przez trenera Lenczyka mówią na mnie „Nędza”. Jechaliśmy kiedyś na wyjazd, a mnie jakiś wirus złapał. Gorączka, dreszcze, bóle, te sprawy. Zobaczył mnie Orest i mówi: „Gdzie ty chcesz jechać? Wyglądasz jak nędza!”. I zostało.

Do tego jeszcze był „Wąski” i „Władeczek”, co rodzi skojarzenia z filmami „Kiler” i „Kariera Nikosia Dyzmy”.
- Jeszcze w Wałbrzychu wołali na mnie „Włodek”. Potem był „Włodar” w Legii. „Wąskiego” wymyślił w Ruchu Marcin Baszczyński, bo byłem wtedy bardzo chudy. Do tego był jeszcze „Pułkownik” (śmiech)...

O „Pułkowniku” potem. Po sezonie przy Cichej wróciłeś do Warszawy.
- Tu trenował wtedy już Kopa. Też był ciekawy zaciąg, bo na Łazienkowską trafił Maciek Murawski i Janiak.

O, ten to był wybitny!
- Gość był z III ligi niemieckiej i nawet na początku tu grał (śmiech). No, pamiętam, to był prawdziwy wynalazek!

Nie wyszedł ci jednak ten powrót do Legii.
- No nie wyszedł. Znów grałem mało. Wprawdzie we wszystkich meczach praktycznie, ale tylko wchodziłem. A to końcówki, a to drugie połówki. Tak nie chciałem, tym bardziej, że w Ruchu miałem pewne miejsce w wyjściowym składzie, okrzepłem tam w lidze. Gdy znów dostałem propozycję z Chorzowa, to powiedziałem, że chcę odejść.

Wtedy doszło do wymiany. Ty pojechałeś na Śląsk, a w Warszawie pojawił się Mariusz Śrutwa, gwiazda „niebieskich”.
- Nie wiem, jak tam się działacze dogadali, ile Legia musiała jeszcze dopłacić. I tam wtedy był mój dobry czas. Grałem przez 1,5 roku i najpierw się utrzymaliśmy, a potem zajęliśmy 3. miejsce.

Jak to Ruch. Raz o utrzymanie, raz o puchary.
- No (śmiech). Najpierw trenerem był Lenczyk, a potem Edward Lorens, którego też bardzo dobrze wspominam. Co ciekawe, u obu szkoleniowców asystentem był już Waldek Fornalik.

To był też ten czas, gdy z reprezentacją olimpijską graliście decydujące mecze z Turkami o awans do Sydney. Nie dość, że w dwumeczu przegraliście, to jeszcze rozpętała się afera, bo po pierwszym spotkaniu we Wronkach tak balowaliście w Poznaniu, że wściekły kapitan kadry Jacek Magiera jeździł taksówkami po Poznaniu i wyciągał zawodników z dyskotek.
- Wszystko było fajnie, we Wronkach prowadziliśmy już 2-0. W samej końcówce Turcy dostali rzut karny i skończyło się 2-1. Rewanż był za parę dni, ale większość wpadła na pomysł żeby pojechać zobaczyć trochę miasta. Wyjeżdżaliśmy z Wronek trzema taksówkami do Poznania, ja byłem w ostatniej. Moja taksówka zatrzymała się jeszcze przy bankomacie. Patrzymy, a tu trenerzy jadą. Wskoczyliśmy szybko do taksówki i do szofera: „Uciekaj!”. Patrzę, a ci nas gonią! Dogonili w końcu: „A wy gdzie?!”. My na twardziela: „Do hotelu wracamy!”. „Tak ubrani?! Wypier… do hotelu!”. Jak już wróciliśmy, to wydzwoniłem chłopaków, że tu afera i kwas się szykuje. Po drugiej stronie cisza i nagle słyszę: „Nie no k… za blisko Poznania jesteśmy!”. No i część nie wróciła, a potem rzeczywiście „Magierka” ich szukał po nocy. W Turcji przegraliśmy 0-1 i zmarnowaliśmy szansę na olimpiadę, a ekipę mieliśmy wtedy strasznie mocną.

Ty Janasowi jednak nie podpadłeś. Gdy został trenerem reprezentacji narodowej, to wciąż na ciebie liczył. Zagrałeś w meczu otwierającym eliminacje do MŚ 2006, strzeliłeś bramkę, ale też złapałeś czerwoną kartkę.
- Bramka to był klasyczny „Włodar”! Dostałem doskonałe dalekie podanie od „Żewłaka”, wpadłem między dwóch obrońców i posłałem piłkę obok bramkarza. A kartka była bardzo głupia, a jednocześnie jedyna w życiu. Dostałem ją w 78. minucie, gdy przy linii stał już Paweł Kryszałowicz, który miał mnie zmienić… Do kadry wskoczył wtedy „Franio” i zaczął strzelać… Po meczu w Belfaście mieliśmy mecz w Chorzowie przeciwko Anglikom i wiem, że bym w nim grał razem z Żurawskim… U Janasa wystąpiłem jeszcze raz z Walijczykami na wyjeździe i to był koniec z kadrą. Łącznie mam 4 mecze i 2 bramki, więc nie ma dramatu.



Wtedy były jeszcze te fajne czasy kadry, gdy do takiej Irlandii Północnej jechało się jak po swoje. Rąbało się ich 3-0 i do widzenia.
- Trenerzy zrobili nam analizę gry Irlandczyków. Pokazali skróty meczów. Obejrzeliśmy to, pokiwaliśmy głowami i spytaliśmy: ile?! Tu nikt nie kalkulował, czy wygramy, tylko ile bramek strzelimy. Zabieramy co swoje i jedziemy na Anglię. A teraz Irlandia Północna zdążyła już nam napsuć trochę krwi.

Wróćmy jednak do Ruchu Chorzów. Jest lato 2000 r. Ruch jest w Pucharze UEFA, niedługo zagra z Interem Mediolan, ale już bez ciebie.
- To było tak: Śląsk Wrocław awansował do I ligi. A w Ruchu były problemy finansowe…

Normalka, pewne rzeczy się nie zmieniają.
- Z Ruchu odszedł wtedy trener Lorens, „Baszczu” poszedł do Wisły, a ja trafiłem do Śląska. Mi się do Wrocławia nie spieszyło. W Chorzowie czułem się dobrze, strzelałem bramki, mieliśmy fajny zespół i przed sobą grę w pucharach. Ale prezes Rogala chciał, żebym odszedł, bo Śląsk płacił wtedy ten wspomniany milion marek, a w Ruchu trzeba było ratować budżet.

Wiosną 2001 prowadził was Janusz Wójcik. Jak wspominasz „Wójta”?
- (chwila ciszy, szeroki uśmiech) No wpadał czasami. Najczęściej prosto z Warszawy, bo tu mieszkał. Czasem na trening, czasem prosto na mecz. Treningi mieliśmy z trenerem Kudybą. Jednak jak już „Wujo” był na treningu, to lekko nie było i dokręcał nam śrubę. Zajęcia nie były za długie, ale bardzo intensywnie.

Tobie chyba takie treningi służyły. W Śląsku szło ci całkiem nieźle.
- Strzeliłem 8 bramek w lidze i czułem się dobrze. Dość pewnie jako beniaminek zapewniliśmy sobie utrzymanie. Ale w końcówce „Wuja” z nami już nie było. Możliwe, że nie dojechał na jakiś mecz? (śmiech).

We Wrocławiu grałeś razem z Leszkiem Piszem, który dołączył do drużyny zimą.
- Leszek już nie biegał tyle, co w Legii, ale stopę to miał wspaniale ułożoną. Potrafił dograć idealnie piłkę. Miał ten zmysł, że zawsze wiedział, gdzie zagrać. Biegłem w ciemno, bo miałem pewność, że mi doskonale poda. Niczego nie trzeba było wymuszać.

Gdy szedłeś do Śląska to nie miałeś takiego wrażenia, że wykonujesz kolejny krok w tył? Byłeś w Legii, a tu nagle biedny Ruch, beniaminek z Wrocławia.
- Miałem takie myśli, tylko tak: po pierwsze do Chorzowa poszedłem, bo potrzebowałem grać. Po drugie, w przypadku Śląska, to była taka trochę realizacja dziecięcych marzeń. Tak jak mówiłem, chciałem grać w dwóch klubach i on był jednym z nich. Ten Śląsk więc siedział tak jakoś we mnie, a do tego w Ruchu bardzo liczyli na pieniądze z tego transferu. Po trzecie zaś po 1,5 roku gry we Wrocławiu dostałem zaproszenie na testy do Auxerre.

Chciał ciebie legendarny Guy Roux.
- Francuzi obserwowali mnie w kilku meczach, ale nie do końca chyba byli przekonani i chcieli się jeszcze przyjrzeć. Pojechałem więc na 4 dni do Auxerre. Po czym Guy Roux mówi, że mam jeszcze jechać z nimi na dwa tygodnie na obóz do Szwajcarii. Pod koniec zgrupowania trener wziął mnie na rozmowę: „Pasujesz do nas, chciałbym, byś z nami został. Ale wiesz, jaka jest twoja sytuacja prawna?”. Nie wiedziałem o co mu chodzi. Okazało się, że w Polsce weszło w życie Prawo Bosmana, zgodnie z którym zawodnicy po zakończeniu kontraktu stawali się wolni. W Europie obowiązywało ono od paru lat, a u nas od sezonu 2001/02 można było na tych zasadach zmieniać klub na zagraniczny. Nie dotyczyło to jeszcze krajowych transferów. Guy Roux chciał mnie więc za darmo ściągnąć do Auxerre. Śląsk tymczasem chciał za mnie milion marek. Roux mówi, że jeśli tylko się zgodzę, to chwila moment i formalności zostaną załatwione. Poprosiłem jednak o czas do namysłu, bo szkoda mi było Śląska. Tym bardziej, że gdy tam trafiłem to mieliśmy podpisać kontrakt na dwa lata, ale oni woleli na rok, bo gdybyśmy spadli, to nie mieliby dla mnie pieniędzy. Po roku mieliśmy przedłużyć, gdybyśmy się utrzymali. Wróciłem do Polski, Śląsk się skapnął. Prosili mnie, namawiali i zdecydowałem się podpisać z nimi kontrakt. Zadzwoniłem do Guy Roux i powiedziałem, że podpisałem nową umowę, bo chcę być lojalny, choć jak teraz tak nad tym myślę, to nie wiem po co.

No właśnie!
- Tym bardziej, że Śląsk się nie wywiązał z umowy. Była ona tak skonstruowana, że za to, że zgodziłem się przedłużyć to mieli mi wypłacić w pierwszej transzy dużą część całości. I tak do dzisiaj nie wypłacili (śmiech). Tak więc ja im dałem dwa miliony złotych, które mimo wszystko zdecydowało się wyłożyć Auxerre, a oni kopnęli mnie w dupę.

Jaki był Guy Roux?
- Dziwny facet. Auxerre to jego dziecko. On tam robił wszystko. Od magazyniera po księgowego i od trenera po ogrodnika. Jak graliśmy w rezerwach, to pamiętam, że potrafił wejść w przerwie na murawę i udeptywać trawę. To był jego projekt od początku do końca. Miał twardy charakter, trzymał dyscyplinę. Kiedy odszedł to wszystko się tam posypało.

Francja to był duży przeskok organizacyjny, finansowy?
- W przypadku warunków treningowych to ogromny. Ale szatnie, stadiony, organizacja – nie różniło się to od tego, co mieliśmy wówczas w Polsce. Pieniądze też nie były jakoś dużo większe. Było lepiej. Niewiele lepiej, ale … lepiej („Włodar” stylizuje na scenę z „Kilera”).



A tam od razu problem, bo w ataku Djibril Cisse, a graliście 4-5-1.
- Cisse… Pupilek Guy Roux, który go wychował… Do tego wiedział, że zaraz zarobi na nim ogromne pieniądze. Cisse grał na szpicy, a za nim Olivier Kapo, który teraz jest w Koronie. Dla mnie największym problemem było jednak to, że trener, jak szło, to w ogóle nie robił zmian. Wchodziłem tylko w meczach, w których trzeba było gonić wynik. Paradoksalnie dla mnie lepiej byłoby, gdybyśmy nie grali za dobrze, a my praktycznie wszystko wygrywaliśmy. Zajęliśmy 3. miejsce i awansowaliśmy do Ligi Mistrzów. Mieliśmy straszną ekipę, bo do tego był jeszcze Boumsong, Mexes, Fadiga. I po sezonie oni wszyscy odeszli za wielkie pieniądze, które wyłożyli Liverpool, Roma, Juventus, czy Inter.

I Widzew (śmiech).
- Poprosiłem Guy Roux o zgodę na odejście. Nie uśmiechało mi się siedzieć kolejny sezon na ławce, a kontrakt miałem na 4 lata. Wtedy „Grajek” (Andrzej Grajewski - przyp. red.) trochę mi zamłócił w głowie: „Dawaj do Widzewa, budujemy nowy zespół”. No i dałem się namówić. W Auxerre żyło mi się bardzo dobrze. Małe, spokojne miasteczko. Kumplowałem się z Finem Tainio, który zaproponował, bym wynajął dom obok niego. Tu stanowcze weto postawił jednak Roux, chyba dlatego, że wcześniej obok siebie mieszkali Kłos i Kuźba, którzy grali tam przede mną i wygonił mnie na drugi koniec miasta.

Zamieniłeś to na piękną Łódź.
- No… Ale przynajmniej zacząłem strzelać. Widzew zaś nie płacił. Miał więc być wielki Widzew, a skończyło się jak zwykle. Pograłem tam przez 1,5 sezonu i sportowo to był dla mnie udany czas.

Na tyle udany, że zimą 2004 r. trafiłeś znów do Legii, z której akurat odszedł Stanko Svitlica, a do zainwestowania w klub szykowało się ITI. To oni wyłożyli za ciebie pieniądze?
- Nie, jeszcze Pol-Mot, choć nie wiem, czy w ogóle jakieś pieniądze zostały wyłożone. Zrzekłem się dużej sumy pieniędzy w Widzewie i właściwie za darmo wróciłem na Łazienkowską. I wtedy właśnie zaczęło się dziać (śmiech).

Runda życia.
- Początek to były męczarnie z Odrą Wodzisław, ale w końcu wygraliśmy i zaskoczyło. Nie tylko ja miałem dobrą rundę, cała drużyna wyglądała świetnie. Wygrywaliśmy mecz za meczem. Gdy jechaliśmy na wyjazd, to nie zastanawialiśmy się czy wygramy i jak wysoko, tylko "obstawialiśmy", w której minucie przeciwnik pęknie. Strasznie goniliśmy wtedy Wisłę, która miała nad nami 5 punktów przewagi, ale oni też wszystko wygrywali. W końcu przyszedł mecz w Krakowie, gdzie zagraliśmy bez kontuzjowanego „Sagana”, z którym tworzyliśmy super skuteczny duet napastników.



No i przegraliśmy 1-0 – jedyna porażka wiosną. Byliśmy wtedy bardzo silni, ale Wisła jeszcze mocniejsza. Oni często grali po nas i tak oglądaliśmy te ich spotkania i łudziliśmy, że to może dzisiaj stracą punkty, a my złapiemy z nimi kontakt. Ale oni nie zamierzali przestać wygrywać. Skończyło się więc na wicemistrzostwie i przegranym finale Pucharu Polski z Lechem.



Zagraliście więc w pucharach i polecieliście do Gruzji. Podobno po locie powrotnym zgrana para napastników wzajemnie się podtrzymywała, by dojść do terminalu (śmiech)
- Aż tak źle to nie było! Ale rzeczywiście na pokładzie po wygranym meczu w Tbilisi było wesoło.

No raczej, skoro złapałeś się za stery
- Okazało się, że potrafimy sterować samolot. Nie wiedziałem, że mam takie ukryte talenty (śmiech). Powymienialiśmy się też koszulami z pilotami!

I tak zostałeś „Pułkownikiem!”
- Jeden z pilotów spytał mnie, czy załatwię mu taką koszulkę Legii. A ja niewiele myśląc mówię: „A masz pan!”. Zdjąłem i mu dałem. To on na to, że ja nie mam w czym siedzieć teraz i oddał mi swoją koszulę pilota (śmiech). Mam ją do dzisiaj.

fot. Piotr Kucza
fot. Piotr Kucza

Ten duet z „Saganem” to był najlepszy, w jakim grałeś?
- Na wiosnę rozegraliśmy wtedy 12 meczów, on strzelił chyba 13 bramek, a ja 10, łącznie więc sieknęliśmy 23 bramki w 12 kolejkach. W następnym sezonie przyszedł na dyrektora Edek Socha i założył się z nami, że nie strzelimy razem 20 goli. Zdobyliśmy 26, Marek 17, a ja dołożyłem 9. Nie był to mój zbyt dobry wynik, ale też drugą część sezonu spędziłem na lewym skrzydle, bo Jacek Zieliński zmienił taktykę. Z Markiem rozumieliśmy się doskonale. Szliśmy w ciemno na boisku, mimo, że nic sobie nie ustalaliśmy i to wychodziło.



W szatni też chyba wszystko dobrze hulało.
- Byliśmy bardzo zintegrowani. Mieliśmy świetne wyniki i to też budowało atmosferę. Trzymaliśmy się razem: razem w szatni, razem na miasto, razem na zgrupowaniach, razem robiliśmy różne numery.
A gdzie się wtedy wychodziło?
- Mieliśmy jedną knajpę na Chmielnej, w której zawsze po meczach czekały na nas stoliki. Chodziliśmy całą drużyną. W 2004 r. mieliśmy dobrą passę u siebie, więc niczego nie trzeba było odwoływać. Wiadomo, na początku kolacja, jakieś piwko, winko, kto co chciał. Jedni wychodzili szybciej, inni później, a inni siedzieli jeszcze dłużej. Byliśmy niesamowicie zintegrowaną drużyną.

I przyszedł sezon mistrzowski, w którym najpierw przeszedłeś do historii Legii w rozgrywkach o Puchar Polski. Wygraliście 4-0 w Zamościu, a ty zdobyłeś wszystkie bramki.




Nigdy w życiu nie udało mi się strzelić 4 bramek w oficjalnym meczu. Może mnie ktoś kiedyś pobije, ale na razie się nie zanosi i to ja jestem na pierwszym miejscu w kronikach.

W lidze strzeliłeś wtedy 10 bramek, w tym tę rozstrzygającą o tytule. Gdy się ogląda powtórki, to dochodzi się do wniosku, że ona nie miała prawa paść. Poszedłeś sam na czterech obrońców!
- Ta akcja zaczęła się zaraz za środkową linią z prawej strony. Zagrywał do mnie „Szałach”, obrońcy zabrakło paznokcia, by przeciąć podanie. Dostałem tę piłkę, biegnę, rozglądam się, a tam nikogo od nas nie ma! Nikt nie ruszył za kontrą! Pędzi na mnie za to trzech obrońców Górnika. I jakoś tak się zaczęło. Pełna improwizacja (śmiech). Pamiętam, że ta piłka tak się toczyła do bramki, a nie było to przecież czyste uderzenie, tak czekałem: wpadnie, nie wpadnie, wpadnie nie wpadnie. Turlała się w nieskończoność, ale wpadła! Zostaliśmy mistrzami!



To jest twój jedyny tytuł.
- Niestety, ale pamiętam ten niesamowity powrót z Zabrza, fetowanie z kibicami. Mecz z Wisłą, który odbył się parę dni później już nie miał znaczenia. Brakowało mi jednak fety na Starówce. Była tylko impreza na Agrykoli, ale już po tym spotkaniu z Wisłą. To już było takie odgrzewane. A ja chciałem od razu świętować z kibicami, żeby to było od razu w tym momencie, w którym zdobyłeś mistrzostwo.






Tym bardziej, że „Włodar king”, a król tam stoi na Placu Zamkowym!



- I czeka na mnie, nie? (śmiech) A z tymi mistrzostwami to tak wyszło, że realnie w Legii walczyliśmy o nie dwukrotnie. Najpierw w 2004 r., a potem w 2006 r. W pierwszym wypadku Wisła była nie do pokonania. To był klub taki, jakim teraz jest Legia. Były takie same różnice w budżetach, w klasie piłkarzy, jak obecnie między Legią a resztą ligi.

A`propos pieniędzy, to ile się w tym mistrzowskim okresie w Legii zarabiało?
- To wciąż były inne czasy niż teraz. Teraz to, gdy ktoś ma pensję poniżej 50 tys. w silniejszych klubach, to ma mało. A wtedy może ktoś w Wiśle taką kasę zarabiał. Obecnie najlepsi zarabiają ponad stówę, a ci przeciętni w okolicach tych 50. Kiedyś sporo więcej można było zarobić zagranicą i to był jeden z bodźców do rozwoju, bo każdy chciał wyjechać, by zarabiać lepiej. Przepaść była ogromna. Obecnie, może poza Rosją, nie ma już tak wielkich różnic i może nie wszystkim zależy na wyjeździe. Ale z drugiej strony to dobrze, bo lepsi zawodnicy zostają w kraju. Do tego organizacyjnie to już mamy Europę. Taka Legia jest lepiej poukładana niż połowa klubów europejskich. W Grecji to może tylko Olimpiakos wygląda podobnie.

No tak, mamy super organizację, a potem robimy błąd, który kosztuje nas Ligę Mistrzów…
- Nic się nie dzieje bez przyczyny. Z tej lekcji Legia też wyciągnie nauczkę, wyjdzie mądrzejsza i jestem przekonany, że wkrótce zagra w Lidze Mistrzów.

Po mistrzostwie w 2006 r. Legia została solidnie wzmocniona, ale niemal samymi zagranicznymi zawodnikami. Przyszli Brazylijczycy Junior, Hugo Alcantara i Elton, którzy dołączyli do Rogera i Edsona, przyszedł Miro Radović, a drużyna zaczęła się rozłazić.
- Grupa Brazylijczyków zrobiła się za mocna. Nie tyle na boisku, co w szatni. Chcieli „przejąć władzę”. Próbowali zrobić rewolucję w hierarchii, co nam się nie podobało. Dopóki był Edson i Roger to wszystko było idealnie. Po dojściu trzech kolejnych Brazylijczyków powstała zbyt duża grupa zawodników z jednego kraju, którzy alienowali się od reszty szatni i zaczęły się zgrzyty.

Jak to się przejawiało?
- No np., w sytuacjach, gdy Eltona zatrzymano na jeździe po pijaku, co nam się nigdy nie zdarzało, bo od tego są przecież taksówki, by nimi jeździć, to oni zarzucali, że są gorzej traktowani, bo pozostali zawodnicy też imprezują, a obrywają tylko Brazylijczycy. Jasne, my wychodziliśmy na miasto, ale robiliśmy to z głową, wiedzieliśmy kiedy i gdzie. Zaczęły się jakieś przepychanki, nieprzyjemne akcje.

Trochę też zwariował „Wdowiec”, który na spotkaniu z kibicami zachęcał ich do dawania piłkarzom „z plaskacza”, jeśli spotkają was na mieście.
- Krótko mówiąc było to słabe. Był zarzut wobec nas, że gorzej gramy przez to, że wychodzimy na miasto więc trener trochę napuścił na nas kibiców.

Ale graliście słabo. Kulminacją była chyba kompromitacja ze Stalą Sanok w Pucharze Polski.



- Po tym spotkaniu Wdowczyk odsunął od drużyny mnie i Michala Gottwalda, zresztą Bogu ducha winnego. Dziwna sytuacja, bo nie tyle zostałem odsunięty, co dostałem zakaz trenowania w klubie. Nie podano mi przyczyny. Wysłałem pismo do klubu z prośbą o wyjaśnienia, ale ich się nie doczekałem. Złożyłem więc do PZPN wniosek o rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Legia przegrałaby i musiałaby wypłacić mi cały kontrakt. Prezesi zaprosili mnie na spotkanie i stwierdzili, że chcą bym wrócił do I zespołu. Zapytałem: „Jaką mam pewność, że zaraz znów mnie nie wyrzucicie?”. Dostałem słowo honoru. No i za pół roku znowu mnie odsunęli. Po sezonie, w którym strzeliłem 10 goli, Mirek Trzeciak wziął mnie na rozmowę i powiedział, że z Surmą nie jedziemy na obóz. Gdy spytałem czemu, to odparł, że nie może zdradzić powodu, ale nie ze względów sportowych. Nie wiem do tej pory co się stało. Co ciekawe, trener Urban chciał mnie zostawić, ale sprzeciwiła się „góra”. Poszedłem więc do Lubina i jeszcze Legia zarobiła.

To było mistrzowskie Zagłębie, ale tam też drużyna się rozłaziła. Powtórka z Legii?
- Nie do końca. W Lubinie po jakichś 20 latach zdobyty został tytuł. Zrobili ogromny sukces. Po wyrównanym dwumeczu odpadliśmy ze Steauą, a potem w tabeli plasowaliśmy się w okolicach 5. miejsca. W klubie więc wpadli na genialny pomysł, że najlepiej będzie zmienić trenera. Podobnie teraz jest w Ruchu. Kocian robi im puchary, trochę im w lidze nie idzie – zwalniają go. W Podbeskidziu, Czesiu robi im utrzymanie, wyciąga ich z czarnej dupy, potem coś tam przegrywają i już go nie ma. To jest takie myślenie w małych klubach: wydaje im się, że jak zanotują jedną dobrą rundę, to w kolejnej będą bili się już o mistrzostwo. Nie tędy droga.

Ten Lubin ci nie wyszedł.
- Jak grasz w dobrym klubie jest presja. W Legii wicemistrzostwo to zawsze była i będzie porażka. Taka presja nakręca, mobilizuje. W Lubinie to jednak nie było to samo. Szedłem tam z nadziejami: mistrzowska drużyna, eliminacje Ligi Mistrzów. Na początku wszystko mi się podobało, bo od razu pojechałem na obóz. Gorzej się zrobiło, jak wróciliśmy do Lubina (śmiech).

A graliście wtedy jeszcze na starym stadionie…



- Zupełnie inna rzeczywistość niż w Warszawie. Żałuję tego Zagłębia, bo mi nie wyszło tam sportowo, a i klub jest dziwny. Niby wszystko dobrze zorganizowane, a zawsze jakaś taka siekiera nad nimi wisi i źle to się kończy. Wtedy skończyliśmy na 5. miejscu, a klub został zdegradowany do II ligi za korupcję.

Odszedłeś więc do Arisu Saloniki. Dobrze się tam tańczyło sirtaki?
- Mieliśmy wielu obcokrajowców, głównie Brazylijczyków, Hiszpanów, Portugalczyków, więc było z kim potańczyć. Wychodziło się, były domówki. Przede wszystkim jednak tam odżyłem, miałem dobry początek. W debiucie strzeliłem gola, zaliczyłem asystę, mimo, że wszedłem w II połowie. Szybko więc zostałem bogiem greckim (śmiech). Ale trwało to krótko. Po sezonie dostałem ofertę z OFI Kreta, które akurat spadło, ale budowali ekipę na awans.



Podobno tam to dopiero były balety!
- Nie, nie, akurat na Krecie nie balowałem, wiedliśmy spokojne życie. Strzeliłem chyba 9 bramek i awansowaliśmy. Z OFI zagrałem jeszcze kilkanaście meczów w ekstraklasie.

I tak polubiłeś morze, że trafiłeś do Bałtyku?
- Tak było! Fajnie się mieszkało nad greckim morzem. Wybudowałem więc dom w Gdyni. Po kontrakcie w OFI tam zamieszkaliśmy. Ale polskie morze to nie greckie. W lecie było fajnie, ale jesienią i zimą, to już fajnie nie było… W międzyczasie Radek Michalski zaczął mnie namawiać: „Włodar, dawaj do Bałtyku, budują fajną ekipę, będą robić awans do I ligi”. Zastanawiałem się, no bo to jednak obecna II liga była. Ale, że ofert nie miałem, to tak bez przekonania się zgodziłem z nadzieją, że za rok będzie I liga. Życie szybko zweryfikowało te plany, bo zamiast awansu to … spadliśmy do III ligi. To był mój jedyny spadek w karierze. Ten Bałtyk był mi potrzebny jak nie wiadomo co… Ale za to podjęliśmy z żoną decyzję, że wracamy do siebie, do Warszawy.

Gdy przychodziłeś do Legii w 1997 r., to był pierwszy sezon, w którym grało się ze stałymi numerami. Pamiętasz, jaki miałeś numer?
- Najpierw była 13. Później w Ruchu 24, a potem zmieniłem na 18. Wróciłem do Legii i wziąłem sobie 19. W Ruchu znów miałem 20, w Śląsku 20, a potem mówię: „Aa, zmienię sobie na 7”, którą z kolei zamieniłem na 9…

(śmiech)
- … w Auxerre było 12, w Widzewie 16, a potem 9, a w Legii zwolniła się 9 po Stanko. W Lubinie miałem 33, w Arisie 17, a w OFI 77. Uff…

Nie możemy pominąć legendarnego już karnego z Pogonią Szczecin…



- Uu łaa… To było mocne (śmiech). Niestety, nie zaliczyli mi go. Najlepsze, że zamiast się cieszyć z bramki wszyscy zaczęliśmy się śmiać. To było tak: bramkarz odbił piłkę, obrońcy wbiegali w pole karne, by asekurować. Jeden chciał ją wybić i trafił w swojego, a do tego futbolówka wpadła jeszcze tam, gdzie był golkiper. Stadion potem skandował „Jak to zrobiłeś, hej Włodar, jak to zrobiłeś?”

„Gwizdek sędziego rozpoczyna ważny mecz, Piotrek Włodarczyk i wciąż 0-0 jest…”
- Było trochę szydery z mojej nieskuteczności, ale szczególnie się tym nie przejmowałem, bo powtarzałem sobie, że nic mi to nie da. Wychodziłem zresztą z założenia, że zaraz jedna wpadnie, druga i znów będzie ok. I tak też się działo. Co sezon właściwie strzelałem przynajmniej te 10 bramek w lidze…

Czyli norma w skali „Władeczka”
- Dawałem gwarant tej dychy w sezonie. To nie jest mało, jeśli spojrzymy na to, ile strzelają napastnicy w Ekstraklasie. Nigdy nie byłem wybitnym strzelcem, ale swoje zawsze strzelałem.

A z czego brała się twoja nieskuteczność, bo przecież bywało, że nie trafiałeś nawet „do pustaka”.
- Nie no, aż tak źle nie było. „Do pustaka” nie trafiłem właściwie tylko z Austrią Wiedeń. Ta to nadawałby się do jakichś piłkarskich jaj.



- Zawsze miałem łatwość dochodzenia do sytuacji. Wiedziałem, że jak jednej nie wykorzystam, to dojdę do kolejnej i kolejnej. Nie przejmowałem się więc za bardzo, gdy coś nie wyszło. A że tych sytuacji było dużo, to i więcej było tych, które marnowałem. Na pewno brało się to z problemów z koncentracją. Trudno było mi się bowiem zmobilizować na słabszych rywali. Klopsy w tych najważniejszych meczach Legii, to raczej mi się nie zdarzały.

Wystarczy wspomnieć hattrick w pamiętnym meczu 5-1 z Wisłą.



- Nooo, a pamiętam, że wtedy bardzo spięliśmy się na nich w szatni. Wisła przyjechała do Warszawy z praktycznie zaklepanym mistrzostwem, a my chcieliśmy zrobić wszystko, by się u nas nie cieszyli, by za wszelką cenę ich ograć, by osłodzić naszym kibicom przegrany sezon.

Jak ty to robisz, że ciebie wszyscy lubią? Kogo by nie zapytać, to o „Włodarze” tylko dobrze i z sympatią.
- Żona mnie nie lubi ostatnio (śmiech). Jakoś tak wyszło. Zawsze jestem szczery, otwarty, staram się być uśmiechnięty. Nie mam wrogów, nikomu za skórę nie zalazłem, ani nikt mi nie zalazł.

(Podchodzi kibic, który serdecznie wita się z Piotrkiem)

O, widzisz, kibice też ciebie pamiętają i lubią
- Najwięcej czasu spędziłem w Legii, strzeliłem tu parę bramek. Te wyrazy sympatii ze strony kibiców są bardzo miłe, samo to „Włodar king!” jest niesamowicie sympatyczne. Tym bardziej, że Warszawa to moje miasto. Miałem ten moment, gdy chciałem przenieść się do Gdyni. Ona też ma swój urok, ale ciągnęło mnie tutaj. Innych opcji nie ma. Jest miasto, jest klub. Mam tu wszystko.



Rozmawiał Qbas


przeczytaj więcej o:
REKLAMA
REKLAMA
© 1999-2020 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.