Kazik Staszewski - fot. Piotr Kucza / 400mm.pl

Nasz wywiad

Dla Legii nadal spalam się! - Kazik Staszewski

Qbas, źródło: Legionisci.com

Widział na żywo występy niemal wszystkich najlepszych piłkarzy w historii klubu. Jest kopalnią wiedzy o Legii lat 70. i 80. Z Brazylii przywiózł pozdrowienie "eLką". Irytuje go komercjalizacja futbolu i krótkowzroczność rządzących w gabinetach przy Łazienkowskiej 3. I choć od jego debiutu na trybunach minęło 45 lat, to dla Legii wciąż spala się. Zapraszamy na rozmowę z Kazimierzem Staszewskim.

Do 2000 r. i wywiadu w „Naszej Legii” zatytułowanego „Dla Legii spalam się!” niewielu ludzi wiedziało, że jesteś kibicem Legii.
- Z kibicowaniem Legii nigdy się nie kryłem, jeśli nie liczyć bardzo dawnych czasów i początków punkowej załogi w Warszawie. W tym środowisku w ogóle zainteresowanie sportem było w złym tonie, więc się nie wychylałem. Kiedyś siedziałem w Rivierze Remont i czekając na kolegów czytałem „Przegląd Sportowy”. Zauważył mnie Starszy Plastik i z takim obrzydzeniem zapytał mnie: „Czytasz tę najbardziej babilońską gazetę?”. Jednocześnie właśnie ten okres, czyli koniec lat 70., a następnie całe 80. były apogeum mojej kibicowskiej przygody. Chodziłem na wszystkie mecze. Byłem, i właściwie do tej pory jestem, kopalnią wiedzy o tamtych czasach. Teraz jest już tym dużo gorzej.

Ale w środowisku artystycznym wciąż mówią, że jesteś encyklopedią.
- Byliśmy ostatnio z Kultem na Islandii, do której od dziecka czułem niezrozumiałą sympatię, czego pragenezą było chyba to, że oni zawsze bardzo słabo w piłkę grali i dostawali niemal od każdego. Żal mi więc ich było. W każdym razie koledzy sobie zażartowali: „A wymieniłbyś wszystkie drużyny z ligi islandzkiej?”. I wymieniłem dziewięć na dwanaście. Myślę, że to dobry wynik.

Pamiętna była też rozmowa z Emirem Kusturicą, gdy licytowaliście się ze znajomości piłkarskich faktów.
- Wymieniłem mu cały skład Jugosławii z meczu przeciw Polsce na mistrzostwach świata w 1974 r. Na drugi dzień przyszedł i mówi mi: „No to ja opowiem ci o takim meczu, po którym Sarajewo już nigdy nie było takie samo. Ale ty pewnie nic o tym nie wiesz”. Okazało się jednak, że wiedziałem. Chodziło o półfinałowe spotkanie Pucharu UEFA, w którym Videoton Szekesfehervar wyeliminował Żeleznicar Sarajewo.

A`propos: właśnie minęła 33. rocznica meczu Videoton – Legia.
- Pamiętałem spotkanie w Sarajewie właśnie dzięki temu, że Węgrzy mierzyli się z Legią. Wygraliśmy tam po golu Araszkiewicza w końcówce, a po remisie w rewanżu awansowaliśmy dalej, gdzie wpadliśmy na Inter.

Równocześnie upłynęło 45 lat od pana debiutu na stadionie przy Łazienkowskiej.
- O Jezu…

Chyba raczej wujek Marek (śmiech).
- Tak, to od niego otrzymałem legijną edukację. Naprawdę nazywał się Marcel Egit i był spolonizowanym Żydem, a w czasie wojny i tuż po niej był przemytniczym królem pogranicza polsko–czeskiego. Pochodził z Krakowa i kibicował Cracovii. Po przenosinach do Warszawy natychmiast przetransferował się na Legię. Miał córkę, którą również edukował na tym kierunku i ona też wie bardzo dużo o piłce, a o sprawach bieżących zdecydowanie więcej ode mnie. Ponieważ nie miałem ojca, a on nie miał syna, to się do siebie bardzo zbliżyliśmy, niejako naturalnie. Zaczął mnie prowadzać na Krytą. Pierwszy raz pojawiłem się na trybunach na meczu przeciwko Zagłębiu Sosnowiec, który wygraliśmy 3-2, choć w pamięci mam błędny obraz, że to grała Gwardia. Dobrze natomiast kojarzę drugie spotkanie, wygraliśmy 2-0 z Lechem Poznań. Gole strzelili Deyna i Pieszko. No i zaczęło się regularne chodzenie.

Z wujkiem?
- Tak, był prezesem jednej ze spółdzielni. Miał masę znajomych, w tym również w PZPN. Znał sędziów. Nie było problemów z biletami. Wtedy w polskiej lidze grało wielu czołowych graczy świata, bo przecież reprezentacja była bardzo mocna, a z kraju nie można było swobodnie wyjeżdżać na Zachód. Tak że to były mecze silnych drużyn. Oglądało się to z wielką przyjemnością. Gdy jednak dostałem się na studia, poznałem kolegę – Andrzeja Staszewskiego, który na rozpoczęcie roku akademickiego przyszedł w szaliku Legii i momentalnie dostał pseudonim „Legia”. I on mnie poznał ze swoimi ziomkami z Płocka, który wtedy był miastem głównie legijnym choć z narastającymi wpływami Widzewa. Zacząłem chodzić na mecze z nimi.

To chyba o tej ekipie opowiadał mi Muniek Staszczyk, gdy wspominał, że na Legię trafił dzięki waszym wspólnym znajomym z akademika na Kickiego.
- Ja na Kickiego nie bywałem, kolegów miałem na Żwirki i Wigury, ale „Legia” rzeczywiście przeniósł się potem na Kickiego i być może tam się poznał z Muńkiem. Była jeszcze taka grupa z Jankiem Grudzińskim, klawiszowcem Kultu, kolegami, którzy byli rok wyżej ode mnie na studiach. Chodziliśmy razem na odkrytą, nie na samą „Żyletę”, ale tuż obok, by być jak najbliżej (śmiech).

Twoim idolem był Deyna.
- Nieprawda. Za Deyną nie przepadałem z jednego powodu – nie dał mi, dzieciakowi autografu. Wszyscy inni się podpisali, a on mnie zlekceważył. Bardzo lubiłem przede wszystkim Tadeusza Nowaka…

„Ferrari”.
- Był dla mnie symbolem Legii, kochałem go, mimo że zdarzało mu się zagrać zupełnie beznadziejny mecz. Miał przebłyski geniuszu i potrafił jednak gnać po skrzydle jak nikt inny. Teraz już nie ma takich skrzydłowych, są uniwersalni. On był takim klasycznym rajdowcem. Dzięki mojej siostrze ciotecznej, tej od wujka Marka, która prowadzała się przez pewien czas z Piotrem Mowlikiem, poznałem Nowaka. To było krótko po tym, jak dostał czerwoną kartkę i zawieszenie na pół roku po znokautowaniu obrońcy Wisły Kraków Garleja. Wyszedł taki wesoły, wyluzowany. A ja nie mogłem tego zupełnie zrozumieć, bo jak to tak? Takie dziecięce myślenie (śmiech). Lubiłem też Leszka Ćmikiewicza, Adama Topolskiego. Podobał mi się Gadocha, na którego jeszcze się załapałem. Żałuję natomiast bardzo, że nie widziałem na żywo Brychczego.

Miałeś więcej kontaktów z piłkarzami „Wojskowych”.
- Fajna była historia ze wspomnianym Ćmikiewiczem. Tuż przed stanem wojennym na socjologii pojawił się kolega z USA, William Drozd. Był oczywiście polskiego pochodzenia, a rodzice wysłali go do Warszawy na rok, by sobie tutaj postudiował. On tę socjologię miał w dupie. Na zajęciach czytał tylko „Przegląd Sportowy”, ewentualnie katowicki „Sport”, a w środy „Piłkę Nożną”. W Stanach grał jednak w piłkę i to w dość znanej drużynie Chicago Stings. Willam próbował się zaczepić w Legii, ale zaproponowano mu tylko głębokie rezerwy, potem był bliski porozumienia z Bałtykiem Gdynia. W każdym razie znał trochę ludzi z Łazienkowskiej. Poszliśmy wówczas na mecz Legii z Lozanną w Pucharze Zdobywców Pucharów, ale był problem z biletami i nie mogliśmy dostać się na stadion. W pewnym momencie przejeżdżał obok nas samochód, a Wiliam mówi: „O, Ćmikiewicz”. Podbiegliśmy, gdy się zatrzymał przy wjeździe i on woła: „Leszek, nie możemy wejść”. A Ćmikiewicz „Wsiadajcie!” i na tylnym siedzeniu wwiózł nas jak lordów przez bramę (śmiech).

Mniej komfortowo było, gdy wybrałeś się na swój jedyny wyjazd.
- Do Mielca. Tam był straszny dojazd. Jechałem kilkanaście godzin z przesiadkami. Zupełnie sam. Zresztą wtedy nasi kibice nie pojechali na ten mecz. Siedziałem wśród mielczan w deszczu i na wietrze. Masakra. W dodatku musiałem oglądać jakieś dziadowskie 1-2. To była długa i ponura wyprawa.

fot. Piotr Kucza / 400mm.pl
fot. Piotr Kucza/400mm.pl

A teraz bywasz jeszcze na meczach?
- Mój kolega z podstawówki Antoni Kordos pracuje w Akademii Legii i regularnie mnie zaprasza na Łazienkowską. A ja regularnie muszę odmawiać. Zwykle, gdy jest liga, to gram koncerty. Co robię na przykład 3 listopada, gdy gramy z Górnikiem [Kazik sprawdza kalendarz]? O proszę, to my będziemy w „Spodku”. Z drugiej strony, zrobiłem się taki skapciały nieco i wolę obejrzeć mecz w telewizorze. Często meczów nie oglądam w ogóle, tylko sprawdzam wyniki, bo albo akurat mam koncert, albo nie ma Canal+ w hotelu. Oglądam więc powtórki, choć tego bardzo nie lubię, bo już znam wynik. Najlepiej byłoby więc oglądać takie programy, w których są długie skróty, np. dziesięciominutowe. I nawet są takie audycje, tylko że potem ględzą, analizują przez pół godziny, rysują te strzałki. A propos powtórek, to mistrzostwa świata w 2002 r. transmitował Polsat, który w kanale otwartym puszczał jeden mecz i potem jeszcze powtórki. Obejrzałem mecz otwarcia. Potem jakiś drugi. Potem na niemieckim kanale. A następnie zacząłem oglądać te powtórki, znając już wyniki. Cierpliwości starczyło mi na jeden dzień. Na drugi dzień na kolanach poleciałem w łachę do Polsatu: „Ja chcę dekoder!” (śmiech). Canal+ wykupiłem tylko dlatego, by móc śledzić Ekstraklasę. Co mnie kurwa obchodzi jakaś Anglia? Pomieszkuję trochę w Hiszpanii i tamta liga jest nudna jak flaki z olejem. Wszystko jest jasne: Real, Barcelona i Atletico, w różnych konfiguracjach. Chodzę na Deportivo Tenerife, otarli się o awans do Primera Division, to poziom jest jak u nas w Ekstraklasie. Nic więc dziwnego, że te wszystkie Carlitosy tak dobrze radzą sobie w Polsce.

To kiedy ostatnio byłeś na Legii?
- Parę lat temu zaczął być kręcony film o Kulcie, gdzie z kamerą jeździli za nami na wiele koncertów. Wszystko przerywane było historiami opowiadanymi w różnych miejscach przez członków zespołu. Narratorem został niejaki Didi…

Ooo, znana postać.
- Okazał się być genialnym narratorem, zwłaszcza, że nikt się po nim tego nie spodziewał. Z Didim niesamowicie się zbliżyliśmy, jest właściwie członkiem mojej rodziny. To stary kibic, ze swego czasu szerokimi znajomościami w środowisku, które niektórzy nazywają kibolskim. No i ponieważ dla niego i dla mnie Legia jest bardzo ważna, to rok temu pojechaliśmy kręcić na stadion. Byliśmy w muzeum, gdzie oprowadzał nas Wiktor Bołba. Mieliśmy też iść na mecz, ale Didi nie za bardzo chciał. Od jakiegoś czasu nie pije alkoholu i bał się, że jak trafi na swoich koleżkowców to może popłynąć. Wybraliśmy się więc na mecz młodzieżowej Legii z Ajaxem Amsterdam, który oglądaliśmy w towarzystwie mojego kolegi Marka Saganowskiego i Wojtka Kowalewskiego. „Sagan” mówił do mnie wiele fachowych rzeczy o meczu: „Zobacz jak przesuwają, jak kryją strefą” itd. Nic z tego nie rozumiałem. Dla mnie to po prostu jest tak, że dobrze, jak jeden prosto kopnie, a drugi dokładnie poda. Mecz jest dobry albo zły (śmiech).

To tak jak z muzyką. Koncert jest dobry albo zły. Płyta tak samo.
- Tak, odbiór fana może być zupełnie inny niż nasz. Czasem słyszę, że ludzie świetnie się bawili na naszym koncercie, a wiem, że wypadliśmy słabo.

Saganowski jest twoim kolegą, ale pierwszym piłkarzem z którym się zakumplowałeś jest Bogusław Wyparło.
- Obu poznałem w tym samym czasie, z tym że z Bogusiem było jakoś bliżej od początku. Chyba w „Piłce Nożnej” przeczytałem, że słucha mojej muzyki i postanowiłem zaprosić go na koncert. To było w czasach, gdy grał w ŁKS. Przyszedł z „Saganem” właśnie. Boguś na krótko nawet trafił do Legii za czasów Smudy, ale wtedy nie do ruszenia był Zbyszek Robakiewicz. Dzięki Wyparle dowiedziałem się jak wygląda prawdziwa liga od kuchni i mi trochę zbrzydła. To bardzo, bardzo fajny facet. Ciągle się kolegujemy. Pracuje w Stali Mielec jako trener bramkarzy. W poprzednim sezonie miałem więc dylemat komu kibicować, bo i Stal, i zaprzyjaźnione przecież z Legią Zagłębie Sosnowiec miały szanse na awans do Ekstraklasy. Rozmawiałem o tym z Didim: „Kurde, no oczywiście, że Zagłębie, ale i fajnie byłoby, gdyby awansowała Stal”. Didi odpowiedział krótkim, zimnym: „Nie” (śmiech).

Mówiłeś o gwiazdach w lidze polskiej, które dane było ci oglądać. Tych też nie brakowało w Legii, a przez wiele lat właściwie nic nie potrafili wygrać.
- Dla mnie niepojętym było, że to w ogóle nie przekładało się na wyniki. Ten skład potrafił pojechać gdzieś do Szombierek i dostać 0-6. A wcześniej przecież też dostali „szóstkę” w Mielcu. Przy tym warto podkreślić, że legenda Kazimierza Deyny, oczywiście w pełni uprawomocniona, bo to był wielki piłkarz, im dłużej występował w Legii traciła swój blask. Pamiętam mecze, obok których zupełnie przechodził, nie wykazywał najmniejszego zaangażowania. To zaś prowokowało ludzi do niezbyt wyszukanych komentarzy, jak choćby: „Kaziu, Mariola ci wczoraj nie dała?”. Było nawet spotkanie, w którym trener posadził go na ławce rezerwowych i wpuścił dopiero po przerwie. Widziałem jego wielkie akcje i gole, ale widziałem też ligową szarzyznę i zdecydowane zniechęcenie do uczestniczenia w tejże.

Podobnie było w czasach, gdy już regularnie chodziłeś na mecze z kolegami, czyli w latach 80., a liderem był, a raczej bywał, Dariusz Dziekanowski.
- Posłużę się tutaj paralelą muzyczną. Mieliśmy kiedyś w Kulcie niesamowicie zdolnego gitarzystę Rafała Kwaśniewskiego, którego uważam za jednego z najbardziej niedocenianych polskich gitarzystów. Grał z nami wszystkiego pół roku. I on ważył sobie lekce przychodzenie na próby, punktualność była jego słabą stroną. Kiedyś rozmawialiśmy w towarzystwie Sławka Pietrzaka, obecnie naszego wydawcy z S. P. Records, a ówcześnie mieszkającego w Berlinie. Kwaśniewski powiedział, że nie musi przychodzić na próby, bo już to wszystko opanował, nie widzi sensu tłuc tego po piętnaście razy. A poza tym skoro za próby mu nie płacą, to on nie ma w tym interesu. A Sławek na to: „Tak, ale wiesz, w Ameryce takich gitarzystów jak np. Edward van Halen, to są tysiące. Tylko jego wyróżnia, że punktualnie przychodzi na wszystkie próby”. Tak też było z tamtą Legią. Darek Dziekanowski każdą wolną chwilę spędzał ponoć w Zajeździe Napoleońskim. „Dziekana” śledziłem od początku, jeszcze w Gwardii. Mieli wtedy wspaniały atak z nim, Krzysztofem Baranem i Markiem Banaszkiewiczem. Dziekanowski doprawdy był piłkarskim czarodziejem. Ale potem był ten niesławny transfer do Widzewa, gdy jego kwotę upubliczniono. Wtedy w PZPN postanowiono, że sumy transferów będą jawne. Widzew kupił najpierw Jerzego Wijasa za 8 mln zł. I to na ludziach robiło ogromne wrażenie. A tu za chwilę 21 mln za Dziekanowskiego. Szok. Ostatnio czytałem z nim wywiad zatytułowany „Geniusz nie wystarczy”, w którym udzielał porad młodym piłkarzom.

Pewnie on o tym najlepiej wie.
- Pewnie tak. No i potem przeszedł do Legii. Wszyscy go witali jak króla. W debiucie strzelił zwycięską bramkę Bałtykowi. Tu wreszcie był u siebie. W Glasgow też miał piękny start – załadował cztery gole Partizanowi Belgrad. Do niedawna, to jest do czasu, gdy pojawił się Lewandowski, moim zdaniem Dziekanowski był zdecydowanie ostatnim polskim piłkarzem klasy światowej. Jednocześnie korzystającym z życia pełnymi garściami, co w pewnym momencie chyba zaczęło mocno przeszkadzać jego formie sportowej.

Na mecze zabierałeś też synów – Kazika i Janka.
- Miałem wtedy paroletnią przerwę w chodzeniu. Pierwszy raz byliśmy we trzech na Legia – Panathinaikos w Lidze Mistrzów. Ktoś mi załatwił wtedy wejściówkę na lożę honorową, ale tam to jakoś tak w ogóle… No nie czułem się komfortowo, choć rzeczywiście świetnie było widać. Pamiętam, że na tej loży był wtedy „Bosman”. Podszedł do mnie, przywitał się i powiedział: „No wreszcie właściwy człowiek na właściwym miejscu”. Ale na tej loży mi się nie podobało i znów trafiliśmy na odkrytą. Poszliśmy pół roku później na pamiętne 2-0 właśnie z Panathinaikosem. Wspaniały mecz, nie mogłem uwierzyć w to co się stało. Byliśmy też na 1-1 z Besiktasem. Kazio się bardzo zaszczepił Legią i zaczęliśmy regularnie chodzić na ligę.

Miałeś też nieprzyjemne zdarzenie.
- Graliśmy z Polonią Warszawa. To był jedyny raz, gdy na stadion poszedłem w szaliku. I na odkrytej jakieś gnojki do mnie podbiły. Patrzą na mnie i mówią: „Spierdalaj na tę swoją Polonię!”. Jak tak można w ogóle?

Lepiej bywało na koncertach.
- Finalnie lepiej, choć jak ochrona w Gdyni chciała bym zadedykował piosenkę Arce, a ja odmówiłem, to dość nieprzyjaźnie ku nam spoglądali. Takie łyse kafary. Był Kraków, gdy fani Cracovii dziwili się, że nie kibicuję Polonii. Były Katowice, gdzie ugłaskałem dość nabuzowanych kibiców GKS opowieściami o starych historiach z Legii.

Zdarzały ci się pozdrowienia „eLką” na koncertach.
- Jakkolwiek idiotycznie by to nie zabrzmiało, uważam że to ja byłem prekursorem stosowania na Legii ułożonej z palców „eLki”. W 1990 r. byliśmy na koncertach w Brazylii. Organizowane tam były wówczas pierwsze w pełni demokratyczne wybory prezydenckie. Kandydatów było wielu, ale liczyło się dwóch – skrajnie prawicowy Collor i skrajnie lewicowy Lula. Zwolennicy tego pierwszego robili z palców jakby „C”, a drugiego „L”. I ja ten znak przywiozłem do Polski. Przeszczepiłem „eLkę” na grunt warszawski, bo robiłem ją na koncertach, a potem pojawiło się na stadionie.

Stadion uważałeś za miejsce, w którym twoi synowie są całkowicie bezpieczni.
- Do dziś tak uważam. Mimo incydentów, które się zdarzają, to jednak na stadionie piłkarskim, jeśli oczywiście nie robi się na nim żadnych głupot i nie dochodzi do przypadków losowych, wśród swoich, człowieka nie może nic złego spotkać. Są oczywiście chłopaki, co lubią sobie w inny sposób wyjaśniać pewne sprawy, ale najczęściej robią to w miejscach bardziej ustronnych.

W czasach konfliktu kibiców z władającym Legią koncernem ITI wyraźnie opowiedziałeś się po stronie rządzących. Nazwałeś nawet protestujących hołotą.
- Nie mogłem zrozumieć tego bojkotu, formy protestowania. Przyjmowałem do wiadomości racje protestujących. Należy to wszystko jednak jakoś wypośrodkować. To trochę tak, jakby moi wierni fani, którzy są z nami od lat, mieli dyktować jakie piosenki mamy zagrać, ewentualnie kogo posadzić za bębnami. Klub, czy zespół muzyczny są dla ludzi, a nie odwrotnie. Oczywiście to bardzo istotne, by odbiorcy byli usatysfakcjonowani, ale nie może być tak, by dyktowali sposób działania osobom za to odpowiedzialnym. Dobrze jednak, że to wszystko udało się zakończyć, zawiązać spory i wszystko ruszyło do przodu. O te kwestie często spieram się z Didim, bo on twardo stoi po stronie kibiców i np. twierdzi, że takie poszturchanie piłkarzy, do jakiego doszło rok temu na parkingu, pełni funkcje pedagogiczne i wyszło im tylko na zdrowie, bo potem zaczęli wygrywać (śmiech).

Ciepło wspominasz stary stadion?
- No pewnie, ale też bardzo się cieszę, że po latach doczekaliśmy się pięknego, nowoczesnego obiektu. Takie są czasy, trzeba iść do przodu. A my jesteśmy 25 lat do tyłu. Jestem pełen oburzenia jak świat nam spierdolił jeśli chodzi właśnie o infrastrukturę sportową. Kiedyś stadiony w Anglii wyglądały zupełnie jak w Polsce – chujowe szatnie, trybuny z desek i nagle w latach 80. i na początku 90. pojawiła się tam kasa, również ze względów bezpieczeństwa, i zaczęto budować nowoczesne obiekty. To samo w Niemczech i we Włoszech. A my zostaliśmy w płotkach. Mam ogromną miętę do starego stadionu, ale ten nowy musiał po prostu być. Poza tym jest ładny, no!

Wydawało się, że jak już ruszymy z infrastrukturą, to i lepiej będzie z poziomem całej ligi. My zaś, jako Legia, zdajemy się robić co chwilę dwa kroki w przód, a następnie trzy w tył.
- Tak. Myśleliśmy po Lidze Mistrzów, że ruszymy z kopyta, a tu znów rozczarowanie. Liga Mistrzów to był wielki czas. Nawet zrobiłem zdjęcie telewizorowi z wynikiem Legia 3 Real 2. To był materiał żeby pójść dużo, dużo dalej. Natomiast krótkowzroczność władz klubowych jest przerażająca. Te ciągłe zmiany trenerów to jest coś nieprawdopodobnego. Wiecznie szukamy i znaleźć nie możemy. Tymczasem Legia już miała możliwie najlepszego trenera. Był to Jacek Magiera. Wyrzucać kogoś takiego po paru nieudanych meczach to całkowite nieporozumienie. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie kogo zatrudnialiśmy po nim. Legia w obecnymi możliwościami finansowymi i technicznymi powinna tę ligę zdominować na wiele lat. Owszem, zdobywa tytuły, ale ostatnio psim swędem, bo nikt chciał wygrać. Prawdziwą weryfikacją są jednak puchary, a tu jest zupełny dramat.

Mamy na rozkładzie Kazachstan, Mołdawię, Słowację i na dokładkę Luksemburg.
- Oglądaliśmy z Didim rewanż z Dudelange na Teneryfie. No to ci Hiszpanie tam w ogóle… Patrzą: co to? Przecież to z Luksemburga jest drużyna. Jak to możliwe?

A pamiętasz jak w drugiej połowie dwaj gracze z Luksemburga wpadli na siebie podczas wyprowadzania ataku?
- Nie pamiętam, bo po pierwszej połowie powiedziałem, że pierdolę i wyszliśmy (śmiech).

Mamy coraz gorszych piłkarzy, ale jak tylko mamy lepszych i ci coś osiągają, to zaraz odchodzą. Stajemy się ofiarami własnego sukcesu. Ekonomia jest dla nas bezlitosna.
- Nikolić, Odjidja, Moulin, Guilherme, to goście, którzy wcześniej osiągali w piłce bardzo niewiele albo nic. W Legii zdobywali medale, puchary, grali w Lidze Europy i Lidze Mistrzów. Zrobili więc u nas duży krok do przodu. Potem wyjechali i już tak dobrze im się nie wiedzie. Ale za to zarabiają pieniądze.

To może w ogóle skupić się na wygrywaniu ligi, prawdziwej dominacji, a te puchary traktować jako dodatek?
- Mierzyć trzeba wysoko. Zresztą od strony finansowej jest nam potrzebne granie w Europie. Ale na nieszczęście Liga Mistrzów dryfuje w tym kierunku, że wszystkie najbogatsze kluby będą grały między sobą, bo to jest kasa. Nie oglądam Ligi Mistrzów, bo mam w dupie pojedynki milionerów z Madrytu z milionerami z Barcelony. Kiedyś nienawidziłem Bayernu, ale obecnie to jest jedyna drużyna z LM, którą jeszcze jakoś szanuje, bo mimo wszystko jest to drużyna prowadzona w starym stylu, a w dodatku oczywiście Lewandowski. Puchary odziera się z romantyzmu, gdzie drużyna z Warszawy remisuje z drużyną z Madrytu, co ostatecznie daje jej awans z grupy. To się właściwie już nie zdarza. Oczywiście bardzo bym chciał, by Legia sięgnęła po puchar mistrzów, ale obecnie to właściwie nierealne.

Funkcjonujemy w zupełnie innych realiach.
- Teraz one są takie, że odpadamy z zespołem z kraju, którego właściwie nie ma, czyli z Naddniestrzańskiej Republiki Ludowej, a potem z Luksemburga. Nawiązując do mej fascynacji Islandią, to przecież pamiętam jak przyjechał tu Vikingur Reykjavik i dostał 0-9, a teraz drużyny stamtąd radzą sobie np. z Lechem. A tam kurwa 350 tys. ludzi mieszka… Ale mają trzy ligi! No i w końcu złapali wiatr w żagle. A jak już tych Angoli pogonili na Euro, to już byłem w euforii!

Są artyści, którzy wplatają tematykę piłkarską do swej muzycznej twórczości. U ciebie tego najpierw nie było właściwie wcale, potem pojawiło się tego więcej – „Mazzieh (African in Paris)”, „Mars napada”, gdzie mowa o jupiterach ze stadionu Legii, jest o Bogusiu Wyparło i meczu Polska – Niemcy w „Plamach na słońcu”, czy o rozterkach piłkarza w „Nie chcę grać w reprezentacji”.
- Nie myślałem o tym, samo wychodzi. Wiadomo też, że grupom kibicowskim niczego nie można narzucić. Piosenki tworzą sami, melodie powinny przyjść z ulicy. I tego się trzymajmy. A tak w ogóle „Nie chcę grać w reprezentacji” to wbrew pozorom poważna piosenka. Zastanawia mnie na ile dla piłkarza to zaszczyt, a na ile przykry obowiązek. Co więcej, jeśli nie chce grać, to zaraz znajduje się niejako pod społecznym pręgieżem. Traktuje się takiego delikwenta jak zdrajcę.

Niedawno nagraliście też cover piosenki „Mecz” T.Love.
- To fajny numer jest. Szukałem w ich twórczości czegoś, co nie jest hitem. Przesłuchałem bardzo uważnie i wybrałem „Mecz”. Myślę, że wyszło nam dobrze.

W 2003 r. obiecałeś, że napiszesz i zaśpiewasz piosenkę o Legii, gdy powstanie nowy stadion. No i co drogi panie?
- No i zupełnie o tym zapomniałem (śmiech).

W wywiadzie dla „NL” mówiłeś, że dla Legii spalasz się. Minęło osiemnaście lat i jak to z tobą jest teraz?
- Tak samo. Mimo upływu lat wciąż ekscytuję się meczami. Czekam na nie. Takich rzeczy się z serca nie wyrzuca, choć oczywiście formy uczestniczenia są inne.

Rozmawiał Jakub Majewski
Twitter: QbasLL


przeczytaj więcej o:
REKLAMA
REKLAMA
© 1999-2019 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.